JESZCZE PRZYJDZIE CIEPŁY FRONT

forsyc

Pogoda zdurniała. Już od paru ładnych lat. Jesień trwa do lutego, po drodze Boże Narodzenie, przynajmniej tu u nas, w okolicznościach lubusko – nadariańskich, mamy słoneczne i bezśnieżne. Zima zaś odbywa się wiosną i często, gdy ma zahaczyć o Wielkanoc i potraktować nas – jak dziś – huraganową wichurą, zimniskiem i śniegiem z deszczem – zahacza i traktuje śmiało, i sezon kominkowy przedłużamy do maja. Znów pewnie dłużej poczekamy, aż przyjdzie ciepły front i bociany wrócą z Ghany. To znaczy – już wróciły, tylko pewnie marzną… Podobno jakieś ptaki (ale zapomniałam, czy bociany, czy jakieś inne, Wacek pewnie będzie wiedział), które kiedyś odlatywały od nas na zimę do tzw. ciepłych krajów, już się na lot do Afryki przestały wysilać i zimują w Hiszpanii. Zawszeć to krócej i bezpieczniej.
O matko święta, jak strasznie znowu leje i wieje, i w kominie gwiżdże, gdy piszę te słowa!
Ale jedno od stuleci się nie zmienia, zawsze było i wciąż jest: w marcu jak w garncu oraz kwiecień plecień, bo przeplata. Więc co tu się obrażać na pogodę. Nawet się dziś wstrzeliłam między chmurami i opadami, i zasadziłam parę narcyzków w ogrodzie. Syfiasta pogoda zresztą roślinom nie przeszkadza i kwitną na całego. Święta wielkanocne też takie mają być: zimowe, ale z kwitnącymi za oknem tulipanami i hiacyntami.
Nie pójdziemy ze święconką spacerkiem i „na krótki rękaw”, trudno. Ale forsycje pod oknem i przy tarasie wybuchną już na całego. A potem przyjdzie ciepły front, jak śpiewa kabaret „Neonówka”… 🙂

Sąsiadka Danka kredyt we frankach
wzięła i traci raczej na bank.
Codziennie rano bułkę maślaną
maczając w mleku uśmiecha się.
Choć rata większa, to pełnia szczęścia,
przecież altankę pod Grójcem ma.
Więc ty rodaku ze słońca braku
Nie rób tragedii, uśmiechaj się

Jeszcze przyjdzie ciepły front
Łojojojojojojojoj
A bociany wrócą z Ghany.
Łojojojojojojojoj
Wybudujesz nowy dom
Łojojojojojojojoj
I wybierzesz dobry rząd.
Łojojojojojojojoj
Wreszcie przestaniemy kląć
Łojojojojojojojoj
I na lewo ciągnąć prąd.
Łojojojojojojojoj
Wreszcie odwiedzimy Stany
Łojojojojojojojoj
I się wszyscy dogadamy.

Nie traćmy więc nadziei. 🙂

SPRAWOZDANIE Z PODRÓŻY

by night

Miło wyjeżdżać, jeszcze milej wracać. To banał, ale tak jest. Po wypasionych wywczasach w Warszawie – znów oddycham powietrzem nadariańskim.
Kwitną już krokusy, sasanki, tulipany i forsycje. Te ostatnie i w Warszawie, choć tam surowszy klimat, też już miały grube pąki…

PIĄTEK.
Wyjazd z Gorzowa wczesnym rankiem. Po kilku godzinach jazdy telefon od Janka, czy obserwujemy zaćmienie słońca – najlepiej przez srebrny papierek po czekoladce. Jedna miła pani miała czekoladki – i cały przedział się zintegrował we wspólnym, radosnym dziele oglądania.
Dworzec Centralny. Zuza. Zamustrowanie się w „Novotelu” (dawniej; hotel „Forum”), na 25 piętrze.
Aklimatyzuję się.

Spacer po mieście.

Muzeum Narodowe – wystawa malarstwa Olgi Boznańskiej.

olga

chlopiec

A przy okazji spotkanie Bilińskiej z Bilińską. 😉

bilinska
Metro. Raz tylko, bo potem Zuza – a ja z nią – rozbijała się już tylko taksówkami (metro nie wszędzie dociera…).
Tłum się wysypał, to znaczy wyjeżdżał ze stacji metra schodami w górę, gdyśmy zjeżdżały w dół.
– Ale tłum – powiedziałam.
Na to Zuza z uśmiechem:
– To jest tłum?
No tak. Wszystko jest relatywne.
Metrem na Kabaty. Tam w „Basilii”, fajnej knajpce z dobrym włoskim jedzonkiem, przemiłe spotkanie z Jolą i Rhino, czyli Leszkiem. Pierwsze spotkanie naszej czteroosobowej bandy i nie ostatnie.
Dedykacje Joli w jej książkach. z Jolą

nie waz sie
Bardzo udany wieczór.

