NASTĘPNY KONKURS?

c0aW fejsbukowej grupie pisarskiej jeszcze nie ogłoszono wyników w konkursie „Mocne uderzenie”, a już są przymiarki do następnego – nie wiem, na ile serio, ale sporo osób się wciągnęło w wymyślanie propozycji, co by to mogło być tym razem. Bajka (baśń chyba?) i ogólnie – coś dla dzieci. Fantasy. S-f. Historia autobiograficzna w postaci dzienników, pamiętników („autobiograficzność” może być zmyślona, byle forma się zgadzała). Tu się podpisałam – ja, specjalistka od pisanego od stu lat domowego dziennika (a wcześniej – „mojego kochanego pamiętniczka”) – mam wszak stosy zeszytów z tymi zapiskami, aczkolwiek wcale nie zamierzałabym po prostu przepisać. Bynajmniej! 🙂
Jest też pomysł, by podać jeden tytuł i niech go każdy rozwija jak chce i czuje, oczywiście mieszcząc się w dozwolonej ilości znaków. Taka propozycja też mi się bardzo podoba – a co będzie (i czy w ogóle), zobaczymy.

Wracam do dzienników. Robiąc te domowe zapiski, stworzyłam przecież, mniej lub bardziej udatnie, niejeden dziennik podróży. I mam pomysł, by z braku pomysłów (a dla ożywienia blogowego i zmniejszenia ilości przewijania na FB 😉 ) coś tu zamieścić.
Ale o tym w kolejnym poście.

Reklamy

CO TO ZA ZIMA BEZ ŚNIEGU?

śnieg Tylko raz, w niedzielę, było piękne słońce, nieb błękity stuprocentowe, świat cały w szronowej bieli.
I znów się aura zawzięła.
A przecież bywało, bywało… Całkiem niedawno, acz jeszcze nie w tym roku.
Śniegu pragnę oczywiście dla radości oczu i serca, bo już mnie wkurza ta smutna szarość.
A i roślinom śniegowa kołderka też się przyda, bo jeśli tak, nie daj Bóg, walnie mróz, to moje forsycje znów nie zakwitną.
Na razie posycę sobie oczy zimowymi widoczkami na zdjęciach. Również takim widokiem: bazant BAŻ

To jest nasz prywatny bażant nadariański. 😉 Fotka wprawdzie sprzed kilku lat, ale – co za traf! – właśnie przed chwilą Janek go widział startującego z nadariańskiej łąki. Naprawdę!

TONĘ!!!

litwa Jak co dzień (bardzo rzadko PRAWIE co dzień) zasiadam do komputera. Mam zamiar napisać coś na blogu. Stworzyć też nowy rozdział „Peluni”. Zrealizować różne pomysły pisarskie i wspomnieniowe.
Ale zaczynam od przeglądu „moich” portali. I choć się staram nie czytać pierdów z różnych „Pudelków” czy „Pomponików”, okiem jednak zahaczam tu i ówdzie, i trochę czasu mi na tym schodzi.
Potem sprawdzam pocztę. Na jednej – z rzadka tylko mail od kogoś znajomego. Przeważnie same reklamy, promocje, spam. Na drugiej niemal wyłącznie powiadomienia, setki powiadomień z FB – kto zamieścił taki czy siaki post, wspomniał o mnie czy do mnie napisał.
Tak. WSZYSCY są na fejsbuku.
Więc loguję się tam i przewijam, przewijam, przewijam… Czytam. Odpowiadam. Lajkuję. Zamieszczam. Piszę.
Tonę.

