JAK SIĘ NARODZIŁA PANI KWAPISZEWSKA

wizjer

… czyli coś z tajników mojego (hm) warsztatu pisarskiego. 😉

Opowiadanie kryminalne, które wymyśliłam na konkurs „Mocne uderzenie”, miało pierwotnie tytuł „Tak miły, ładny pan”. Jego bohaterka to marząca o rycerzu i wielkiej miłości ekspedientka z marketu, łatwo dająca się wrobić w rzekome dokonanie zbrodni (zdradzam, bo jeśli ktoś przeczytał „Układankę”, i tak już wie, a kto nie przeczytał, tego przepraszam). Bohaterka – jednocześnie narratorka – w intrydze nie orientuje się niemal do końca, również nie wszystko wie czytelnik, ale ten łatwo się może domyślić, co jest grane.
Jeśli jednak się nie domyśli – ma mu to wyłożyć czarno na białym bohaterka ostatniego rozdziału, wścibska sąsiadka pani Kwapiszewska. Taki był zamysł i początkowa postać opowiadania.
Ale w związku z tym, że rozrosło mi się ponad wymaganą ilość znaków, zamierzałam przystąpić do cięcia. I wtedy (wspominałam już o tym w jednym z wcześniejszych wpisów) mnie olśniło . Wyrzucę całą tę ostatnią część. Niech czytelnik się troszkę potrudzi, niech nie wszystko będzie jasne. Tak będzie ciekawiej.
Odcięłam więc Kwapiszewską, tytuł opowiadania zmieniłam na „Układanka” i w takiej postaci wysłałam je na konkurs.
Ale… Zrobiło mi się Kwapiszewskiej żal. Tzn. nie tyle samej bohaterki (choć też), ile mojego trudu pisarskiego – nawet nie trudu, bo budowanie tego dialogu szło mi jak po maśle 😀
W każdym razie wysłałam ten tekst na konkurs jako osobne opowiadanie. Zyskało całkiem życzliwe opinie, i tylko jeden z czytelników z grupy zwęszył powiązanie z „Układanką” (pogratulowałam mu spostrzegawczości) 🙂

„Panią Kwapiszewską” zamieszczam w zakładce „Opowiadania”. https://kobietadomowa.wordpress.com/opowiadania-2/pani-kwapiszewska/

Reklamy

ZANIM WYRUSZYMY W KOLEJNĄ PODRÓŻ

               PUSTO

Za pół roku wśród tych drzew rozbijemy namioty. To nasze ukochane pole biwakowe nad jeziorem Żejmena.
Za pół roku znowu popłyniemy Kiewną, Żejmianą. Zjemy chłodnik i cepeliny oraz kotlety po litewsku (nie! ich „kotlety” to nasze „mielone”! a nasze „schabowe” to „karbonad”) w restauracji w Kołtynianach. Będziemy przyrządzać różne dania na ognisku. Mielonkowe gulasze z kaszą i ryżem, spaghetti, fasolkę. Kurki z makaronem, ryby, naleśniki z jagodami…
Za pół roku będziemy co wieczór zaklinać pogodę, siedzieć przy ognisku, odganiać komary, w nocy oglądać wielkie litewskie gwiazdy.
Za pół roku będziemy spać w namiotach, wiosłować, pływać…

To miejsce już na nas czeka, a my czekamy na nie.
Zanim je powitamy, wspominam spływ sprzed roku – „Wyprawa 2014” w niecodzienniku. 🙂 https://kobietadomowa.wordpress.com/codziennie-choc-jedno-zdanie/wyprawa-2014/

KOCHAM SPŁYWY KAJAKOWE

w blekicie To jest coś niesamowitego. Płynąć. Przemieszczać się na wodzie. Odbijać się jak w lustrze w spokojnej tafli jeziora lub ciąć wiosłem jego wzburzoną falę. Albo dać się nieść leniwie prądowi rzeki. Widzieć w głębi przeczystej rosnące tam rośliny i piaszczyste dno. Zrobić malutki ruch ręką i dotknąć wody. Być tak blisko natury, że chyba nie można bliżej. Być jej częścią…

Jako dziecko i nastolatka pływałam parę razy kajakiem po jeziorze w Kosarzynie. Byłam jedynie pasażerem, nie pamiętam już, kto mnie „woził”, pewnie tata, a potem jakiś kolega.
Kajak ówczesny to oczywiście dykciak z drewnianymi wiosłami. Na spływach studenckich i postudenckich były już składaki, „Jantar” i „Neptun” – na drewniane rusztowanie naciągało się brezentowy wierzch, a na przeszkodach należało bardzo uważać, by nie uszkodzić części dolnej; w razie czego kleić, naklejać łatki… Wiosła, choć już skręcone, wciąż jeszcze drewniane.
Potem nastąpiła era kajaków-plastików i lekkich, aluminiowo-plastikowych wioseł. Trwa do dziś.

