POLSKIE PIEKIEŁKO, CZYLI JESZCZE NA TEMAT „IDY”

ida pawlikowski

Po Oscarze dla „Idy” coraz większa wrzawa. Jedni się cieszą z polskiego sukcesu (było nie było, film zrobili Polacy), drudzy krzyczą coraz głośniej, że ten film to polska hańba.
Dziś na FB trafiłam na kolejne kwiatki z tej łączki.
Najpierw przeczytałam artykuł „Młot na zakonnice” Wiktora Góreckiego – http://stronaokulturze.pl/2015/02/24/mlot-na-zakonnice/
Autor pisze: „Nie rozumiem, jak można nazwać antypolskim film, przed którym stawia się przymiotnik „polski” i który został uznany za cholernie dobry przez najbardziej prestiżową akademię filmową świata ” i „Polska słynie z przekraczania granic absurdu i również tym razem mnie nie zawiodła (…) dowiedziałem się, że Oscar dla Pawlikowskiego za „Idę” to nie sukces, lecz hańba, hańba narodowa”.
Dalej jest o tym, o czym i ja już wiem – by nie sprowadzać problematyki filmu wyłącznie do kwestii polsko-żydowskiej.
Ktoś pod tym artykułem dał link do wypowiedzi Mariusza Maxa Kolonki, wysłuchałam więc z uwagą i – narastającą irytacją. Mariusz Max niestety zajmuje to samo stanowisko, co jakiś prawicowy i zajadły portal, na który przypadkiem trafiłam przedwczoraj (i czym prędzej stamtąd uciekłam, tyle tam było jadu), przy okazji dowalając jeszcze „Pokłosiu”. „Ida” jest antypolska, a w dodatku to nie jest sukces Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej i niech pani Odorowicz go sobie nie przypisuję, bo gdyby dała pieniądze na inny projekt niż ten nośny „żydowski”, to sukcesu by nie było. Tak mniej więcej pan Kolonko dowodzi. („Oskary i polityka” https://www.youtube.com/results?search_query=oskary+i+polityka+max+kolonko+mowi+jak+jest )

Absolutnie zgadzam się z Wiktorem Góreckim, autorem „Młota na zakonnice”. Co do wypowiedzi Maxa Kolonki zaś –  zgodzić się mogę jedynie z tym, że w przyznawaniu nagród Amerykańskiej Akademii Filmowej wielką rolę odgrywa polityka – ale to przecież żadne odkrycie. Nawet z nagrodami Nobla bywa podobnie.  Z innymi tezami posiadającego jedynie słuszną rację „patrioty” Mariusza Maxa K., mądrzącego się zza oceanu, nie zgadzam się absolutnie.  Jeśli dla niego „Pokłosie” jest filmem antypolskim, a w „Idzie” widzi wyłącznie problem „współwiny za holokaust” (czy może bardziej koniunkturalnie to „widzi”, pod prawicowych zaciekłych przeciwników tego filmu), to ja mam tylko jedną konkluzję: każdy widzi, jak mu wygodniej.

Ja nie jestem filmoznawcą ani nawet szczególnym, wyrafinowanym filmofanem. Może bym była, ale w moim miasteczku już od bardzo wielu lat nie ma kina, a „do województwa” jeżdżę rzadko. Jeśli więc chcę się czegoś dowiedzieć o takim czy innym filmie, niestety polegać muszę na opinii krytyków (niestety, bo po ich opiniach już niejeden film sobie odpuściłam, a po latach się okazywało, że to „klasyka”, „film kultowy” i „arcydzieło”).
Gdy „Ida” zwyciężyła w 2013 r. na festiwalu w Gdyni, pisano głównie o tej historii polsko-żydowskiej, więc z takim nastawieniem i ja po raz pierwszy „Idę” oglądałam, spodziewając się mocnych akcentów w stylu „Pokłosia”.
No i – byłam trochę zawiedziona. O czym właściwie jest ten film? Bo o tym, na co zwracano uwagę w recenzjach, przecież nie! Owszem, ciekawy, świetnie zagrany, ale…
Kiedy „Ida” rozpoczęła swój triumfalny marsz po Oscara i parę dni przed oskarową uroczystością natrafiłam na nią w tv – obejrzałam znowu. Tym razem już bez żadnego nastawienia, za to z narastającym zachwytem. Dla wysmakowanych zdjęć, dla peerelowskich, dobrze pamiętanych przeze mnie klimatów, dla wspaniałej gry Agaty Kuleszy i przenikliwych oczu w nieruchomej twarzy Agaty Trzebuchowskiej, dla smakowania powolnej akcji – nieakcji, dla refleksji nad istotą ludzkich wyborów i uwikłań…
O tym przecież jest ten film. Odkrywająca się tajemnica z przeszłości jest tylko punktem wyjścia, jednym z elementów tej historii, bynajmniej nie głównym.