Owszem, udam się na odwyk. Przez dwa tygodnie będę tonąć wyłącznie w przeczystych wodach litewskich. W miejscach takich jak to na zdjęciu, jedno z naszych najukochańszych. Oczywiście tonąć nie na amen, a oczami, napawając się (wprawdzie Janek patrzy akurat nie tyle na wody przeczyste, co na spławik, ale i on się napawa wraz ze mną). Niestety – to dopiero latem. A dziś… 😦

Bardzo długo – pisałam już o tym – się broniłam. I tak już ugrzęzłam w Naszej Klasie, FB nie był mi potrzebny do szczęścia. Ale wskutek intensywnych internetowych poszukiwań Leny, mojej bliskiej przyjaciółki z lat dawnych (wyjechała do USA, straciłyśmy kontakt), znalazłam wreszcie informację, że taka osoba „jest na Facebooku, zaloguj się/zarejestruj”.
Więc się zarejestrowałam. Niestety – była to zupełnie inna osoba, choć o takim samym imieniu i nazwisku.
Po tym jednorazowym spotkaniu z FB nie zamierzałam tam zaglądać. Konta jednak nie zlikwidowałam, w nadziei, że jeśli nie ja Lenę, to może ona kiedyś mnie odnajdzie – a może i inni znajomi. Tak minęło kilka ładnych lat. Nasza Klasa pustoszała, ludzie się przepisywali do FB, funkcjonowało już przekonanie, że jeśli cię tam nie ma, to w ogóle nie istniejesz – a ja wciąż z pełną wyższości pogardą byłam ponad to.

Aż napisałam swoją pierwszą powieść… Po czym z głupia frant to właśnie wpisałam do wyszukiwarki Google: „napisałam powieść” – i trafiłam na blog Kasi S. Tak zaczęła się nasza wirtualna znajomość, która po pewnym czasie (a znowu go trochę minęło) zaowocowała pod koniec grudnia 2013. trafieniem do fejsbukowej grupy pisarskiej, w której właśnie zaczął się konkurs na opowiadanie wigilijne.
I potem już poleciało. Jeden konkurs, drugi konkurs, trzeci – a po drodze coraz więcej znajomych, coraz więcej do czytania, lajkowania, odpowiadania, zamieszczania, udostępniania…

Tonę.

Owszem. Są niewątpliwe pozytywy. Sale koncertowe i galerie całego świata. Książki i filmy. Jasne. Naprawdę dużo fajnych rzeczy się tam dzieje. Wartościowych nawet. Jest to bardzo miłe tonięcie.

Ale i gorzkie. Mam na myśli tzw. czynnik ludzki. Ze znajomymi z realu – lajki, komentarze, posty. Z Małgochą na przykład, inną moją wielką przyjaciółką z lat dawnych. Nie maile. Nie rozmowy przez telefon. Z rzadka, bardzo z rzadka spotkanie w realu. Za to codziennie jakiś lajk lub trzy słowa na krzyż na FB. Czyż to nie głupie? Nie smutne?

Tak. Są i przyjemności, radości, wzruszenia, gdy te dwa światy się splatają, przenikają… Gdy wirtualna Zuzanna z Londynu staje się jak najbardziej realna i kochana. Gdy odnajduje mnie po latach mieszkająca w Irlandii była uczennica i ma ochotę pisać mi o swojej tęsknocie za naszymi lasami i jeziorami. Gdy – tak jak dziś – trafiam na udostępnienie zdjęcia, na którym młody alpinista stoi na jakimś szczycie alpejskim z fotografią Gerdy i jej ten moment w Alpach dedykuje, bo zaraziła go miłością do gór… Aż mam ciary na plecach i łzy w oczach.

Ach, gdybyż były wyłącznie „plusy dodatnie”!… 😉
Do „Peluni” kolejny raz nie zajrzałam. Ze skarbnicy moich wspomnień i pomysłów pisarskich znowu nie czerpałam.
Dziś znów tylko tonięcie.
Może jutro… 😦

A Lenę w końcu odnalazłam w tych Stanach – dzięki determinacji naszej wspólnej koleżanki, Grażyny.
Nie jest fejsbukowa.
Nie jest nawet internetowa ani skajpowa.
Czasem rozmawiamy przez telefon.