Dwutygodniowe spływy kajakowe zaliczyłam w starożytnych czasach na kilku rzekach: Obrze, Drawie, Gwdzie, chyba jeszcze jakiejś. Potem, gdy już mieliśmy dzieci, nie pływałam.
Janek kilkakrotnie w charakterze komandora prowadził spływy z młodzieżą, na które zabierał też naszych synów. Ja w tym czasie miałam wczasy domowe. 😉 Wprawdzie zorganizowaliśmy trzykrotnie małe, dwu-trzydniowe spływiki z naszymi przyjaciółmi (Obra, Pliszka), bardzo udane zresztą, lecz tylko tyle i bez ochoty na formy dłuższe.

Tak sobie płynął rok za rokiem, aż któregoś razu… Tu musi najpierw nastąpić dygresja, choć też spływowa.
Wacek zwany Wacuszką, nasz kolega ze studiów, spływał od pacholęcia i przez całe życie zaliczał różne etapy organizowania spływów i uczestniczenia w nich. Etap ostatni zaczął się w roku 2001. Grupa znajomych się skrzyknęła pozainstytucjonalnie, że tak powiem (jeśli nie liczyć konieczności korzystania z usług firmy wypożyczającej kajaki). Zaczęli pływać najpierw po wodach polskich, następnie po litewskich. Wacek jest komandorem honorowym na tych spływach, a ich głównym organizatorem – Darek.

Wacuszka wielokrotnie namawiał nas, żebyśmy się podłączyli. A my wciąż nie i nie. Naprawdę byłam przekonana, że era spływowa już dawno za mną – myć się przez dwa tygodnie w zimnej wodzie, codziennie rozbijać i zwijać namiot, być kąsaną przez komary i gzy – o, nie, dziękuję. Lecz pewnego wieczoru na tarasie, wczesnym latem 2008 roku, po kolejnym namawianiowym telefonie Wacka, spłynął na nas głos z góry. Zwłaszcza na mnie – i w jednej sekundzie odmienił moje stanowisko.
Wprawdzie byłam przekonana, że odważę się na próbę co najwyżej jednotygodniową. Żeby więc nie robić ekipie kłopotów, postanowiliśmy podłączyć się do niej w charakterze spływowiczów niezależnych. Pojechać na Litwę własnym samochodem, z własnym – tj. pożyczonym od znajomego – kajakiem (poradziecki składak „Tajmień tri”) i gdy już będziemy mieli dość tej dziczy i komarów, zakończyć przygodę.

TAK SIĘ NIE STAŁO! Zostaliśmy do końca. Zauroczeni, zaczadzeni, zalitwieni – spływem, wodą, naturą, towarzystwem, ogniskami – zaraz po powrocie do domu zaczęliśmy przygotowania do spływu litewskiego za rok…
Od tamtej pory, z jednym wyjątkiem (w 2013) – pływaliśmy na Litwie każdego lata. Spływ litewski 2Wdrożyliśmy się w spływowy harmonogram roku (spotkanie przedspływowe – spływ zasadniczy – spotkanie pospływowe, kalendarz) i w kajakarsko-spływowe rytuały. Zaliczyliśmy do tej pory sześć spływów litewskich. Zwykle jest to ta sama trasa (jak w naszym debiutanckim spływie), niekiedy modernizowana, bo każdego roku jest niby tak samo, a przecież inaczej. Spływ lite kiauna
W roku obecnym początek spływu zaplanowany został na 18 lipca. Szczegóły ustalimy na spotkaniu przedspływowym w maju.
Już tęsknię…

Relacje z tych spływów i spotkań zamieszczałam w dzienniku domowym zawsze po – z wyjątkiem roku ubiegłego, gdy notatki robiłam na bieżąco. Był też czas zamieszczania na forum klubu kajakarskiego „Pliszka” dzienników spływowych autorstwa najpierw Eli, potem Janka, rozlicznych zdjęć – niestety od paru lat na forum nic się nie dzieje, reaktywacja wciąż chyba tylko w zamiarze… 😦

W niecodzienniku zamieściłam już relację z naszego pierwszego spływu litewskiego. Zamierzam również wklepać tu moje ubiegłoroczne zapiski, ale to trochę potrwa.
Na razie zapraszam: niecodziennik, „Spływ 2008”. https://kobietadomowa.wordpress.com/codziennie-choc-jedno-zdanie/splyw-2008/ Miłej lektury. 🙂

 

Spływ zejmiana ja

„UKŁADANKA”