A tu taki wrzask. Jakim prawem jakiś Pawlikowski, co to nawet nie całkiem jest Polakiem, bo wychował się w Londynie, śmiał pokalać polskie gniazdo? Pokazać Polaków jako zbrodniarzy? I jeszcze za to dostać Oscara! Powinien zwrócić statuetkę i to jak najprędzej (to już nie pan Max, tylko ci prawicowcy z portalu).

Ręce opadają.
Ale właściwie czemu ja się dziwię? Przecież znam doskonale polskie piekiełko.
W filmie „Bogowie” jeden z bohaterów mówi, że Polak Polakowi zazdrości nawet klęski.

A cóż dopiero sukcesu.

Reklamy

AND THE OSCAR GOES TO… „IDA”!!!

ida_ida__656

Telewizja Canal Plus z okazji swego 20-lecia odkodowała kanał, którego nie odbieramy – miałam więc okazję oglądać na żywo relację z przyznawania Oskarów i z tej okazji skorzystałam.
Oczywiście głównie z powodu naszych, licznych jak nigdy, nominowanych, ale również z chęci przyjrzenia się z bliska amerykańskiemu show (i co tu kryć, blichtrowi).
Czerwony dywan, ważna część tej uroczystości, prezentował gwiazdy (bądź „gwiazdy”) i ich kreacje. Wiadomo, to jest zawsze pokaz mody i najnowszych trendów, a nawet ich wyznaczania, bo zaraz znajdą się naśladowczynie takich czy innych sukien.
Niektóre rzeczywiście były olśniewające, np. piękna suknia Jennifer Lopez. Ale już kreacja Lady Gagi, ta bombiasta biała szata z czerwonymi za łokcie rozskrzydlającymi się rękawicami, zupełnie mnie nie powaliła. W studiu telewizyjnym komentatorzy mieli nadzieję, że rękawice są skórzane, a nie z gumy, i robili aluzje do „perfekcyjnej pani domu”, a w trójce dopatrzono się – żartem oczywiście – jeszcze jednego polskiego akcentu na uroczystości – bieli i czerwień to wszak nasze barwy narodowe.
Kreacji Agaty Kuleszy i Agaty Trzebuchowskiej nie widziałam, choć też wcześniej była mowa, że specjalnie na tę okazję przygotowali je polscy projektanci. Zobaczę w telewizji, pewnie jeszcze nieraz.
A nie widziałam, bowiem obie panie, o czym Agata Kulesza opowiadała dziś rano w trójce, wskutek jakiegoś niedopatrzenia wyszły na korytarz – a to właśnie wówczas nadeszła pora prezentowania nominowanych w kategorii „najlepszy film nieanglojęzyczny”. Zaskoczone, zobaczyły nagle na ekranie Pawła Pawlikowskiego startującego ze swojego miejsca na sali w kierunku sceny i po chwili odbierającego statuetkę. Z radości skakały i biegały po tym korytarzu, krzyczały i się ściskały.