SOBOTA
Dzień główny, „Autostopowy”.
Najpierw Zuza – fryzjer i kosmetyczka, ja – kino. „Birdman”. Dobry film, świetny odtwórca roli głównej Michael Keaton.
Pączki na ciepło z Chmielnej.

Odstawiłyśmy się w numerze na wyjście. w numerze w num ja
Część główna dnia: 5 godzin w „My Place Cafe” – wieczór autorski autorek opowiadań z tomu „Autostopy”. To efekt projektu „Wykup słowo”. Dziesięć opowiadań o wolności.

MPC MPC Mi
Szkoda, że nie mam zdjęć autorek siedzących (zapewne z bijącymi sercami) vis a vis publiczności…

Jeszcze bardziej szkoda, że nikt żadnej z pań (z tej dziesiątki było ich osiem) nie zadał pytania, czym dla niej jest wolność, bo prezentowane fragmenty niekoniecznie dawały odpowiedź. Szkoda, że ja nie spytałam… Zresztą wtedy jeszcze nie znałam wszystkich opowiadań, przed spotkaniem zdążyłam przeczytać tylko część.
Najbardziej podobają mi się dwa: „Tryptyk znad Tamizy” Zuzanny Muszyńskiej i „Dziurą w płot” Doroty Szelezińskiej.
Miło mieć koleżanki pisarki…
Po spotkaniu i powrocie do hotelu – jeszcze jedno wyjście. Późnowieczorna bardzo smaczna wieczerza w „Mące i wodzie”.

maka

Niestety z fatalnym finałem pt. „o jedną krewetkę za daleko” i ratowaniem mnie przez służby medyczne (mniejsza o szczegóły). Na szczęście złe przygody zwykle kończą się dobrze, tak się stało i tym razem. Tylko Zuzce napędziłam stracha… Zuziu, wybacz!

NIEDZIELA
Po nocnych przygodach jestem jak odrodzona. Zimny, słoneczny dzień w Warszawie też taki czysty, odświętny.
Msza w kościele na Placu Trzech Krzyży.
Stare piękne polskie pieśni wielkopostne (aż miałam łzy w oczach) – jak strasznie dawno ich nie słyszałam!
Cafe „Szpilka”. Widok na plac i stare magnolie z haiku Joli.

Pl Trzech
Spotkanie (tym razem w postaci żeńskiego trio: Jola, Zuza i ja) w Łazienkach, spacer.

lazienki
Obiad w restauracji „Belvedere”.

zuzaNaokoło nas zieleń parkowych trawników, liczni spacerowicze i paw. We wnętrzu – wypasiona obsługa szatniarsko – kelnerska i poezja smaku na talerzach.

kompozycja
Wieczór w kinie PKiN.

Na widowni szczupłe body tej chudzinki Zuzy.

chudzinka

Na ekranie – „Body/Ciało” Szumowskiej.
Ciary na naszych bodies, zwłaszcza pod koniec.

To był najpiękniejszy z warszawskich dni.

PONIEDZIAŁEK
Spacer. Księgarnia „Nieznany Świat” na ul. Kredytowej, gdzie są „Autostopy”.

Autostopy
„Złote Tarasy” – krótka kawa z Cindy, berlińską znajomą Zuzy. (Naocierałam się trochę o tę międzynarodowość, nie tylko o warszawskość: Zuza – Londyn, kilka innych dziewczyn z projektu – Bruksela, Holandia, Maroko nawet)
Poszukiwanie w Empiku książki Joli (obsługa mówiła, że jest, a nie mogłyśmy znaleźć!).
Wizyta z Zuzą w klinice „Novum”, gdzie pracuje Jola.
Wieczorne spotkanie kwartetu „seniorów” w restauracji „Dubrovnik” (primo voto „Chata Chorwata”). Znowu pyszności na talerzach i w kieliszkach, znów przesympatyczne rozmowy (Rhino, wybacz roztrajkotanym babom) i nawet trzy róże…

WTOREK
Spotkanie z Dorotą w hotelowym barze, tematy znów głównie „Autostopowe”.
Kawa: 15 PLN, mała szklanka świeżo wyciśniętego soku z pomarańczy: 20 PLN. O matko, czas wracać!
Pożegnanie na Centralnym.
Mocno dłużąca się tym razem podróż (tylko z początku było zabawnie: podkutnowscy rolnicy wracający z oddyżurowania swojej działki w manifestacji rolników w stolicy).
Późnym wieczorem – Lubniewice.
Wino z Jankiem. Home, sweat home.

