DZIENNIKARKA DOMOWA cz.III

Jesienią 2005 roku zadzwonił do mnie szef miejscowej władzy z zapytaniem, czy chciałabym się spotkać z redaktorem, który niedawno wypuścił na rynek lokalną gazetę i szuka współpracowników.
Chciałam.
Redaktor wyjaśnił mi, o co – jak się dziś mówi – kaman. Pismo „Moja Gmina” (z nadtytułem „gazeta mieszkańców miasteczek i wsi” oraz z podtytułem „wydanie bezpłatne”), której parę numerów już się ukazało, docierać miało do czytelników w takich właśnie jak moja miejscowościach. W gminach i powiatach bliżej bądź trochę dalej leżących od miasta „półwojewódzkiego” Gorzów Wlkp.
Redaktor naczelny i zarazem wydawca miał ideę, by pismo rzeczywiście było bezpłatne, utrzymujące się dzięki ogłoszeniom reklamodawców oraz dotacjom z kas gminnych. Dziś takich pisemek jest pełno, wtedy to była nowość.
Poprosiłam, by mi redaktor przywiózł pierwszy numer do wglądu. Przywiózł, wglądnęłam, nie było źle – i rozpoczęłam z „Moją Gminą” radosną współpracę. Bo w ogóle byłam wtedy radosna – właśnie rozpoczęłam być kobietą domową (choć jeszcze nie blogową) i wolną. Nie w sensie stanu cywilnego, tylko – wolnego czasu. Nic, tylko pisać i słać. A że i internetowa wtedy też być zaczęłam, tym poszło mi łatwiej.

Pisałam zatem i słałam.
O moim przecudnym jesiennym miasteczku.
O Europejkach, czyli Polkach, które właśnie ukończyły naukę w Europaschule w Storkow w Niemczech i na tamtejszym rynku w centrum, wprowadziwszy polski akcent, wraz z dyrektorem szkoły i niemieckimi kolegami tańczyły poloneza.
O fikołkach na zdrowie. Fikołki (różnie można je rozumieć) generalnie są zdrowe – w tym wypadku chodziło o cotygodniowe zajęcia gimnastyczno-taneczne dla pań w różnym wieku, podczas których aż furczały wydzielające się endorfiny… Sama na te zajęcia chodziłam, to wiem najlepiej.
O Dniu Edukacji Narodowej (moja wszak działka) i ekologicznych blokach, mammobusie i miesiącu różowej wstążeczki… Takie tam. Nawet czasem zdjęcia dołączałam.

Zbyt dużo tych tekstów nie zdążyłam natworzyć, bo znów przerwała się piękna bajka. Gazeta padła. Kasy gminne nie paliły się do wydatków na dotowanie pisma, w każdym razie moja odmówiła współpracy. Może władza, która uważała mnie za opozycję, wystraszyła się, że prasa to potęga? i ja ją obsmaruję? – dla ścisłości: nie ta sama władza, co w czasach „Gazety Nowej” i także nie obecna ;). A może zwyczajnie nie mogła już znaleźć środków w miejsko-gminnym budżecie.

Tak czy siak, ledwo rozwinęłam skrzydła, już zostały podcięte. Po latach wspominam to oczywiście z sentymentem, ale wtedy było mi żal.
Na otarcie łez pozostał mi tekst o Jochenie – Niemcu, który pokochał Lubniewice („Tu przyjeżdża najchętniej”). Tekst nie zdążył się już ukazać w gazecie, więc zamieszczam go na blogu – w zakładce „Niecodziennik”. Bohater tej opowieści nawet nie wie, że o nim napisałam, jak również o tym, że stanowi pierwowzór jednej z postaci w „Króliku w szparagach” (gdzie nazwałam go Kurtem).
Inny tekst, „Obrazek znad Lubiąża” (bodaj pierwszy z przeze mnie napisanych dla „Mojej Gminy”) też zamieszczam. Stanowi bowiem jak gdyby część poprzedzającą późniejszy, bardziej „turystyczny” już obrazek mojego miasteczka i okolic, przedstawiony w „Lubię Lubniewice”. Nostalgiczny, jesienny, senny – porównując oba teksty można zauważyć, jak znowu Lubniewice zmieniły się na korzyść, zarybiły się, zaludniły, uatrakcyjniły i uturystyczniły. 🙂

Miłej lektury.

Reklamy

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.