SZEŚĆ MILIONÓW Z HAKIEM

Tyle odsłonięć (obejrzeń? wysłuchań?) na youtube zaliczył w tydzień teledysk „Brać” zespołów Donatan i Cleo plus Enej. Hak do tych sześciu milionów w momencie gdy piszę wynosi 100383.
Nie zamierzam się rozwodzić nad zjawiskiem kultury masowej i fenomenem tego rodzaju muzyki (muzyki? widowiska? kiczu w stylu obecnego festiwalu Eurowizji?) – ale w tym clipie wystąpili ludzie z Lubniewic! To jest historia jak z amerykańskiej bajki, że jednego dnia jesteś spokojnym obywatelem malutkiego miasteczka, znanym tylko swojej rodzinie i sąsiadom (no, powiedzmy, że ewentualnie lokalnym działaczem) – a drugiego dnia masz miliony odsłonięć w internecie!
Historię zrealizowania u nas tego teledysku poznałam na specjalnym pokazie w naszym ośrodku kultury. Na spotkanie przybyli występujący w nim lubniewiccy aktorzy i wszyscy, którzy pomogli ekipie w jego realizacji. „Aktorzy” napisałam z pełną świadomością, gdyż zagrali naprawdę świetne epizodziki. Osoby, które w większości znam lepiej lub gorzej, w przezabawnych scenkach, co chwilę nagradzaliśmy brawami ich pojawienie się na ekranie, miło było też posłuchać ich wspomnień związanych z okolicznościami realizacji filmiku, wielu zabawnych anegdot.
Brawo, lubniewiczanie! 🙂

W GÓRY, W GÓRY…

gorkiZa parę dni ruszamy do Karpacza na spotkanie pospływowe. Przy okazji chciałam wycieczkę przedłużyć o okoliczności niemieckie i czeskie, ale auto mamy w proszku i plany trzeba było zrewidować.
Nie powiem o sobie, że w górach jest wszystko, co kocham. Wolę morze, jeziora, moją Ariankę. Lecz wypady w góry też mają wiele uroku. Poznani nad jeziorem Żejmenys Litwini zachwycali się urodą naszego kraju, mówili, że mamy tu wszystko, a najbardziej zazdrościli nam gór.
Choć ze mnie żadna „góralka”, po górach trochę pochodziłam. Największy hardkor to była dwutygodniowa wyprawa w Beskidy. Obóz wędrowny – w czasach, gdy całą aprowizację trzeba było dźwigać z sobą, namioty (bo nie zawsze znajdowaliśmy miejsca w schroniskach), puszki, chleby. Z dwunastokilogramowym plecakiem (i tak najlżejszym na całym obozie) truchtałam, patrząc pod nogi, w pożyczonych trampkach, bo moje nowe trapery już w pierwszym dniu obtarły mi pięty, nie mając możliwości ani nawet ochoty, by zachwycać się widokami. Po kilku dniach podzieliliśmy się na dwie grupy, wysokogórską i nizinną, i ta druga, w której byłam (a z konieczności ze mną mój mąż) niektóre górskie odcinki, o hańbo, pokonała autobusem.
Ale jakże miłe dzisiaj mamy wspomnienia. Ech, młodość!…

Najbardziej lubię wypady w góry na dwa, trzy dni. Wtedy wędruję górskimi szlakami całkiem dzielnie i z radością. Tak, mam nadzieję, będzie i tym razem.
Byle pogoda nam dopisała. Lecz jeśli nie, zmienimy wariant wypadu na knajpiany. 😉 I też będzie dobrze.

Aha, bo zapomniałabym: wysłałam dziś dwa opowiadania na konkurs „Chimery”.

NIKIFORKI

ol2akw2

Od paru lat chodzę na zajęcia plastyczne, zwane nikiforkami, które raz w miesiącu odbywają się w naszym domu kultury. Jak pisałam w informacjach o sobie – w dzieciństwie chciałam zostać artystką. Ładnie rysowałam. Śpiewałam nie najgorzej, nawet stanowiłam podporę drugiego głosu w szkolnym chórze.  I tyle. Ładnie też recytowałam wiersze, lecz aktorką także nie zostałam. 😉

Wracam do nikiforków. Mam na koncie jedną akwarelę, jeden olej, parę akryli, jakieś martwe (i marne) natury, suchy pastel… Wszystkie prace wykonane w czasie zajęć. Nawet mieliśmy (na zajęcia uczęszcza nas kilkoro) jesienią ubiegłego roku wystawę naszych prac. Na wernisażu było miło, choć obecni –  głównie krewni i znajomi królika. 😉

Do czego zmierzam? Otóż coraz silniejsze mam poczucie, że malarstwo not for me. Brak mi cierpliwości, na trwających trzy godziny zajęciach już po dwóch najchętniej walnęłabym sztalugi i poszła sobie. Wszystko robię rach ciach. Ela, instruktorka, mówi, że to dopiero podmalunek, a ja już bym chciała, żeby uznała moją pracę za skończoną, i się rozmijamy.  Po zakończeniu zajęć zamykam moje „malarstwo” na kluczyk i zapominam na miesiąc, nie odrabiam zadań domowych, nie ćwiczę. A co to za malarz, który nie ma cierpliwości? Tak jak pisarz – powinien poprawiać, poprawiać, ćwiczyć, ćwiczyć, ćwiczyć.

