ROBIĘ PORZĄDKI

Niedługo zniknie strona „Opowiadania (i ew. powieści)”, bo przenoszę z niej opowiadania na nową stronę. Teraz każde opowiadanie będzie się wyświetlało osobno.
Mam też ładny obrazek na stronie głównej. I wklejone dyplomy (te z kolei w Niecodzienniku).
Wszystkie te zmiany uczynione zostały częściowo przeze mnie, a głównie przez Zuzannę (Zuziu, dzięki!).
C.d. zmian nastąpi, bo już sama umiem to i owo. 😉

Reklamy

W ŻAR EPOKI UŻYCZĄ WAM CHŁODU TYLKO DRZEWA, TYLKO LIŚCIE

areianka„Ze wszystkiego, co żywe na świecie, najbardziej bezbronne są rośliny. Cierpią w milczeniu i za to je kochamy. Bez wołania o pomoc znoszą wyrywanie z korzeniami, obcinanie kwiatów i zrywanie owoców. Nauczyć się tego samego jest najlepszym wyjściem człowieka.
Jeżeli masz kawałek ziemi – masz szansę. Obcując z roślinami, staniesz się jak one niezależny i spokojny w cierpieniu i w szczęściu. Posiądziesz tajemnicę istnienia, którą one posiadają.
W oddaleniu od chaosu tonącego świata schronisz się w miłości do twoich kwiatów, drzew i owoców. W ich cieniu możesz bez wstydu płakać i śmiać się. Otoczą cię cichą opieką barw, które lubisz i kształtów, które podziwiasz. Rośliny są doskonałe zarówno w prostocie, jak i w bogactwie.
Siedząc w zielonym schronie, jesteś Bogiem twoich roślin. Modlą się do ciebie każdym nowym, delikatnym jak niemowlę liściem. Wdzięczne za wodę w czasie suszy, za troskliwość podczas choroby, wypłacą ci uspokojeniem i wyciszeniem wewnętrznego rozdygotania zabijającego twoją istotę.
Pieląc chwasty, pielisz zło w sobie.
Jesteś Bogiem twoich roślin, a one są twoim Bogiem.
Bóg jest ogrodnikiem istnień, a ty jesteś podobizną Boga.
Tylko tak rozumując, możesz pojąć istotę świata i krótką teraźniejszość przed powrotem tam, skąd przyszedłeś. (…)
Bez nienawiści pomyśl o ziemi, która cię przykryje.”
Słowa te trzysta lat temu napisał Pers, Abdul Assad Saadi Salman. Nawet nie wiem, czy istniał naprawdę, czy tylko wymyśliła go Krystyna Kofta, nieistotne. Znalazłam te słowa w jej książce  „Ciało niczyje” i prawie w całości tu przytaczam.
Nie jestem rozdygotanym dzieckiem betonowego miasta. Aż do matury mieszkałam w arkadyjskim miejscu nad rzeką, nad którą rosły wierzby płaczące i bzy.  Miejsca mojego życia to małe miejscowości – pomijając pięć lat studiów w mieście wojewódzkim średniej wielkości, zresztą też bardzo zielonym…
Nie ma też we mnie – chyba – wielkiego zła. A może wypleniam je z siebie, pieląc chwasty? Nigdy nie lubiłam ogrodowych prac, ani w dzieciństwie, ani potem, gdy sama stałam się właścicielką ogrodu. Otoczenie domu jednak musi jakoś wyglądać, więc coś tam grzebałam z konieczności przy kwiatach i krzakach. Odchwaszczanie to była moja największa zmora.
Ale od jakichś dwóch, trzech lat zauważam zmiany. Coraz bardziej lubię „ryć w polu”. I radość z posiadania ogrodu mam coraz większą. Paradoksalnie zresztą – bo sił do tego rycia coraz mniej… Pomalutku, pomalutku jednak – codziennie choć trochę, codziennie coś.
A nad Arianką drzewa i liście, jak w piosence Jonasza Kofty, udzielają nam schronu, szczególnie teraz, gdy nastały upały. Zresztą i wokół domu, i wokół tarasu coraz bujniej, coraz zieleniej. Coraz piękniej.
Może to zabrzmi  zbyt górnolotnie – ale myślę, że od tej zieleni, od tych zachwytów dla oczu i serca – piękniej i we mnie.

KRÓLIK W SZPARAGACH – DANIE ODGRZEWANE

Na konkurs „Kobiecym okiem”, zorganizowany kiedyś przez nasz DK (pisałam już o tym), napisałam dwa opowiadania. Pierwsze, „Mam na imię Nadzieja”, mówiło o relacji synowa-toksyczna teściowa. Odgrzałam potem ten pomysł i rozbudowałam w powieści „Maski”.
Drugie opowiadanie bynajmniej nie było „kobiecookie”, bo wymyśliłam mu męskiego narratora – po nieporozumieniach z dziewczyną przypadkiem z metropolii trafił na prowincję sielską-anielską i zaczął odkrywać jej uroki. Tytułowe „Miłowice” to trochę moje miasteczko i jego okolice, bohaterowie oczywiście są fikcyjni (choć nie całkiem i nie wszyscy…).
To opowiadanie odgrzewałam dwa razy. Najpierw – trochę tę historię zmieniłam i przede wszystkim – skróciłam do 18000 znaków, bo takie były wymogi kolejnego konkursu („PIN i zielonym” – pisałam już o tym). Tak powstał „Królik w szparagach”.
Po raz drugi odgrzałam „Królika”, tym razem już bez istotnych zmian, w trakcie trwania konkursu „romansowego” na FB. Bo przecież ta historia jakieś tam romansowe treści zawiera.
Zamieszczam to opowiadanie na stronie „Opowiadania”. Może spodoba się komuś, kto tak jak ja kocha jeziora i małe miasteczka.  Zapraszam do lektury.