Na początek „Układanka”. Mój „kryminał” pierwszy najpierwszy.
Czytelnikom na ogół się podobał. Najbardziej cieszyły mnie komentarze tych osób, które irytowała bohaterka oraz wku… bohater. Bo tak właśnie chciałam! Stworzyć słodką idiotkę marzącą o wielkiej miłości i dającą się łatwo wkręcić oraz nieudacznika lowelasa (jedna z komentatorek wręcz nazwała go chu…), który myśli, że jest cwany. Więc skoro taki jest odbiór publiczności, uważam, że odniosłam sukces. 😀

„Układankę” zamieszczam w zakładce „Opowiadania”. Przyjemnej lektury, komentarze mile widziane. 🙂

MOCNE UDERZENIE

Wczoraj ogłoszono wyniki w tym konkursie.
Nie mogę się pochwalić szczególnym sukcesem. W głosowaniu czytelników z grupy na 50 wszystkich opowiadań konkursowych uplasowałam się pośrodku: „Układanka” na 23 miejscu, „Pani Kwapiszewska” 24, „Wina i kara” 35. Zważywszy, że to mój absolutny debiut jako autorki „kryminału”, nie jest tak źle.
W werdykcie jury głównego mnie nie ma. Przyznano sześć miejsc. Z dwoma zgadzam się na maksa, to były również moje główne typy. Co do pozostałych czterech – tak sobie. Głosowałam na inne.
Mnie w tej szóstce nie ma. Nie ubolewam nad tym, byli lepsi ode mnie. Werdykt przyjmuję z pokorą, choć nie do końca. Nie chodzi o to, że mnie pominięto, bo pominięto również kilku innych doskonałych autorów, lepszych ode mnie.
Jedna z głównych pań jurorek w trakcie ogłaszania wyników – bo to się odbywało w charakterze „wydarzenia” i trwało kilka godzin – napisała czarno na białym, że nie czytała wszystkich opowiadań. Czyli co? Jurorki podzieliły się lekturą konkursowych utworów? Trzy, więc każda po kilkanaście sztuk? Może jestem osobą o staroświeckich zasadach przyzwoitości, ale uważam, że to nierzetelne. Jeszcze mogłabym zrozumieć, że opowiadań w konkursie musiałyby biedne jurorki przeczytać 500 – ale zaledwie 50? Skoro nie miały czasu i ochoty, po co w ogóle się godziły na jurorowanie?

Korzyść z konkursu wszakże i tak mam. Napisałam trzy opowiadania! Dla ścisłości – dwa, bo to trzecie jest lekko podrasowaną „Blizną” przerobioną na „Winę i karę”. Gdyby nie „Mocne uderzenie”, nie miałabym pewnie okazji pogłówkować. 😉 Opowiadania oczywiście pozamieszczam na blogu.

A tak nawiasem: „Mocne uderzenie” to był przecież film muzyczny (wystąpili w nim moi ukochani „Skaldowie”) z czasów moje wczesnej młodości, z Magdą Zawadzką i Jerzym Turkiem, który jako Johny Tomala miał nadać barwę piosence o kolorach: https://www.youtube.com/watch?v=Z_LgRkDG1mU
Ten film oglądałam wiele razy, wszak mocne uderzenie to inaczej big-beat, muzyka przełomu lat 60/70.
Ach, rozmarzyłam się. Ach, Skaldowie. Więc może jeszcze to: https://www.youtube.com/watch?v=Z9p-FEJ-iJM
Ach, Jacek Zieliński… Małgoś, pamiętasz?

PODRÓŻ ŻYCIA

             JA W Chorwacji byliśmy najpierw – dwukrotnie – z synami i z przyjaciółmi (oni też z dziećmi). W trasie trochę zwiedzaliśmy, np. Cesky Krumlov czy Postojnską Jamę w Słowenii (te jaskinie – coś niesamowitego!). To były wspaniałe wakacje nad Adriatykiem – na campingu w Banjole na Istrii. Pod piniami, krok od morza i pobliskich wysp.

Mówi się, że Chorwacja jest jak raj. Kto tam był, ten wie, kto nie był, polecam. „Gdy Bóg dzielił pomiędzy ludzi Ziemię, Chorwat spał, a gdy się obudził, okazało się, że wszystkie tereny zostały już rozdane. Bóg zlitował się jednak nad nim i ofiarował kawałek Ziemi, który wcześniej wybrał dla siebie – kawałek Raju na Ziemi”. Po tym raju więc też trochę pojeździliśmy – Limski Kanal, Pula, Rovinj, Jeziora Plitwickie.

