MISTRZYNI CIĘCIA

OLYMPUS DIGITAL CAMERAW cięciu osiągnę niedługo mistrzostwo świata. Przypadkiem trafiłam na anons o konkursie „Miłość na każdą porę roku”. Termin nadsyłania tekstów mija za parę dni, więc wzięłam się ostro do roboty. Z ponad 30 tysięcy znaków zeszłam do wymaganych 20 tysięcy.
Przycięłam „Żejmianę” i w wersji przyciętej zmieniłam jej tytuł na bardziej letni. 😉
W tym opowiadaniu, pomijając moje i nie tylko moje sentymenty litewskie, banał aż krzyczał, a w wersji short krzyczy jeszcze bardziej, ale co tam. Wyślę, choć na sukces absolutnie nie liczę.
Dlaczego więc spędziłam przy kompie długie godziny z nożycami? Skoro nie piszę niczego nowego, dobre i cięcie – szczególnie jako sposób na aktywizowanie mózgu. 😉

A gdy już mowa o konkursach: wśród ogłoszonych jakiś czas temu zwycięzców i wyróżnionych w konkursie „Moja droga” nie figuruje moje nazwisko. „Blizna” nie znalazła uznania w oczach jury. 😦
Trudno. Mam już wprawę w niewygrywaniu konkursów, równie dużą jak w cięciu.
I tyle mojego pisarskiego meldunku na dziś.

P.S. po czterech godzinach.

Jak zwykle – nie przeczytam do końca, a już się rozpędzam. Dopiero przed chwilą doczytałam się w regulaminie, że: Przesłany tekst nie może być publikowany (w całości lub fragmentach na stronach Internetu, papierowo, elektronicznie lub audio) ani brać udziału w innych konkursach. W przypadku nie spełnienia tego warunku organizator ma prawo zażądać od autora odszkodowania w kwocie 150,00 zł.

No, to się nacięłam na darmo i zostanę z tym przycięciem jak głupia (aczkolwiek z nieco rozciągniętą mózgownicą). 😉

A „niespełnienie” pisze się łącznie! :-p

POSTANOWIENIA NOWOROCZNE

Słyszałam, że nie ma sensu ich robić, bo i tak realizowane są w niewielkim stopniu. Może dlatego czyniłam je rzadko, a jeśli nawet, to zapewne w sprawach mało istotnych, bo nie umiem dziś powiedzieć, czego dotyczyły i czy w ogóle je spełniłam.

Powyższe nie dotyczy kończącego się niedługo roku. W noc sylwestrową obiecałam sobie, że powrócę wreszcie na niwę komunikacyjną.
Pierwsze postanowienie brzmiało zatem:
ZNÓW JEŹDZIĆ NA ROWERZE.
Plan wykonałam i mój sezon rowerowy, do którego powróciłam po niemal trzyletniej przerwie, uważam za bardzo udany, nawet pochwaliłam się tym osiągnięciem w niecodzienniku.
Postanowienie drugie to:
PONOWNIE USIĄŚĆ ZA KIEROWNICĄ.
Stało się to dziś! 🙂 🙂 🙂
Przed wypadkiem jeździłam samochodem przez dwadzieścia lat, lecz po trzyletniej z hakiem przerwie nie miałam pojęcia, jak będzie. W obawie bym nie narobiła kuch w miejscach publicznych, mąż zawiózł mnie najpierw na drogę gruntową. Ćwiczyłam ruszanie, jazdę, cofanie; „ćwiczyłam” to nawet nie jest dobre słowo, bo od razu poszło mi dobrze. Moje nogi i ręce pamiętały czynności mechaniczne i same wiedziały, co mają robić. Nasze kochane autko (fotografia jest jeszcze sprzed wypadku) też zachowywało się bardzo przyjaźnie wobec kierowcy, który trochę wyszedł z wprawy. volv
Na koniec więc przejechałam się – już sama, bez asysty – po paru ulicach miasteczka.  Prowadzenie samochodu z jednym okiem zamkniętym (a przecież tylko tak mogę, inaczej zezowałabym) to jednak pewien dyskomfort, problemem jest na przykład właściwa ocena odległości. Nie zamierzam się więc rzucać z motyką na słońce i na pewno będę – tak jak to jest z rowerem – pokorna wobec swoich ograniczeń.
Ale bardzo, bardzo się cieszę, że zrobiłam dziś pierwszy krok.