Kiedy zaprezentowano nominowane filmy i Nicole Kidman ogłosiła: „And the Oscar goes to… „Ida””, my z Jankiem również skakaliśmy z radości. Było nie było, nominowanych trochę już mieliśmy, ale Oscara polski film otrzymał po raz pierwszy.
Tym bardziej się cieszyliśmy, że przecież były obawy, czy świat amerykański należycie „Idę” zrozumie. W ogóle – świat. Bo ta historia, osadzona w polskich realiach czasów „komuny” (a przecież uniwersalna!) – co powie zagranicznemu, nieznającemu polskiej specyfiku widzowi?
Jeszcze dziś rano słyszałam w trójce wypowiedź dziennikarza, który twierdził, że amerykański widz odniesień do systemu stalinowskiego nie skuma, a film odbierze tylko jako rzecz o Polakach, którzy mordowali Żydów i „wspomagali holocaust”. Więc należałoby przed pokazami za granicą poprzedzać film stosownym wyjaśnieniem.
Toż to bzdura! Objaśniać, „co poeta miał na myśli”? A niech się widz sam pogłowi. Nie zrozumie jak trzeba – jego broszka. Podobno w Argentynie po pokazie „Idy” pytano, czy te dwie kobiety to lesbijki! Na taką okoliczność też trzeba by dla tamtejszego dystrybutora poprzedzać film stosownym komentarzem?

Czarno-biała „Ida” przedstawia Polskę lat sześćdziesiątych (w pewnym sensie też wcześniejszych) jako smutny, szary kraj. Pokłosie czasów stalinowskich i socjalistyczną zgrzebność (pamiętam przecież tamte czasy z dzieciństwa – tak było). Ale też jako miejsce jazzowych zadymionych klubów, lirycznie zawodzących saksofonów, tęsknoty za bardziej kolorowym światem i powiewem Zachodu… Przepięknie to oddają zdjęcia Łukasza Żala, szkoda, że choć nominowany, Oscara nie dostał.

Dla mnie to przede wszystkim film o wyborach życiowych, będących nie tylko efektem własnych niezawisłych decyzji, ale też – przede wszystkim – zależnych od wielu okoliczności „zewnętrznych”…
Wybory życiowe Wandy Gruz, ciotki Idy, byłej „stalinowskiej” pani prokurator, prowadzą do tragicznego finału. Bilans życia wypada jej fatalnie. Ta, która ludzi sprowadzała do kategorii ofiar, sama już od dawna jest ofiarą. Strasznie gorzka i jednocześnie zaskakująca jest scena jej samobójstwa (niesamowita! nie zdradzę, jeśli ktoś filmu jeszcze nie oglądał – podobno takiej w historii kina jeszcze nie było). A po niej groteskowy pogrzeb z przemową partyjnego działacza o zasługach Wandy Gruz, których wdzięczna ojczyzna nigdy nie zapomni. To brzmi jak złośliwy chichot dziejów. ALE TAK BYŁO.
Ida, młoda kandydatka na zakonnicę, w wyniku wędrówki i „świeckich” doświadczeń, i wiedząc już, z czego rezygnuje, podejmuje decyzję powrotu do klasztoru (choć ostatnia, bardzo długa scena jej drogi powrotnej, nie stawia przecież ostatecznej kropki nad „i” i zawsze można mieć nadzieję, że Ida się rozmyśli).

Reżyser, odbierając statuetkę, zażartował, że jego kameralny film o ucieczce od zgiełku świata trafił oto w samo centrum tego zgiełku.
Dziś zaś słyszałam jego wypowiedź, że oczywiście cała ekipa cieszy się ogromnie z Oskara, ale żeby tej – bardzo jednak amerykańskiej – nagrody nie demonizować, my tu mamy swoje polskie kino i na tym powinniśmy się skupić.

Ja na amerykańskiej ceremonii, gdy się już okazało, że innych Oscarów nie dostaliśmy, też przestałam się skupiać i nie dotrwawszy do finału, poszłam spać.
Wkrótce obejrzę „Polskie Orły”. Też to będzie mocno „amerykańskie”, lecz nie sądzę, by chciano koniecznie przebić wzory zza oceanu. Prowadzący ceremonię na jedną z odsłon programu wyszedł na scenę tylko w białych gaciach i czarnych skarpetkach. Publiczność się zaśmiewała, ja nie bardzo.
Nie twierdzę, że byłam szczególnie zniesmaczona, bynajmniej. Jednak mam nadzieję, że nasz prowadzący nie będzie usiłował przebić swojego amerykańskiego kolegi.
Zresztą nie tylko dlatego uważam, że Maciej Stuhr w tej roli jest lepszy niż Neil Patrick Harris – choć młode pokolenie w osobie mojego syna niekoniecznie to zdanie podziela … 🙂