Zuziu, dziękuję. Było wspaniale. ❤

OSWAJAM (SIĘ)

nauki i tech

Uwaga, uwaga! Odskorupiam się i ruszam znad Arianki w wielki świat. W piątek świtem bladym jadę do stolicy.
Piszę ten post w ramach się oswajania i opanowywania rajzefiberu, gdyż jak wiadomo, Arianka milsza mi jest nad wszystkie stolice świata.

W Warszawie byłam ostatnio we wrześniu 2013, zabrana tam przez Krysieńkę. Pobyt w stolicy zorganizowałyśmy sobie wysoce kulturalnie (w sensie obcowania z tzw. kulturą wysoką, acz z nieco niższą również). Codziennie, po wyprowadzeniu na spacer powierzonego naszej opiece psa pt. Klusek, wyruszałyśmy w miasto, nasycając się warszawskimi klimatami by day, a niekiedy też by night. Zaliczyłyśmy w ten sposób m.in. Muzeum Narodowe, Muzeum Nauki i Techniki, koncert „Chopin na jazzowo” i święto ulicy Gałczyńskiego (o nim już wspominałam w liście do red. N.).

by day

Muz Nar

by night
Krysieńka już planuje kolejny wypad do stolicy, może jeszcze w tym roku.

Mam kochanne koleżanny. Do Warszawy jadę tym razem na zaproszenie Zuzanny. Się z początku wzbraniałam bardzo, chcąc pozostać Hanką nadarianką, czyli niby w grupie pisarskiej, a z boku owej. Ale czy można być tylko w połowie dziewicą?
Tym bardziej, że powód jest poważny i uroczysty: promocja książki „Autostopy”, czyli zbioru opowiadań pióra moich dziesięciu koleżanek fejsbukowych, w tym – Zuzy.

zuza
Więc, przez Zuzannę tak zapraszanna i namawianna, szybko zostałam złamanna.
Oraz uradowanna!

Jadę!
Sprawozdawczość zamieszczę tu po powrocie ze stolicy.

MNIEJSZA EPOPEJA

epopeja

Dom w mieście jest jak okręt – co się w morzu kłębi,
nie wie, bo wodę muska, nie schodząc do głębi.
Dom wiejski jak batyskaf w ziemi zanurzony,
żyje głębią jej życia przejęty, zdumiony,
otwarty wciąż na przestrzał, nie zna zamków, kluczy.
manier miejskiego domu nigdy się nie uczy,
jak muzyka baroku lekki i ruchliwy.
Dom wiejski od miejskiego bardziej jest szczęśliwy.

Brzmi jak fragment „Pana Tadeusza”, prawda? A to wcale nie jest nasza epopeja narodowa, a „Mniejsza epopeja”, wyróżniona niedawno laurem za debiut w konkursie literackim Lubuskie Wawrzyny 2014. Jeszcze nie zagłębiłam się w nią, odkładam to na spokojniejszą chwilę. Chcąc jednak zacytować jakiś fragment, otworzyłam książkę na chybił trafił i od razu rzuciły mi się w oczy te właśnie wersy, bo bardzo mi pasują do mojego domu nad Arianką. 🙂

„Mniejsza epopeja” to dzieło pióra mojego kolegi z roku, Marka Jurgońskiego (wspominałam już o tym). Tak się szczęśliwie złożyło, że w ostatnich dniach zostałam obdarowana książkami – tą właśnie, a także „Autostopami”, autorstwa moich koleżanek z grupy pisarskiej (o nich napiszę później).

Cytowany fragment „Mniejszej epopei” daje przedsmak, co czeka czytelnika podczas lektury. Cały utwór napisany jest trzynastozgłoskowcem. To może nie jest wielka sztuka, sama tak potrafię. Lecz nie wystarczy umieć liczyć zgłoski w wersie, dobierać rymy, stosować przerzutnie i pamiętać o średniówce. To są tylko sprawy techniczne.
A Marek po prostu pisze PIĘKNIE.
Jego poemat cały jest z ducha Mickiewicza. Wystarczy poznać kilka fragmentów, by to wiedzieć (Janek się dorwał pierwszy do lektury i mi odczytywał te, które go wzruszyły, rozbawiły, zachwyciły). Tak jak w „Panu Tadeuszu” – jest inwokacja, jest przywołanie „kraju lat dziecinnych”, są przełomowe wydarzenia w życiu społeczności miasta o nazwie Zieleń (chodzi o tak zwane wydarzenia zielonogórskie z roku 1960, gdy ludność miasta napierdzielała się z milicją w obronie domu katechetycznego). Są wreszcie typowe dla eposu środki stylistyczne, zwłaszcza – porównania homeryckie.

Z przyjemnością powędruję znowu ulicami Zielonej Góry, zagłębię się w opowiedziane przez Marka historie z czasów, gdy byliśmy dziećmi.