Coraz silniejsze więc mam poczucie, że robię coś wbrew sobie. Na ostatnie zajęcia zmierzałam z silnym już postanowieniem, by się wypisać, lecz mi znów zabrakło asertywności. Bo towarzystwo tam miłe… Ale to towarzystwo – tworzy. Pragnie się uczyć,  rozwijać, działa. A ja tylko marudzę. 😦

Czy ktoś taki jak ja, taki letni, taki po wierzchu, może porwać tłumy? 😉 Pytanie jednakowoż zadaję żartem. Nigdy nie miałam takich ambicji. Może szkoda…

TNĘ!

Wczoraj – ale już nie w winniczce – wpadło mi do głowy, żeby „obrobić” na konkurs „Chimery” dwa kolejne opowiadania. Bo można wysłać aż trzy, czego wcześniej w regulaminie nie dostrzegłam. Czy na pewno „Boh trojcu lubit” i czy trójką zwielokrotnię swoje szanse, nie wiadomo – ale co mi szkodzi spróbować.
Rzecz w tym, że opowiadanie nie może przekroczyć 18 tysięcy znaków. Ze spacjami. Pisałam już o tym. Zaczęłam od „Wigilii”. Zmieniłam jej tytuł na „W takim dniu” i zaczęłam ciąć.
Wystartowałam z poziomu prawie 24 tysięcy. Kilka godzin przesiedziałam przy komputerze, aż piekły mnie oczy i rozbolała głowa. Efekt wciąż był niesatysfakcjonujący. O mękach przycinania tekstów pisałam zresztą już kiedyś w niecodzienniku. Na szczęście to jest podobno również ćwiczenie warsztatu.
Dziś rano wycięłam kolejne znaki. Na przykład wpadłam na pomysł, by z Jadzi zrobić Olę, bo to za każdym razem, gdy pojawia się jej imię, o trzy znaki mniej. 🙂
W chwili obecnej ilość znaków wynosi 18224. Do szczęścia brakuje zatem niewiele, lecz naprawdę nie wiem, co jeszcze wyciąć.

Na razie idę ciąć włoszczyznę do rosołu. 😉

SPOTKANIE Z ANNĄ M.

Robiąc dziś zakupy, usłyszałam na mieście info, jak się potem okazało – bardziej zgwizd – że w naszej bibliotece odbędzie się spotkanie z profesorem Miodkiem. Na żywo!
Nasza biblioteka realizuje różne ciekawe projekty. M.in. spotkania czytelniczek dyskutujących na temat tej czy innej książki. Zapraszana, niespecjalną miałam na to ochotę, bo się już w życiu dość nadyskutowałam i nastowarzyszałam. Inny projekt to wirtualne spotkania ze znanymi ludźmi z pasją, np. było takie z Krystyną Jandą. Też mi się nie bardzo paliło…
Ale Miodek! Wiadomo. Popędziłam czym prędzej, po drodze planując, jakie zadam mu pytania.
Okazało się, że nie na żywo i nawet nie on, widocznie w ostatniej chwili nastąpiła zmiana bohaterów projektu, bo dziś wystąpiła Anna Musiałówna, fotografik, fotoreporterka z „Polityki”.
Bardzo ciekawie opowiadała o swojej pasji, spotkaniach z ludźmi, okolicznościach zrobienia tej czy innej fotografii. Rozmowa ilustrowana była jej – i nie tylko jej – zdjęciami, głównie czarno-białymi. Szczególnie podobały się nam, uczestniczącym w tej wideokonferencji, fotografie z lat sześćdziesiątych, siedemdziesiątych – obrazki obyczajowe z Polski, którą tak dobrze jeszcze pamiętam.

Tak więc, przypadkiem, otarłam się dziś o kulturę wysoką. I uważam to otarcie za sympatyczne i wartościowe. Nawet po powrocie do domu z moją biblioteką, która była dla mnie dotąd tylko wypożyczalnią książek, nawiązałam znajomość fejsbukową. Ciekawe, z kim będzie następne spotkanie… 🙂

POPRAWKI i FERMENTY…

Mój mąż mawia, że lepsze jest wrogiem dobrego. Zasada ta, jak się zdaje, nie dotyczy pisarstwa. Pisarz musi poprawiać, poprawiać i poprawiać. Tak uczą na warsztatach. No, nie wiem tego na pewno, bo jestem pisarką bez warsztatów. 😉
Ale i ja poprawiam. Dziś – opowiadanie „Wwwpiecdziesiatplus”. Może je wyślę na kolejny konkurs. Poskracałam, żeby się zmieściło w wymaganej ilości znaków. Takie przycięte mniej mi się podoba, ale cóż począć.
Pomysł, by pokombinować z tym opowiadaniem i konkursem, przyszedł mi do głowy znów w winniczce. Wycinałam pordzewiałe liście i niepotrzebne pędy. Nawet niektóre zdania mi się tam układały na nowo. Coś chyba jest w tych winoroślach, w tych pomału dojrzewających gronach. Jakaś dobra aura, ferment jakiś… Nie tylko ten w gąsiorze, z którego będzie wino. Średniej jakości wino domowe. Tak jak pisarstwo autorki tych słów. 😉