GERDA

gerdaWczoraj były jej imieniny. I choć jednocześnie doświadczałam wielu emocji związanych z niedzielą wyborczą – przez cały dzień wracałam myślą do niej.
Naprawdę na imię miała Gertruda, lecz mąż, rodzina, bliscy nazywali ją Gerdą, a nawet Gerdzią. Poznałam ją w dniu rozpoczęcia roku szkolnego, w szkole, w której obie zaczynałyśmy pracę. Miała paziową fryzurkę z grzywką, błękitną dżinsową spódnicę i takież buty na platformach, wówczas bardzo modne. Jako dwie nowe, od razu przylgnęłyśmy do siebie. To nawet było dziwne, bo Gerda dość opornie i ze sporą nieufnością nawiązywała kontakty. Tym bardziej więc czuję się wyróżniona, że padło właśnie na mnie. Można bez przesady powiedzieć, że Gerda i Olek, jej mąż, starsi od nas (Janka i mnie) i doświadczeńsi, nas, „mizeroków” (tak na nas mówił ojciec Gerdy, mieszkający w tej samej wsi, z której dojeżdżałam do pracy), przyhołubili. Gościli, dokarmiali, pomagali, prawie że matkowali nam. A przecież różniły nas poglądy na wiele spraw. Mimo to tamtą więź mogę chyba nazwać przyjaźnią.
Gerda była zapaloną turystką, ciągała uczniów i mnie na różne wycieczki i rajdy. Byłyśmy z młodzieżą na dwóch obozach wędrownych, na Mazurach i Suwalszczyźnie, a rok później na Pojezierzu Drawskim. To były czasy, gdy często jedzenie dla uczestników obozu trzeba było zdobywać spod ziemi i Gerda tak postępowała: gdy ją wyrzucano drzwiami, gotowa była wejść oknem i nie ustąpiła, dopóki czegoś nie załatwiła. Ze mnie jako opiekunki najpierw niewielki miała pożytek, aż mi to wypomniała, że spodziewała się po mnie większej pomocy, i za rok już było dużo lepiej.
Z drugiej strony ona, taka trzeźwa, rozsądna i zapobiegliwa, też nie była lepsza niż jej beztroska pomocnica. Obydwa obozy bowiem, w zamierzeniu wędrowne – bynajmniej nie były piesze. Przed wyruszeniem z miejscowości do następnej informowałyśmy uczniów, dokąd mają dotrzeć i… wszyscy, podzieleni na mniejsze grupki, wyruszali na szosę łapać okazję. Czternasto, piętnastolatkowie! Bardzo to ich zresztą rajcowało, nas też. Dziś to jest nie do pomyślenia i niechybnie czekałaby nas nagana z wpisaniem do akt, o ile nie sąd, za karygodne zaniedbanie obowiązków wychowawczych. A gdyby któremuś z naszych podopiecznych coś złego się na tym stopie stało? Przez długie lata potem, ilekroć to z Gerdą wspominałyśmy, żartowałyśmy, że pewnie do tej pory nie wyszłybyśmy z więzienia. Byłam wtedy głupią siksą, ale Gerda? Myślę, że ona bezgranicznie ufała w Opatrzność Boską i dzięki niej, choć opuścił nas rozsądek, nie opuściło szczęście.
Po trzech latach my wyprowadziliśmy się do Lubniewic, a w jakiś czas później Gerda z Olkiem i z dziećmi do Drawna. Praca, dzieci, kłopoty, odległość – nasze kontakty wciąż trwały, lecz siłą rzeczy zmieniły charakter, osłabły, choć nadal od czasu do czasu spotykaliśmy się.
W Drawnie Gerda nie od razu potrafiła się zaaklimatyzować i długo miała do Olka żal, że ją „wywiózł na zesłanie”. Ale to właśnie tam najbardziej rozwinęła swe opiekuńcze, anielskie skrzydła. Kiedy zmarła, na jej pogrzeb przyszły tłumy i dopiero wtedy poznaliśmy w pełni jej zasługi, o których wcześniej mało co wiedzieliśmy, bo nie lubiła się chwalić. Jak wielu ludziom pomogła, ile zrobiła dla biednych, potrzebujących, ile wdzięczności zaskarbiła sobie w ludzkich sercach.
Kiedy zachorowała, od początku przyjmowała to z pokorą, nawet z humorem, zresztą do końca była dzielna i wszyscy mieliśmy nadzieję, że uda jej się wywinąć choróbsku. Ostatni raz rozmawiałam z nią w kwietniu. Już bardzo wycieńczona chorobą, pragnęła dożyć do ślubu swojego najmłodszego syna. Gerda była uparta, wiadomo, że jeśli sobie coś postanowiła, tak musiało się stać. I stało. Ślub odbył się pod koniec kwietnia i była na nim, zmarła na początku maja.
Kochała góry, szczególnie Tatry. Zabierała tam zawsze grupkę uczniów, którym najpierw pomagała w sfinansowaniu wyjazdu, szukając dla nich sponsorów, zdobywając środki. Po raz ostatni wybrała się na taką wyprawę latem ubiegłego roku, w momencie gdy jej stan na trochę się poprawił, a pewnie też radość z górskiej wędrówki dodawała jej sił.
I pewnie tam teraz wędruje nadal, wysoko, jeszcze wyżej niż po szczytach Tatr.

