SKOŃCZYŁAM „MASKI”

Skończyłam. Teraz tylko przeglądam i szlifuję. Powieść się rozrosła, bo wskrzeszenie Adama, głównego bohatera, zaowocowało kilkoma nowymi rozdziałami.
Sama już nie wiem, czy teraz jest lepiej, czy w poprzedniej wersji było. Zrobiło się już całkiem cukierkowo i happyendowo. Nawet czarny charakter, Eleonora, bije się w piersi. I tak zresztą poprzedniej wersji nie zachowałam, więc nie ma już do czego wracać. A gdybym miała znowu coś przerabiać… zimno mi się robi na samą myśl!
Jestem już tymi „Maskami” mocno zmęczona. Potrzebuję czasu i dystansu. Z ulgą zrobię sobie przerwę. Lub rozpocznę jakiś nowy etap pisarstwa domowego… 🙂

PISARKA BEZ CZYTELNIKÓW ?

To brzmi smutno, lecz wcale nie piszę  ze smutkiem. Z autorefleksją piszę.

Ambicją pisarza jest mieć czytelników. Ambicją wydawców jest mieć zyski. Wydawnictw obecnie jest mnóstwo. Nie chcą ryzykować z wydaniem nieznanego autora. To normalne, skoro o wszystkim decyduje rynek. Można partycypować w kosztach, wtedy podejmują ryzyko. Można wreszcie samemu sobie wydać książkę.

Do czego zmierzam? Musiałabym mieć absolutne przekonanie o tym, że moja pisanina jest naprawdę coś warta. I w oceanie książek znajdzie czytelników.

Nie mam takiego przekonania. Z absolutną szczerością to piszę. Przeczytałam w życiu naprawdę sporo dobrych książek i umiem porównać. Nawet gdybym jakoś dopomogła wydawcy/om, śląc swoje dzieła i współfinansując ich wydanie – kto to będzie czytał? Nie chciałabym być autorką wydaną, a nieczytaną.

Pozostaje mi tylko udział w konkursach. Może znowu się trafi jakiś na „powieść kobiecą” czy opowiadanie…. Choć i tak, jako pisarka domowa, aż takiego  wielkiego parcia i w tym kierunku nie mam.

Póki co piszę sobie nadal. Poprawiam i uzupełniam „Maski”. Oraz mam pomysł na nową historię. Tyle na dziś. 🙂

 

OBIECUJĘ

Obiecuję – sobie przede wszystkim (bo Czytelników mam tu niewielu… 😉 ).
Że będę sumienniejsza w tych wpisach.
Teraz jestem zajęta fejsbukowaniem oraz poprawianiem „Masek”. Chyba powinnam przenieść tutaj mój dziennik-niecodziennik, bo komu, jeśli nawet tu jakimś cudem trafi, będzie się chciało przedzierać przez te gąszcze.
W konkursie na opowiadanie – rankingi. Zanim jury ogłosi werdykt, zaproponowano kolejną zabawę: jakich pięć opowiadań jest wg nas najlepszych. Chyba nie ośmielę się wyrokować, dużo jest naprawdę dobrych, trudno wyłonić pięć. Zresztą wg jakich kryteriów? Że pod niektórymi jest ogromna liczba komentarzy (zresztą niekoniecznie na temat)? Swoją drogą – nie zazdroszczę jurorom.
Dla mnie najważniejsza korzyść jest taka, że się znów zaktywizowałam pisarsko. Na sukces w konkursie nie liczę, to dla mnie przede wszystkim zabawa. I rozruszanie mózgu.
Następna zabawa to „opowiadanie na wyzwanie”, pomysł rzucony przez jednego z członków grupy. Opowiadanie miało się odnosić do jednego z najgłośniej tam komentowanych. Pięć osób wyzwanie podjęło, w tym ja. Wyprodukowałam takie coś, na szybko, w ciągu kilku godzin. Nie całkiem złe, a przy okazji znowu zagoniłam mózg do jakiegoś wysiłku.:)

COŚ TAM

Coś muszę napisać, bo blog znowu leży odłogiem. Codziennie sobie obiecuję solidniej robić te wpisy, ale albo nie mam czasu, albo ochoty… I tak mi schodzi. Znalazłam swoje opowiadania z czasów, gdy byłam młodzieżą licealną. Jedno wydaje mi się warte zamieszczenia, tylko je najpierw muszę przepisać z zeszytu. Niech wreszcie strona z moją „twórczością” zacznie żyć…