wino

WRÓCIŁO LATO

kosmos

Temperatury w ciągu dnia sięgają 25 stopni. Nocą znów można spać przy otwartym oknie. Rano byłam na grzybach, po obiedzie na przejażdżce rowerowej, a tzw. międzyczasie stałam przy garach.
W głowie lęgną mi się pomysły na historie „z życia wzięte”, może coś na kolejny konkurs, a może tylko jako nowy, wspomnieniowy tekst do niecodziennika, do którego już dawno nie zaglądałam. Jak zawsze – w myślach układa mi się wszystko ładnie i zgrabnie, ale gdybym to potem chciała zapisać…
Teraz zresztą szkoda mi pięknych, letnich chwil na siedzenie przy kompie. Może w długie zimowe wieczory coś z tymi pomysłami zrobię. Albo gdy zepsuje się pogoda. Która oby się nie zepsuła jak najdłużej.

KOLEJNY RAPORT

Wysłałam wreszcie opowiadanie na konkurs „Wysokich Obcasów”.
I wciąż robię korektę. Prócz tekstów cudzych – również swoją dawno nieczytaną „Balladę” wzięłam na warsztat. Usuwam z niej rozliczne „już”, „jakie”, „Jednak”, „nawet”, „wreszcie” i inne takie…
Dostałam bowiem propozycję wydawniczą – od jednej z koleżanek z gruby fejsbukowej, ona ma staż w wydawnictwie, które – tak się domyślam – chce poszerzyć ofertę. Propozycję otrzymałam nie tylko ja oczywiście.
Wysłałam kilka opowiadań i moje powieści, ale czy się nadadzą – o tym wydawcy dopiero zdecydują. Na internetowej stronie wydawnictwa przeczytałam, że czekają na „mocne książki”. Obawiam się, że powieści dla gospodyń domowych, jak nazywam swoje „produkcje”, mocne nie są.
A co będzie – poczekamy, zobaczymy…
Z innej zaś beczki: wróciło lato! Dziś był piękny wrześniowy dzień, a na finał – przesympatyczny wieczór z przyjaciółmi na tarasie.

NA KONKURS I POZA KONKURSEM

Krótki meldunek z działki pisarskiej:
1. Wciąż trwają moje prace korektorskie, o których wspomniałam poprzednio – ale już zmierzam ku końcowi.
2. Opowiadania na konkurs wciąż nie wysłałam. Termin jest do końca września, mam nadzieję, że go nie prześpię!
3. Na stronie „Opowiadania” zamieściłam przed chwilą opowiadanie, o którym całkiem zapomniałam! Napisane wiosną, w czasie trwania tego konkursu fejsbukowego na opowiadanie romansowe. Oprócz swoich konkursowych, nudząc się któregoś razu, dopisałam i wysłałam jeszcze jedno opowiadanie, pozakonkursowe – bo było można. Trochę przewrotnie nadałam mu tytuł „Poza konkursem”. Chodziło mi głównie o zaskoczenie czytelnika.
Zapraszam do lektury.

ZALEGAM

Znów zalegam, choć bynajmniej nie na szezlongu. Na szezlongu zresztą zalegać nie umiem (pomijając już, że nie mam owego), bo wciąż jestem kobietą aktywną (choć domową).
Z blogowaniem zalegam. Mimo że sobie tylekroć obiecuję…

Spróbuję choć trochę nadrobić zaległości.
„Blizna” już „dopieszczona” i chyba niczego więcej w niej nie zmienię – ale wciąż jej nie wysłałam. Czemu? Bo ja wiem…
Wśród grzybobrań, zaprawiań, gotowań, prań i prasowań znajduję też trochę (nawet sporo) czasu na działania wprawdzie nie pisarskie, ale z pisarstwem związane. Zrobiłam korektę najnowszego numeru gazety miejscowej (tym chciałabym się zajmować i w przyszłości), a teraz robię korektę tekstów nadesłanych mi przez Gienka Kurzawę (wspomnianego tu już jakiś czas temu). Właściwie nie są to jego teksty, a Andrzeja K. Waśkiewicza, które Gienek chce wydać. Głównie przecinków się czepiam i je dostawiam (rzadziej – likwiduję). Aż się boję, czy to nie jest nadmierna ingerencja w dzieło Mistrza. 😉 Bo ja, cóż – belferka tylko i interpunkcyjny ortodoks…
A co do grzybów – nazbieraliśmy już sporo. Głównie w dwóch „naszych” miejscach (używam cudzysłowu, bo takie one nasze, jak i innych grzybiarzy, na ślady których trafiamy raz po raz). Nazywamy te miejsca Prawdziwkowym Laskiem i Podgrzybkową Dolinką. Wczoraj wróciła słoneczna pogoda, więc już trzy sznurki grzybów suszą się na słońcu i wietrze. Tak pięknie potem zimą będą pachniały…