CYC NIE KUTAS

cyc

W Kazimierzu Dolnym, w naszej ulubionej kawiarni „U Radka”,

 U RAD wnetrze

znajdują się na ścianach rysunki znanych polskich artystów: Czeczota, Stasysa, Starowieyskiego. Ten ostatni często bywał w Kazimierzu, nawet widzieliśmy go kiedyś wchodzącego do Domu Architekta. Siedzieliśmy akurat prawie vis a vis, czyli w ogródku piwnym wzmiankowanej knajpki „U Radka”, tradycyjnie gapiąc się na rynek…

U Radka ogr

Rysunek Starowieyskiego zdobiący ścianę „U Radka” przedstawia charakterystyczne dla jego grafiki  ptakokobiece postacie o obfitych kształtach – zwłaszcza gdy chodzi o biust (dość obwisły, jak widać).

113-kazimierz-dolny-kawiarnia-u-radka Starowieyski

Podobno gdy artysta malował ów fresk, trzeba było zasłonić okno, by ochronić speszoną modelkę przed wścibstwem licznych gapiów. Ech, te kazimierskie klimaty i opowieści…

Jutro mija szósta rocznica śmierci Franciszka Starowieyskiego – zmarł 23 lutego 2009.

Miałam przyjemność uczestniczyć kiedyś w kilku z nim spotkaniach. To było w Poznaniu, podczas ogólnopolskiego przeglądu teatrów szkolnych (nawet międzynarodowego, bo prezentowały się tam też  zespoły z zagranicy). W jury zasiadali m.in. Barbara Wachowicz i właśnie Franciszek S. Zobaczyłam go, gdy dotarłszy do Teatru Polskiego (tam prezentowane były wszystkie spektakle konkursowe) zgłosiłam swoje przybycie w sekretariacie placówki. Przy biurku gawędził z meldującą nas panią – własnym oczom nie wierzyłam, bo w realu wyglądał młodziej i lepiej niż w tiwi! – Franciszek Starowieyski we własnej osobie. Potem się dowiedziałam, że będzie on jurorem, a także poprowadzi warsztaty dla uczestników przeglądu i instruktorów (ja na ten poznański festiwal teatralny właśnie jako instruktor zostałam oddelegowana).

Podczas warsztatów Starowieyski zaimponował mi znajomością języków. Aczkolwiek nie powinnam być zaskoczona, wiadomo, hrabia, więc odebrał staranne wykształcenie. W trakcie zajęć do sali przybyła grupa młodzieży holenderskiej i poproszono artystę, by i z nią nawiązał kontakt, zaczął więc swoje wypowiedzi od razu przekładać na angielski. W pewnym momencie jednak się żachnął, że „ten angielski taki prosty, prymitywny język” i przeszedł na płynny niemiecki. Ale go zaraz wyprostowano, że jednak nie, bo Holendrzy po niemiecku ani w ząb, więc rad nierad powrócił do angielskiego.

Opowiadał o swoim teatrze rysowania, podejściu do sztuki, o ludzkiej – zwłaszcza kobiecej  – cielesności, nagości. O modelkach, jakie pozują do jego dzieł – koniecznie o pełnych, choć niekoniecznie najjędrniejszych kobiecych kształtach. To wówczas usłyszałam z jego ust owo słynne: „Cyc nie kutas, stać nie musi”. W czasie tych warsztatów Starowieyski zaproponował taki rodzaj działań teatralno-plastycznych, które mają doprowadzić do wyzwolenia się z konwenansu poprzez zaimprowizowaną, swobodną twórczość będącą rodzajem happeningu, performance’u. W ruch poszły znajdujące się w pomieszczeniu kawałki drewna, wielkie płachty papieru, a nawet, jak pamiętam, muszla klozetowa. Chodziło również o jak najbardziej dosłowne wyzwolenie się z krępujących nas zewnętrznych szat. Jeden chłopak, rozpędzony ku tej wolności artystycznej, odgryzał grube kawały bułki, popijał mlekiem z butelki, a następnie pluł nimi wokół siebie. Starowieyski widać ujrzał w nim spełnienie swego artystycznego credo, bo potem przyznał temu chłopakowi prywatne wyróżnienie.