Od tamtej pory marzyłam, by tam wrócić. I dotrzeć znacznie dalej niż Istria, aż do Dubrownika. Planowałam, robiłam przymiarki, ale mijały lata i wciąż były jakieś przeszkody; a to finanse, a to Janek rzucał mi kłody pod nogi, a to jeszcze coś (Janek, choć nie jest Rakiem, jeszcze bardziej niż ja nie lubi się ruszać z domu i odskorupiać się muszę w dwójnasób, za siebie i za niego).

Wreszcie się udało. Ponieważ wyprawa miała miejsce w r. 2012, 35 lat po naszym ślubie, nazwaliśmy ją z czasem „Podróżą życia (na 35-lecie pożycia)”. Wyruszyliśmy we wrześniu, wróciliśmy w październiku, w porze gdy u nas już zaczynała się jesień, a w „posezonowej” Chorwacji wciąż było ciepło. Zamiar przedstawiał się tak- i wykonaliśmy go – by jechać na nosa, bez żadnych rezerwacji czy tp. Spodoba nam się gdzieś, to zostaniemy tam dłużej. Jedyne przygotowanie trasy polegało na jej wytyczeniu z pomocą Internetu, tak, by przejechać bez opłat za drogi i autostrady – w końcu jednak (i na szczęście) powiódł nas pożyczony od znajomych GPS. Zaczęliśmy od Polski – Kazimierz Dolny i Bieszczady. Następnie przez Słowację, Węgry, Bośnię i Hercegowinę – do Dubrownika. Powrót przez Słowenię, Austrię i Czechy.

Janek potem mówił, że był przekonany, iż zaliczymy co najwyżej Bieszczady i zapał mi się skończy, i wrócimy. Ale mi się nie skończył, a Janek był bardzo dzielny i kochany. Zrobiliśmy 4600 km. W podróży, połączonej na koniec ze spotkaniem pospływowym i wizytą u syna, byliśmy w sumie aż 28 dni. I naprawdę była naszą Podróżą Życia. Choć mam nadzieję, że jeszcze niejedna podróż przed nami…

Dziennik podróży do Chorwacji, nadziany zdjęciami „niczym dobra kasza skwarkami”, prezentuję w niecodzienniku – „PODRÓŻ ŻYCIA”. Zapraszam 🙂

DZIENNIKI PODRÓŻY

droga Jestem zodiakalnym Rakiem i najlepiej mi we własnej skorupce – w domu. Czasem się jednak odskorupiam.

I wyruszam.
Jako dziecko i młodzież swojego zaraczenia jeszcze nie odczuwałam, widocznie to przychodzi z wiekiem. Ogromnie lubiłam wszelkie wyjazdy. Na przykład ciężarówką (!) nad jezioro do Kosarzyna czy pociągiem piętrusem do Poznania (jaka to była radość ganiać po tych piętrach). Jeździłam na wczasy rodzinne, na wycieczki szkolne, podróżowałam autostopem. Obóz harcerski, wycieczki rowerowe, obozy wędrowne, rajdy, wycieczki zakładowe, wyprawy z przyjaciółmi całymi rodzinami – to też mam na koncie. Z rodzicami, potem sama bądź z przyjaciółmi, z Jankiem, sporo wyjazdów z dziećmi, ostatnio znów w duecie…
Nie mogę powiedzieć, że zwiedziłam świat, bo nawet Europę tylko w niewielkiej części – najwięcej podróży zaliczyłam w kraju ojczystym.
Ale i zagranicy trochę się uzbierało. NRD, potem już zjednoczone Niemcy, Austria, Czechy, Węgry Chorwacja, również Włochy i Szwecja.
Zapiski z tych wyjazdów, najpierw jako dziewczę piszące pamiętniczek, potem jako zapisywaczka dzienników domowych, zwykle robiłam już w domu, po powrocie z wojaży. Są wszakże dwa wyjątki, gdy na bieżąco prowadziłam „dziennik podróży”. Jeden podczas naszej wyprawy w 2012 r. (głównym celem była Chorwacja, ale po drodze… ho, ho!), a drugi to ubiegłoroczne zapiski robione podczas spływu kajakowego.

Zaczęłam się zatem zajmować intensywnie przepisywaniem na blog. Dla mnie to przede wszystkim powrót do miłych wspomnień, ale może i komuś się te historie spodobają?
W starożytnych zeszytach mam też zapisane dzień po dniu (acz z poślizgiem) różne wyprawy, np. z czasów licealnych, jedna to był rajd „Szlakiem zdobywców Wału Pomorskiego”, druga – wycieczka szkolna do Krakowa, Wieliczki i Zakopanego. Muszę poszukać tych zapisków, jeśli nie będą zbyt infantylne i egzaltowane – oj, mogą! 😀 – też je tu przepiszę.