szparagi

SREBRNE WESELE

Dziś, 4 czerwca, przypada dwudziesta piąta rocznica wyborów, nazywanych częściowo wolnymi, są różne uroczystości, obchody, zadęcia i podsumowania.
Tytuł dałam przekorny. Już kiedyś, w czasach mojej  młodości, świętowaliśmy dwudziestopięciolecie wolnej ojczyzny (jak się potem okazało, wolnej też tylko częściowo) i cała Polska nuciła wówczas przebój „Srebrne wesele”.
Jak się ta historia miele i zakręca…
Dziś znowu „ojczyźnie strzeliło dwadzieścia pięć lat”, a w podsumowaniu tego ćwierćwiecza są i „plusy dodatnie”, i „plusy ujemne”, lecz nie zamierzam się tu bawić w politykę i serwowanie ocen.
Snuję sobie jednak rozmaite refleksje i przypominanki. A gdy rano trójka, moja ulubiona stacja radiowa, nadawała głosy słuchaczy ze wspomnieniami sprzed dwudziestu pięciu lat, dodzwoniłam się i ja – ku mojemu zaskoczeniu, bo tam bardzo trudno się dodzwonić! Powiedziałam o tym, jaka latem1989 roku była relacja złotówki do marki niemieckiej. Sprzedając w barze w Hamburgu kiełbaski, szaszłyki i frytki (mit ketchup oder mayo), w ciągu jednego dnia zarabiałam tyle, ile wówczas wynosiła moja nauczycielska pensja.
Mąż wcześniej przez miesiąc pracował u bauera i stawkę miał jeszcze wyższą. Po tych wakacjach zaporożca mogliśmy zamienić na passata (i był to wówczas jeden z lepszych samochodów w całej wsi), dzieciom kupić klocki Duplo i Lego, a jeszcze trochę marek nam zostało „na życie”.
Tak było! Łza się w oku kręci.
A w ramach przypominanek przyszło mi do głowy co najmniej kilka wspomnień wartych chyba opisania. Na przykład o miłości do radiowej trójki. Albo o tym, jak wchodziłam do Europy.
Tematów mi zatem nie zabraknie. Tyle na dziś.

ODCZAJAM SIĘ

Czaiłam się długo z moim pisarstwem domowym, ale od pewnego czasu się odczajam. Coraz więcej osób o tym wie – i to nie tylko znajomych „z wirtualu”, ale i „z realu” też.
Czaiłam się, traktując swoje pisanie dość wstydliwie, sama zresztą nazywałam swoje teksty romansami dla kucharek. Wprawdzie nadal nie uważam się za talent pisarski (bo łatwość pisania niewiele ma wspólnego z muśnięciem skrzydłem anielskim i prawdziwą głębią ), ale znalezienie się w fejsbukowej grupie pisarskiej JMTPT zapoczątkowało moje odczajanie się. Coraz więcej osób na przykład wie o moim blogu – ba, kilka dni temu dowiedział się o tym ode mnie mój własny mąż!
Odczajanie się zamierzam kontynuować. 🙂

BARDZO KULTURALNY DZIEŃ

Ostatnio sporo się działo, a ja nie miałam czasu, by pisać na bieżąco. Spróbuję nadrobić zaległości.
Bardzo kulturalnym dniem była ostatnia sobota. Najpierw – ogłoszenie wyników fejsbukowego konkursu. Dostałam Szafirowe Pióro i dwa Rubinowe. Emocji trochę było, lecz już znacznie mniej, niż za pierwszym razem. O tych piórach napiszę w niecodzienniku.
Kolejnym wydarzeniem była plenerowa impreza, na której wystąpił (zadebiutował właściwie) zespół „Pierwsza przymiarka”. Nasz syn jest w tym zespole gitarzystą basowym. Co zespół ma do zaprezentowania (stary, dobry rock), wiedzieliśmy doskonale, bo próby czasem, gdy sala w DK była zajęta, odbywały się u nas w piwnicy (panowie muzycy twierdzą, że akustyka lepsza niż w DK).
Debiut się udał, nie mogliśmy jednak zostać tam dłużej, bo już pędziliśmy na następną imprezę: wernisaż wystawy fotograficznej Moniki Ciaiolo. Monika to nasza była uczennica, obecnie mieszka w Toruniu, zajmuje się fotografią (a od przedwczoraj jest też moją fejsbukową koleżanką 🙂 ). Wernisaż – bardzo ciekawe zdjęcia i miłe rozmowy – był inauguracją projektu „Nietuzinkowy sąsiad”.
O projekcie napiszę niebawem.