SPOTKANIE

Ustawiliśmy kwiaty na grobach i już wychodziliśmy z cmentarza z zamiarem odwiedzenia naszych zmarłych jeszcze w późniejszej porze, gdy dowiedziałam się, że koło grobu swojej mamy siedzi moja koleżanka. Dawno się nie widziałyśmy, poprosiłam więc męża, by zaczekał na mnie w aucie i pobiegłam, by przywitać się z Grażyną.
Wracając, skierowałam się do bocznego wyjścia, w pobliżu którego mieliśmy zaparkowany samochód. Mijając ławkę koło bramy, kątem oka zarejestrowałam obecność grupki osób, odchodzących już stamtąd.
– … tak, dobrze idą, o, tam, prosto do głównej bramy, przed wejściem na cmentarz można kupić znicze, niech pani tu spokojnie zaczeka… – dobiegły mnie ich słowa.
Jakiś impuls nakazał mi zawrócić.
– Przepraszam, czy pani potrzebuje pomocy? – spytałam.
– Słabo się poczułam, muszę trochę odpocząć… – Kobieta siedząca na ławce uśmiechnęła się do mnie. Dość tęga, o zupełnie siwych włosach i zaczerwienionych policzkach, miała na sobie rozpięty flauszowy płaszcz, pod nim rozsunięte poły fioletowego swetra i bluzkę również rozpiętą pod szyją.
– Spokojnie, proszę głęboko oddychać, zaraz na pewno się pani zrobi lepiej – powiedziałam.
– Oni zaraz tu wrócą, tylko poszli zapalić znicze – dodała.
Nie wiedziałam, jacy oni. Podeszłam bliżej.
– Poczekam tu chwilę z panią.
– Dziękuję, już mi przechodzi. Zaraz oni przyjdą. Tak mi się w oczach ciemno zrobiło i gorąco, nie miałam siły z nimi iść. Tylko zapalą…
– Przy głównym wejściu jest krzyż, tam też stoi dużo zniczy, może tam…
– Tak, tak – przytaknęła. – Dziś wszędzie można. Ja rok temu męża pochowałam. Ale nie tu, w Zamościu. Bo my stamtąd.
Dotknęłam jej ręki. Poranek był jeszcze chłodny, miałam zimne dłonie. Nakryła moją dłoń swoją. Jej ręce były bardzo ciepłe, pulchne, miękkie jak kołderka.
– Takie ma pani ciepłe ręce, a moje takie zimne, przepraszam – powiedziałam.
Znów się uśmiechnęła i delikatnie zwiększyła uścisk.
– U nas w rodzinie też jedna miała takie zimne ręce. Jak wychodziła za mąż, to mąż się śmiał, że powinna te ręce w mleko wsadzać, żeby się nie zsiadło.
Teraz ja się zaśmiałam. Miałam ochotę ją przytulić, ale tylko dotknęłam jej ramion.
– I jak? Przechodzi? – spytałam.
– Pomału. Dziękuję. Jeszcze posiedzę. Nie mogę jeździć. Jak tylko wsiedliśmy do tego autobusu, od razu mi się słabo zrobiło. Ledwo tu doszłam z przystanku, dobrze, że ta ławka…
– Jakiego autobusu? – spytałam.
– A tego, z miasta. My nie stąd. Ale tu też cmentarz. Po śmierci wszyscy równi. Tu nie mamy nikogo, wszyscy w Zamościu pochowani.
Nie rozumiałam, co wobec tego robi w takim dniu na drugim końcu Polski, tak daleko od Zamościa, jednak nie chciałam jej wypytywać. Może wraz z tymi, na powrót których czekała na ławce, była w podróży, może dopiero zmierzali w tamtą stronę?
Znów dotknęłam jej ręki i ona znów otuliła moją dłoń swoimi. Moja mama miała zupełnie inne dłonie, szczupłe, drobne, ale też takie ciepłe, gdy przyszłam do niej do szpitala… Tu, na cmentarzu, w tym dniu odwiedzania bliskich – to było niczym doznanie metafizyczne. Niczym spotkanie z Pelunią…
Kobieta na ławce po chwili uwolniła moją rękę.
– Dziękuję pani. Zaraz oni będą. Już dobrze. Dziękuję.
– Da sobie pani radę? – spytałam. – Ja muszę już iść. Życzę pani wszystkiego dobrego, dużo zdrowia.
– Dam. Niech pani się już nie martwi. Dziękuję. Bardzo dziękuję.
– Ja też pani dziękuję – powiedziałam.

Reklamy

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.