Zanim się towarzystwo rozruszało jeszcze bardziej, musiałam się zmyć, bo śpieszyłam się na inne zajęcia – na spotkanie z Barbarą Wachowicz w muzeum Sienkiewicza. Ale wiem z późniejszej relacji koleżanki, że Starowieyski w końcu doprowadził do zrzucenia szatek jedną z pań instruktorek – wbrew głoszonej teorii całkiem jędrną i bynajmniej nie obwisłocycą…

Gdy w ostatnim dniu festiwalu ogłoszono werdykt, każdy z jurorów miał kilka minut na uzasadnienie i komentarz. Ktoś (nie pamiętam kto, nie pamiętam, o co dokładnie chodziło) nawiązał do jakiejś wypowiedzi krytyka teatralnego Konstantego Puzyny. Gdy nadeszła kolej na wystąpienie Starowieyskiego, zobaczyliśmy w jego wykonaniu teatr w teatrze.  W pewnej chwili (do dziś mam w uszach to jego charakterystyczne „r” wymawiane jak „y”) usłyszeliśmy: „Konstanty Puzyna, chociaż też hyabia i nawet mój kyewny, opowiada pieydoły”. Dalszego ciągu wypowiedzi nie pamiętam, ale to nieważne. Najciekawsze było to, że „Jan Byk” wygłaszał swój spicz … wypełzłszy z kulisy na czworakach i przeszedłszy w ten sposób na proscenium, gdzie dokończył wypowiedź. byk

Na koniec jeszcze jedna fajna  anegdota. Opowieść Franciszka Starowieyskiego o tym, jak na zamówienie rządu włoskiego malował  „ogyomny fyesk” i potrzebna mu była do niego modelka o wiadomych gabarytach.  Jej zadanie było tym trudniejsze, że miała pozować nie dość że nago, to jeszcze rozdziawiona na rozwartej szeroko drabinie. Rozdziawiona obunóż, rzecz jasna.

W całych Włoszech nie mógł znaleźć takiej modelki. Aż wreszcie zgłosiła się do niego contessa – powiedzmy, że X, nie pamiętam nazwiska – i powiedziała:

– Hyabio, wstyd mi za mój nayód. Będę pana modelką!

PATRZĘ BYKIEM, A NAWET WILKIEM

byk_32054

Niedawno, z okazji Międzynarodowego Dnia Kota, znalazłam na jednej ze stron fejsbukowych taki wiersz:

rozkocurzony poznasz od palców
po napąsowiałe wąsy przejrzy na wylot
miękkie upadki czterech łap

nienamiauczanym kątom przyjrzy się spod byka
nocą czytelnym mruczandem
żartem zwinie w kłębek pomniejszony smutek

Świetny wiersz, wspaniałe neologizmy, oryginalne metafory, ale, na miłość Boską, jakie „spod byka”???
Wierszem się (w komentarzu pod nim) zachwyciłam, neologizmy pochwaliłam, „spod byka” zganiłam.
Dostałam odpowiedź, że nie mam racji, bo język się wciąż rozwija i mam dać wykładnię, czemu to niby jest błąd językowy. Oraz otrzymałam link do słownika internetowego, w którym JAK BYK widnieje:

ktoś patrzy wilkiem

ktoś patrzy bykiem
ktoś patrzy spod byka
ktoś patrzy z byka
ktoś spogląda spod byka
ktoś spogląda wilkiem

ktoś patrzy wrogo i nieufnie

I co ja na to?
Oczywiście wiem, że związków frazeologicznych nie należy interpretować dosłownie, ale co poradzę, że patrzenie „spod byka” widzę zbyt dosłownie i bardzo mnie śmieszy?
Nadal się upieram, że to błąd językowy. Uczono mnie, że frazeologizmy to STAŁE związki wyrazów i nie należy ich członów ani zmieniać, ani mieszać z innymi. Błąd z tym „spod bykiem” wziął się właśnie z pomieszania dwóch związków frazeologicznych: „patrzeć BYKIEM” (lub wilkiem) i „patrzeć SPODE łba”.
Nie zgadzam się również z „patrzeniem z byka”. Z byka to można komuś co najwyżej przywalić. 😀

Słownik, z którego przytoczyłam hasło, to internetowy „Wielki słownik języka polskiego”. Nie uważam źródeł internetowych za idealne. W moim papierowym słowniku języka polskiego „patrzeć spod byka” nie występuje!
Ale, ale…
Ten internetowy WSJP ma tłumy autorów. Wśród nich masa profesorów, adiunktów, językoznawców. Czy wiedza, którą mi ongiś wpojono, już nie obowiązuje i „spod byka” zostało (przez uzus?) zatwierdzone jako poprawne?
I ja jestem ortodoksyjna, czepiająca się, skostniała stara belferka?