Wciąż bardzo mi Ciebie brak, Gerdziu.

RZODKIEWKI W LISTOPADZIE

Najlepszy smak miały wiosną. Czekało się całą zimę i jeszcze parę miesięcy, zanim pojawiły się nowalijki. Chrupiąca sałata i rozkosznie piekące w język rzodkiewki.
Zimą jedyną zieloną nowalijką był rosnący w doniczkach szczypiorek. Obiadom towarzyszyły kiszone ogórki, surówki z kapusty i kwaśna kapusta duszona, marynowane grzybki, tarta lub gotowana marchewka, buraczki w postaci sałatki albo na ciepło. Rzodkiewki? Tylko jako wiosenne wspomnienie. Pomidory? Wyłącznie w butelkach i słoikach w postaci soków i przecierów.
Czy dzisiaj młodzi ludzie są w stanie pojąć, o co chodzi w piosence z Kabaretu Starszych Panów, wielkim hicie Wiesława Michnikowskiego „Addio, pomidory”? Jakie addio, skoro przez całą zimę są dostępne? Jakie „minął sierpień, minął wrzesień, znów październik”, skoro obojętnie, listopad czy styczeń – wystarczy pójść do najbliższego marketu.
Owszem, są. Rzodkiewki nieszczypiące w język, kulki zamarzniętej wody ukryte pod czerwoną skórką. Pomidory jedynie z kształtu do pomidorów podobne, blade i anemiczne.
A jak smakowały kiedyś! Ile w nich było słońca i zapachu późnego lata, jakie pyszne były pomidorowe sałatki z cebulą i gęstą śmietaną…

Tak sobie rozmyślam, płucząc pod strumieniem wody listopadowe rzodkiewki. Co mi w ogóle przyszło do głowy, żeby je dziś kupić?
Pomidory kupione dzień wcześniej leżą na blacie kuchennym pod oknem. Ten ostatni raz daję im szansę, a nuż jesiennemu słońcu uda się tchnąć w nie trochę pomidorowego ducha.
A potem jeszcze dzień, jeszcze dwa, i stanowczo zaśpiewam „Addio”!

MAM! MAM! MAM!

antologia_100xx_antologia_polskiego_reportazu_xx_wieku_tom_12_IMAGE1_314148_12 Swego czasu pożałował mi jej redaktor Nogaś, na szczęście gdy odniosłam do biblioteki „Traktat o łuskaniu fasoli”, od razu rzuciła mi się w oczy. Antologia „100/XX” pod redakcją Mariusza Szczygła! Podobno nawet biblioteka wojewódzka w Gorzowie jej nie ma, a nasza – proszę bardzo, zakupiła.
Ledwo to dodźwigałam do domu. Dwie ogromne cegły, każda bez mała po 1000 stron. Reportaże, z niewielkimi odstępstwami, zgromadzono w antologii według schematu „co rok prorok”.
Zaczęłam po kolei. Pierwszy jest tekst Janusza Korczaka o ulicach warszawskiej nędzy, z roku 1901. Teraz czytam reportaż Marii Konopnickiej o żonach normandzkich rybaków (dość surowe i nawet złośliwe są ich portrety), z r. 1904. Ach, ta Konopnicka, matka – Polka i pomnikowa patriotka, ileż ona oblicz miała! „Genderowe” (lesbijskie?) takoż.
Bardzo mi się też podobał reportaż „Zagrzebani w śniegu” Wacława Sieroszewskiego, kartka z podróży przez Syberię i Mandżurię do Japonii. Podczas długiej burzy śnieżnej pociąg utkwił w zaspie gdzieś w pobliżu miejscowości Złatoust i dopiero po wielu perypetiach udało się go odgrzebać.

