LUBIĘ LUBNIEWICE

Lato w pełni. W naszej miejscowości sporo turystów. Cieszę się, że Lubniewice znowu kwitną.

LCE
Trafiłam tu przed laty, sprawdzając anons na uczelni. Janek był wtedy w armii po studiach i od pewnego czasu szukaliśmy miejsca na osiedlenie się. Góry odpadły. I dobrze. Zawsze wolałam wodę. 🙂
Szkoła w Lubniewicach chciała zatrudnić nauczycieli o naszych specjalnościach, oferowała mieszkanie, a nawet kilka do wyboru.
Przyjechałam tu autostopem. Był 25 maja, piękny, słoneczny dzień. Zanim trafiłam do dyrektora szkoły, przewędrowałam przez całe niemal miasteczko. Właściwie wtedy jeszcze wieś, bo prawa miejskie odzyskały Lubniewice w r. 1994. Uliczki z kocimi łbami, nierówne chodniki, stara poniemiecka czerwona szkoła… Ale co tam! DWA JEZIORA! (a trzecie tuż obok). Miejscowość malowniczo położona pomiędzy nimi. Szłam zachwycona i takoż zachwycona, po dogadaniu się z dyrektorem, relacjonowałam potem Jankowi moje pierwsze wrażenia.
Tak przedstawia się historia naszych lubniewickich początków. Dziś jesteśmy starymi, zakorzenionymi lubniewiczanami, wciąż zachwycającymi się urodą tego miejsca.
O lubieniu Lubniewic napisałam w ub. roku tekst, dotąd niepublikowany (choć są pewne zajawki…). Zamieszczam go na stronie „Opowiadania”.

Reklamy

DZIEŃ BEZ KOMPUTERA

Było tak wczoraj. Przesympatyczna niedziela, najpierw wyjazdowo-owocowo-rodzinna, zaś w drugiej połowie dnia rodzinno-urodzinowo-ogniskowo-grillowo-nadariańska.

Dni bez komputera niebawem zamierzam realizować w większej ilości.
Są to zawsze dni spływu. Zupełnie, ale to zupełnie nie obchodzi mnie wtedy żaden net, fejs czy nk. 😀
Nawet telefoniczny kontakt ze światem ogranicza się wówczas do sporadycznego włączania komórki i ewentualnie wysyłania i odbierania sms-ów.

Swoją drogą… Chyba trochę za bardzo ugrzęzłam już w tych netowych odmętach i mimo że staram się oddzielać ziarno od plew, mam poczucie marnowania czasu… A przecież tyle lat człowiek przeżył bez tych zabawek i wcale nie uważa tych lat za stracone!
Więc dobrze, że choć co jakiś czas – na jakiś czas – robię sobie dni bez komputera. 🙂

PONAD 20 KM

Tyle zrobiliśmy przedwczoraj na rowerach „po terenach”, objeżdżając naokoło jezioro Lubniewsko. Jechaliśmy wzdłuż linii brzegowej, nie tylko po wyznaczonym szlaku. Tę trasę (ciut o niej wspomniałam w opowiadaniu „Królik w szparagach”) kiedyś przemierzałam wielokrotnie, ale teraz, po długiej przerwie, momentami była dla mnie hardkorowa. Dałam jednak radę i jestem z siebie bardzo dumna.

NA JAGODY

Taki tytuł nosi wierszowana historyjka autorstwa Marii Konopnickiej, kiedyś znana chyba wszystkim dzieciom, dziś… nie wiem.
Pisałam niedawno o wyprawie na grzyby, których nie znaleźliśmy, za to – choć na jagodach tu w naszej okolicy byliśmy po raz pierwszy!!! – jagód w krótkim czasie znaleźliśmy sporo. Wprawdzie kudy im do litewskich, zarówno pod względem ilości, jak i wielkości, jednak pierogi z jagodami dziś na obiad będą!
Na spływie litewskim pierogów zrobić się nie da, w każdym razie dotąd nie próbowaliśmy. Ale już naleśniki – bez problemu! I desery rozliczne, jagody z cukrem i 32-procentową litewską śmietaną…
Z tąż śmietaną również kurki litewskie, z niewielkim dodatkiem makaronu. 😉
Na samą myśl ślinka mi leci.

To już niedługo. Odliczamy dni. Zbiórka przedspływowa w Maćkowej Rudzie 19 bm., no a potem… Wiosła w dłoń, kubki w dłoń (na jagody), worki w dłoń (na kurki), wędki w dłoń (na ryby)…  Ach!… 🙂