Autorka wiersza broni „spod byka”, które ma oznaczać zapowiedź ruchu, szykowania się przez kota do ataku. Hm… Licentia poetica?

Czy uzus językowy usankcjonuje kiedyś „poszłem”? Też będzie to można wytłumaczyć chęcią wyrażenia ruchu – krótszego niż w przypadku „poszedłem”. 😉

Mam nadzieję, że tego nie doczekam. Na razie patrzę bykiem na „spod byka”. Dla mnie to błąd.
Czyli BYK.

P.S.
O innym „Byku” (czyli Franciszku Starowieyskim) już niebawem. 🙂

38

gozdziki

19 lutego 1977 roku padał deszcz. Podobno to zła wróżba. Że jeśli pada w dzień ślubu, będzie potem zapłakane życie.
Miałam sukienkę z niebieskiego bistoru i wiązankę białych goździków. Marzyła nam się taka z białych bzów, ale był problem z załatwieniem tych kwiatów zimą. Dziś by ściągnęli z końca świata. Wtedy – marzenie ściętej głowy.
Za garnitur ślubny Janka wyrabiał jego ciemnoniebieski garnitur ze studniówki. Żeby wyglądać porządnie – tzn. zadośćuczynić oczekiwaniom rodziców i teściów – mój ukochany miał, jak później już nigdy (z wyjątkiem rocznego pobytu w armii) wygolone oblicze. Zero brody, wąsik jedynie i dość krótka fryzurka. my
W Urzędzie Stanu Cywilnego najbardziej renomowanemu gubińskiemu fotografowi popsuł się aparat – flesz nie błyskał. Oświetleniem w sali ślubów były jedynie żyrandole i światło zza okien. Czarno-białe zdjęcia są mało wyraźne, choć owszem, widać na nich, że to my, nasi świadkowie, rodzice, znajomi.
Po przyjęciu w moim domu rodzinnym noc poślubną mieliśmy w hotelu. Następnego dnia po obiedzie, obładowani domową wałówką, by móc poczęstować kolegów w akademiku, pociągiem wróciliśmy do Zielonej Góry.
Przez całą drogę spoglądałam raz po raz na prawą dłoń i manewrowałam nią tak, żeby cały wagon widział, co mam na palcu.
Obrączkę!!! 🙂

To było trzydzieści osiem lat temu. Obrączek nie zdejmujemy nigdy. I z tym przepłakanym życiem to też nie była prawda. ❤ ❤

POWIERZBOWISKO – FOTOREPORTAŻ ZNAD ARIANKI

cięcie wierzb1

Pisałam już o topolach, teraz będzie o wierzbach.

Nad Arianką w środku lutego zimę mamy tylko w nocy – rzeczka przymarza, a w ciągu dnia lód puszcza. Korzystając ze słonecznych dni, Janek dokonał wierzbocięcia. Tak to wyglądało:

Przymierza się według obmyślonej i już onegdaj wypróbowanej strategii:

bedzie cial

Pnie się:

pnie sie

Tnie (piłą ręczną!):

tnie

Aż się bałam, że wleci do Arianki!

zaraz wleci

Jedna już obcięta, teraz druga…

druga

a ta trzecia, najbardziej obsmyczona, będzie prowadzona „na palmę” (lub jak kto woli, na wierzbę szopenowską):

na palmę

 

Dzieło wierzbocięcia ukończone, a Jan, mistrz cięcia 😉 – sposobi się teraz do rozkawałkowywania tych konarów. Powierzbowisko  zmieni się niebawem w tartak.