LANS

cz1  cz 2

Kto jest fejsbukowy, ten już wie, a kto nie jest, temu się pochwalę. Sporo tekstów autorstwa osób z mojej grupy pisarskiej dorobiło się okładek. Zawdzięczamy to pewnej Ewie, która ma na FB profil „Zapiski Kulturalne” i między innymi zajmuje się udostępnianiem naszych opowiadań ozdobionych pięknymi okładkami.
Ja doczekałam się już trzech. I choć są one tylko wirtualne, zamieściłam je i tu, bo są ładne. cz1

Na temat lansu ciąg dalszy:
Najpierw długo się czaiłam, potem zaczęłam się odczajać. Z początku „z pewną taką nieśmiałością”, stopniowo coraz bardziej, a obecnie wręcz się promuje i lansuję. 😉 – Coraz więcej moich tekstów blogowych zamieszczam na fejsbuku.
Odzew mam taki sobie. Nie wiem, ilu mam czytelników, myślę, że głównie lajkowiczów. I tak nieźle jak na fejsbukowy ocean. Znajomi z mojej grupy pisarskiej już te teksty znają z konkursów, spośród innych, pozagrupowych, niektórzy mi na priv donoszą, że czytają, zaglądają, podoba im się. Miło mi.

DZIENNIKARKA DOMOWA cz.III

Jesienią 2005 roku zadzwonił do mnie szef miejscowej władzy z zapytaniem, czy chciałabym się spotkać z redaktorem, który niedawno wypuścił na rynek lokalną gazetę i szuka współpracowników.
Chciałam.
Redaktor wyjaśnił mi, o co – jak się dziś mówi – kaman. Pismo „Moja Gmina” (z nadtytułem „gazeta mieszkańców miasteczek i wsi” oraz z podtytułem „wydanie bezpłatne”), której parę numerów już się ukazało, docierać miało do czytelników w takich właśnie jak moja miejscowościach. W gminach i powiatach bliżej bądź trochę dalej leżących od miasta „półwojewódzkiego” Gorzów Wlkp.
Redaktor naczelny i zarazem wydawca miał ideę, by pismo rzeczywiście było bezpłatne, utrzymujące się dzięki ogłoszeniom reklamodawców oraz dotacjom z kas gminnych. Dziś takich pisemek jest pełno, wtedy to była nowość.
Poprosiłam, by mi redaktor przywiózł pierwszy numer do wglądu. Przywiózł, wglądnęłam, nie było źle – i rozpoczęłam z „Moją Gminą” radosną współpracę. Bo w ogóle byłam wtedy radosna – właśnie rozpoczęłam być kobietą domową (choć jeszcze nie blogową) i wolną. Nie w sensie stanu cywilnego, tylko – wolnego czasu. Nic, tylko pisać i słać. A że i internetowa wtedy też być zaczęłam, tym poszło mi łatwiej.

Pisałam zatem i słałam.
O moim przecudnym jesiennym miasteczku.
O Europejkach, czyli Polkach, które właśnie ukończyły naukę w Europaschule w Storkow w Niemczech i na tamtejszym rynku w centrum, wprowadziwszy polski akcent, wraz z dyrektorem szkoły i niemieckimi kolegami tańczyły poloneza.
O fikołkach na zdrowie. Fikołki (różnie można je rozumieć) generalnie są zdrowe – w tym wypadku chodziło o cotygodniowe zajęcia gimnastyczno-taneczne dla pań w różnym wieku, podczas których aż furczały wydzielające się endorfiny… Sama na te zajęcia chodziłam, to wiem najlepiej.
O Dniu Edukacji Narodowej (moja wszak działka) i ekologicznych blokach, mammobusie i miesiącu różowej wstążeczki… Takie tam. Nawet czasem zdjęcia dołączałam.

Zbyt dużo tych tekstów nie zdążyłam natworzyć, bo znów przerwała się piękna bajka. Gazeta padła. Kasy gminne nie paliły się do wydatków na dotowanie pisma, w każdym razie moja odmówiła współpracy. Może władza, która uważała mnie za opozycję, wystraszyła się, że prasa to potęga? i ja ją obsmaruję? – dla ścisłości: nie ta sama władza, co w czasach „Gazety Nowej” i także nie obecna ;). A może zwyczajnie nie mogła już znaleźć środków w miejsko-gminnym budżecie.