A to dopiero początek, zaledwie 80 stron. Zapowiada mi się baaardzo długie czytanie. Na jesień i nadchodzącą zimę – jak znalazł. 🙂

SPOTKANIE

Ustawiliśmy kwiaty na grobach i już wychodziliśmy z cmentarza z zamiarem odwiedzenia naszych zmarłych jeszcze w późniejszej porze, gdy dowiedziałam się, że koło grobu swojej mamy siedzi moja koleżanka. Dawno się nie widziałyśmy, poprosiłam więc męża, by zaczekał na mnie w aucie i pobiegłam, by przywitać się z Grażyną.
Wracając, skierowałam się do bocznego wyjścia, w pobliżu którego mieliśmy zaparkowany samochód. Mijając ławkę koło bramy, kątem oka zarejestrowałam obecność grupki osób, odchodzących już stamtąd.
– … tak, dobrze idą, o, tam, prosto do głównej bramy, przed wejściem na cmentarz można kupić znicze, niech pani tu spokojnie zaczeka… – dobiegły mnie ich słowa.
Jakiś impuls nakazał mi zawrócić.
– Przepraszam, czy pani potrzebuje pomocy? – spytałam.
– Słabo się poczułam, muszę trochę odpocząć… – Kobieta siedząca na ławce uśmiechnęła się do mnie. Dość tęga, o zupełnie siwych włosach i zaczerwienionych policzkach, miała na sobie rozpięty flauszowy płaszcz, pod nim rozsunięte poły fioletowego swetra i bluzkę również rozpiętą pod szyją.
– Spokojnie, proszę głęboko oddychać, zaraz na pewno się pani zrobi lepiej – powiedziałam.
– Oni zaraz tu wrócą, tylko poszli zapalić znicze – dodała.
Nie wiedziałam, jacy oni. Podeszłam bliżej.
– Poczekam tu chwilę z panią.
– Dziękuję, już mi przechodzi. Zaraz oni przyjdą. Tak mi się w oczach ciemno zrobiło i gorąco, nie miałam siły z nimi iść. Tylko zapalą…
– Przy głównym wejściu jest krzyż, tam też stoi dużo zniczy, może tam…
– Tak, tak – przytaknęła. – Dziś wszędzie można. Ja rok temu męża pochowałam. Ale nie tu, w Zamościu. Bo my stamtąd.
Dotknęłam jej ręki. Poranek był jeszcze chłodny, miałam zimne dłonie. Nakryła moją dłoń swoją. Jej ręce były bardzo ciepłe, pulchne, miękkie jak kołderka.
– Takie ma pani ciepłe ręce, a moje takie zimne, przepraszam – powiedziałam.
Znów się uśmiechnęła i delikatnie zwiększyła uścisk.
– U nas w rodzinie też jedna miała takie zimne ręce. Jak wychodziła za mąż, to mąż się śmiał, że powinna te ręce w mleko wsadzać, żeby się nie zsiadło.
Teraz ja się zaśmiałam. Miałam ochotę ją przytulić, ale tylko dotknęłam jej ramion.
– I jak? Przechodzi? – spytałam.
– Pomału. Dziękuję. Jeszcze posiedzę. Nie mogę jeździć. Jak tylko wsiedliśmy do tego autobusu, od razu mi się słabo zrobiło. Ledwo tu doszłam z przystanku, dobrze, że ta ławka…
– Jakiego autobusu? – spytałam.
– A tego, z miasta. My nie stąd. Ale tu też cmentarz. Po śmierci wszyscy równi. Tu nie mamy nikogo, wszyscy w Zamościu pochowani.
Nie rozumiałam, co wobec tego robi w takim dniu na drugim końcu Polski, tak daleko od Zamościa, jednak nie chciałam jej wypytywać. Może wraz z tymi, na powrót których czekała na ławce, była w podróży, może dopiero zmierzali w tamtą stronę?
Znów dotknęłam jej ręki i ona znów otuliła moją dłoń swoimi. Moja mama miała zupełnie inne dłonie, szczupłe, drobne, ale też takie ciepłe, gdy przyszłam do niej do szpitala… Tu, na cmentarzu, w tym dniu odwiedzania bliskich – to było niczym doznanie metafizyczne. Niczym spotkanie z Pelunią…
Kobieta na ławce po chwili uwolniła moją rękę.
– Dziękuję pani. Zaraz oni będą. Już dobrze. Dziękuję.
– Da sobie pani radę? – spytałam. – Ja muszę już iść. Życzę pani wszystkiego dobrego, dużo zdrowia.
– Dam. Niech pani się już nie martwi. Dziękuję. Bardzo dziękuję.
– Ja też pani dziękuję – powiedziałam.