Widok na razie jest trochę kosmiczny:

powierzbowisko

Ale już za kilka miesięcy nad Ariankę znów powróci zielony cień…

bedzie tak
Wierzba, jak wiadomo, jest jeszcze większym chwastem niż topola. Wystarczy wsadzić patyk w ziemię i za parę lat masz sporej wielkości drzewko.
Ja te nasze chwasty nadariańskie kocham. Przed dwunastoma laty Janek naokoło całej naszej połaci powtykał w ziemię gałązki pościnane przez sąsiada. Tym sposobem doczekaliśmy się wierzbowego ogrodzenia sporej części działki, zielonego zadaszenia nad miejscem ogniskowo-grillowym, a nawet – po drugiej stronie Arianki – pięknej wierzbowej alejki.
Niestety bóbr Zenobiusz wraz ze swoją bandą dokonał w tej wierzbowej arkadii sporych spustoszeń. Na szczęście wierzby „strategiczne” zdążył Janek ogrodzić siatką. I te właśnie, już onegdaj raz przykrócone, poddał ponownemu cięciu.
Jednej tylko nie wolno przycinać i rośnie „swoją mocą”. To wierzba płacząca.

placzaca Powód jest sentymentalny: koło domu rodzinnego w Gubinie miałam takie wierzby nad Lubicą.
Ta nadariańska powstała kiedyś z gałązki będącej dekoracją wielkanocną. Ukorzeniła się w wazonie, więc ją wsadziliśmy do ziemi. I wyrosło wielkie drzewo… Bóbr je wprawdzie zdążył jednej nocy napocząć, ale osiatkowane przeżyło i trwa. Oby jak najdłużej.

Powierzbowisko… To tak ponuro brzmi i nieciekawie wygląda. Ale przecież niebawem znowu będzie tak:

i tak

A nawet tak:

a nawet tak

Czekamy…

NASZ PODRÓŻNIK ROKU!

doba Wszyscy już wiemy i się cieszymy. Aleksander Doba zwyciężył w plebiscycie „National Geographic” – został Podróżnikiem Roku . Brawo!
I choć nasze spływy w stylu „luzik rajtuzik” przy jego wyczynach to mały pikuś, czujemy z nim kajakarską więź.

Janek poznał Olka Dobę na XXXII Międzynarodowym Spływie Kajakowym Wda’ 97. Pojechał tam wówczas z jeszcze jednym nauczycielem i z kilkorgiem uczniów – i z kajakami „Smyk” – jako Uczniowski Klub Sportowy „Sokół”. Całkiem dobrze się zaprezentowali wśród naprawdę wytrawnej braci kajakarskiej. splyw_0002 „Wieczór Wybrzeża” pisał o nich: „Na uwagę zasługuje ambitna drużyna kajakowa reprezentująca Szkołę Podstawową w Lubniewicach. Dla młodzieży opracowano odrębne przepisy. Młodzi kajakarze dzielnie dotrzymują tempa wytrawnym wioślarzom”. splyw_0004
Spływ był trzydniowy, cała trasa liczyła w sumie 87 km. Wzięło w nim udział 120 zawodników.

Aleksander Doba w maratonie spływowym na Wdzie zajął jedno z czołowych miejsc. Już wtedy był mistrzem, lecz sam zapewne nie przypuszczał, że kiedyś opłynie świat i zdobędzie prestiżowe tytuły, sławę, międzynarodowe uznanie. Na jednym z odcinków spływu prezentował, jak się robi „przewrót” w wodzie wraz z kajakiem (on to robił w kajaku bez fartucha!) – czyli eskimoskę. Dodał, że to nie sztuka ją wykonać – sztuką jest się nie wywrócić, zwłaszcza na rwącej, kamienistej rzece. Opowiedział o jednym z takich spływów, w którym uczestniczył – zorganizowanym w Szklarskiej Porębie na Kamiennej. Odcinek do pokonania był taki bystry i grożący wywrotkami, że sporo drużyn po przyjeździe na miejsce startu tylko popatrzyło na rzekę – i zrezygnowało.

Na przyszły rok Olek Doba planuje kolejną wielką wyprawę. Będzie miał wówczas prawie 70 lat! Po prostu brakuje słów podziwu. Wszyscy powinniśmy z jego przykładu czerpać jeśli nie pełnymi garściami, to przynajmniej jedną małą garstką. 🙂