Tak czy siak, ledwo rozwinęłam skrzydła, już zostały podcięte. Po latach wspominam to oczywiście z sentymentem, ale wtedy było mi żal.
Na otarcie łez pozostał mi tekst o Jochenie – Niemcu, który pokochał Lubniewice („Tu przyjeżdża najchętniej”). Tekst nie zdążył się już ukazać w gazecie, więc zamieszczam go na blogu – w zakładce „Niecodziennik”. Bohater tej opowieści nawet nie wie, że o nim napisałam, jak również o tym, że stanowi pierwowzór jednej z postaci w „Króliku w szparagach” (gdzie nazwałam go Kurtem).
Inny tekst, „Obrazek znad Lubiąża” (bodaj pierwszy z przeze mnie napisanych dla „Mojej Gminy”) też zamieszczam. Stanowi bowiem jak gdyby część poprzedzającą późniejszy, bardziej „turystyczny” już obrazek mojego miasteczka i okolic, przedstawiony w „Lubię Lubniewice”. Nostalgiczny, jesienny, senny – porównując oba teksty można zauważyć, jak znowu Lubniewice zmieniły się na korzyść, zarybiły się, zaludniły, uatrakcyjniły i uturystyczniły. 🙂

Miłej lektury.

Z TOPOLĄ I BEZ TOPOLI

DSCN0869  Ten bezlistny łysol na pierwszym planie to nasza topola. Te równie łyse w tle to nasze wierzby. To mój krajobraz nadariański, wielokroć już tu prezentowany. Zdjęcie zrobiłam dziś, zimą wciąż nieśniegową.

„Krajobraz bez topoli” napisałam w czasach, gdy jeszcze mieszkaliśmy w bloku na osiedlu. Żal mi było drzew, które poszły pod topór.
Dziś mam własną topolę i wierzby. Własnoręcznie przez Janka powsadzane ongi w ziemię patyki szybko zdążyły przeobrazić się w spore, dające cień drzewa. Wiadomo, „chwasty”. 😉 Nawet bóbr Zenobiusz ich nie szanuje i trzeba było je zabezpieczyć specjalną siatką.
Ale my te chwasty kochamy…

„Krajobraz bez topoli” zamieściłam w zakładce „Niecodziennik”. Zapraszam.

JA W „TWOIM STYLU” – DZIENNIKARKA DOMOWA cz. II

tytul  Czasem kupowałam miesięcznik „Twój Styl”, częściej pożyczałam zaległe numery od koleżanki z pracy. Któregoś razu w numerze czerwcowym trafiłam na przypomnienie o upływającym wkrótce terminie ogłoszonego w styczniu konkursu dla czytelniczek – konkursu na dzienniki Polek zatytułowanego „Miesiąc z życia kobiety”. Od wielu lat piszę dziennik domowy i niejeden miesiąc z życia kobiety w nim mam, podkusiło mnie zatem, by trochę tych zapisków wybrać, przepisać na komputerze i wysłać na konkurs.
Byłam wtedy świeżo upieczoną „absolwentką” kursu komputerowego w mojej szkole. Tu ciekawostka: w ramach świeżo nawiązanej współpracy szkół polskich i szwedzkich kurs prowadził Kjell, jak najbardziej szwedzki Szwed.
Umiałam zatem stukać w klawiaturę i w szkolnej pracowni komputerowej postanowiłam dokonać dzieła.
Do zamiaru nie przyznałam się nawet własnemu mężowi, jedyną osobą wtajemniczoną była moja przyjaciółka Bożenka, wraz z którą w komputerowni wieczorami zajmowałyśmy się swoimi pracami: ona przygotowywaniem czegoś do szkoły, a ja, pod pretekstem, że też – przepisywaniem pamiętniczka.
Wybrałam zapiski z ledwo minionych kwietnia i maja, akurat był to czas obfitujący w istotne zdarzenia, i to nie tylko z mojego życia. Przymierzałam się znów do zmiany zawodu, tym razem na agentkę ubezpieczeniową (!), podróżowaliśmy trochę rodzinnie, odwiedzając krewnych i znajomych, w moim miasteczku zorganizowano ogólnopolskie zawody BRD, a nawet przejeżdżał przez nie (i chwilkę tu odpoczywał) ówczesny prezydent naszego kraju. O tym i jeszcze o paru innych sprawach pisałam w swoim dzienniku i to, bez żadnego wygładzania stylu czy tp. – przepisałam, wydrukowałam i wysłałam. Nawet nie wiedziałam, nie mając tego styczniowego numeru TS z regulaminem konkursu, że trzeba pracę opatrzyć godłem, a pewnie i jakieś dwie osobne koperty zastosować, aż dziw, że mi to w ogóle przyjęli.

Minęło pół roku, o sprawie całkiem zapomniałam.
Pod koniec roku, a może na początku następnego otrzymałam od Twojego Stylu przesyłkę – piękny kalendarz z polskimi aktorkami „wmontowanymi” w słynne obrazy mistrzów polskiego malarstwa. Pomyślałam, że to za udział w konkursie i już wtedy ujawniłam tę historię mężowi.
Od stycznia zaczęły się w TS ukazywać te konkursowe dzienniki Polek. Zarówno styczniowy, jak i lutowy – bardzo wyrafinowane, wielkoświatowe bym rzekła, gdzie mi tam do nich, z moimi dylematami nauczycielki z prowincji, jak sądziłam.
Aż tu w marcu dzwoni do mnie ta znajoma od pożyczania mi TS i gratuluje! Wyróżniono i moją pracę! Od razu domyśliła się po treści mojego autorstwa, choć nigdzie tam nie podano mojego nazwiska, a jedynie wymyślone przez redakcję godło – „Hanna”. Pracę zatytułowano „Beznadziejny przypadek”, który to tytuł bardzo mi przypadł do gustu (był cytatem użytych przeze mnie słów).
Ucieszyłam się bardzo, poprosiłam koleżankę, by mi ten numer TS nazajutrz przywiozła do pracy – i calutką noc nie spałam. Ze zmartwienia! Bałam się, że może znajomi, rozpoznawszy się w tych zapiskach, będą zniesmaczeni, że może kogoś niechcący obraziłam… Te obawy popsuły mi całą radość, na szczęście następnego dnia, ujrzawszy swój tekst w miesięczniku, uspokoiłam się. Nie było tak źle.

IMG_0002   część A potem to już miałam jawną radochę. Co rusz ktoś mnie pytał, czy ta Hanna to ja, znajomi dzwonili, gratulowali, bardzo to było przyjemne. Że już nie wspomnę o gratyfikacji pieniężnej za wierszówkę, czy jak oni to tam wycenili – naprawdę sporej.

Na fali sukcesu i popularności rozzuchwaliłam się do tego stopnia, że zamarzyło mi się być… felietonistką Twojego Stylu. Wystosowałam w tej sprawie list do ówczesnej redaktor naczelnej, arcydzieło sztuki epistolarnej bez mała. Przecież musiałam się zareklamować – jako ta kobieta światła i lekkiego pióra, z prowincji, a nie całkiem prowincjonalna. A co! Jak spadać, to z wysokiego konia.
Oczywiście spadłam. Nie doczekałam się żadnej odpowiedzi. Nie dla mnie wysokie progi lakierowanych pism. Trudno.
Na otarcie łez pozostało mi sympatyczne wspomnienie i tekst „Krajobraz bez topoli”, który napisałam specjalnie w celu dołączenia go do listu jako próbki moich możliwości.

Ten tekst (list również) właśnie odnalazłam, pisany ręcznie (bo to już były wakacje i szkolną pracownię komputerową zamknięto) –
muszę go wklikać do kompa i zamieścić na blogu.