Studiowałam w tym mieście.

zieleń

Wciąż mam do niego wielki sentyment.
Tak jak narrator „Mniejszej epopei” spojrzę na nie z wysokości Winnego Wzgórza:

Niby ogromna beczka, pół w ziemię wkopana,
w której świeżego wina musująca piana
wre i kipi młodością, stało Winne Wzgórze,
górujące nad miastem, jakby jego stróżem
czuło się powołane. Wokół ulic wstęgi
otaczały je tak jak słojów ciasne kręgi
rdzeń drzewa otaczają. Akwarium powietrzne,
w którym wśród palm i agaw trwało lato wieczne,
stało na szczycie wzgórza jak namiot z kryształu,
skrzący się w słońcu blaskiem świetlnego chorału.

zielona

NOWA STAROŚĆ, STARA NOWOŚĆ

W zakładce „Opowiadania” zamieściłam dwa teksty.
Pierwszy z nich to „Prawą nogą”. Jest to opowiadanie napisane na konkurs, którego tematem była starość.
Wpłynęło tylko pięć tekstów, konkursu nie rozstrzygnięto, komentarze tradycyjnie miałam dość dobre.
Drugi tekst to „W takim dniu”, czyli dawniejsza „Jest Wigilia” – w wersji skróconej (i chyba lepszej).

AMOROSO, CZYLI TRZY RAZY ARTUR BARCIŚ

 

AMOROSO

Artur Barciś, szerokiej publiczności kojarzący się głównie z rolami Norka w „Miodowych latach” czy Czerepacha w „Ranczu” (ewentualnie tego tajemniczego gostka w „Dekalogu” Kieślowskiego), jest również reżyserem teatralnym. Jego specjalnością są musicale zrealizowane w oparciu o bardzo znane piosenki, zyskujące w tych spektaklach nowe życie. Zrealizował na przykład w warszawskim „Ateneum” musical „Nie jesteś sama” (Stanisława Celińska i Krystyna Tkacz śpiewają piosenki Osieckiej), niestety nie widziałam go na żywo, jedynie w radiowej trójce słuchałam fragmentów.
Za to widziałam wszystkie trzy przedstawienia, jakie Artur Barciś wyreżyserował w teatrze Osterwy w Gorzowie – „Trzy razy Piaf”, „Kochać” i „Amoroso”.

 

Piaf

„Trzy razy Piaf” to historia życia słynnej Edith, wyśpiewana przez trzy aktorki. W małej sali, zaaranżowanej na francuską kawiarenkę, w mroku rozświetlanym tylko małymi kawiarnianymi lampkami, przy okrągłych stoliczkach piliśmy wino i wzruszaliśmy się kolejami losu Edith Piaf.

kochac
„Kochać” to musical złożony z piosenek Piotra Szczepanika, też w kawiarniano – potańcówkowych klimatach, ale już na dużej scenie. Cała sala śpiewała wraz z artystami, bo przecież wszyscy znają piosenki Piotra Szczepanika – no, może z wyjątkiem młodzieży.

amoroso_bar_gor_pl

Wreszcie – „Amoroso”, najnowszy owoc współpracy Artura Barcisia i aktorów gorzowskich (premiera miała miejsce w noc sylwestrową 2014/15). https://www.youtube.com/watch?v=_r0XaAEJmWU
Podobnie jak „Kochać” jest to widowisko lekkie, łatwe i przyjemne, a piosenki tym razem są włoskie, z polskimi tekstami. Zabawne i wzruszające, układają się w widowisko o miłości, która nie przemija.
Tu wtręt osobisty. Wszystkie te piosenki (może z wyjątkiem jednej), choć nie każda tak popularna jak np. „Volare” – dobrze znałam. Będąc podlotkiem, po powrocie ze szkoły włączałam radio „Aida” i słuchałam włoskich songów w oczekiwaniu na wieczorny muzyczny program rozgłośni polskiej Radia Wolna Europa, „Rendes vous o szóstej dziesięć”, na falach krótkich (bo UKF-u to radio nie posiadało i w trójce rozkochałam się dopiero na studiach).
I nuciłam sobie wraz Milvą, Adriano Celentano czy Massimo Ranierim (moim ulubionym).

W spektaklu gorzowskim wzruszyła mnie dawno już zapomniana „La bambola” – dopiero teraz dowiedziałam się, że to o dziewczynie traktowanej przez ukochanego jak „laleczka blond”, którą on się bawi i porzuca. Melodię pamiętałam doskonale, choć wykonawczyni włoskiego oryginału już nie, dopiero teraz doszukałam się w necie, że to Patty Pravo.
W musicalu znalazły się także piosenki Freda Buscaglione. Kto go dziś pamięta? A ja owszem. „Byłaś mała tak” i „Teresa” – obie zabawnie zainscenizowane na gorzowskiej scenie, choć oczywiście wykonań Wiesława Gołasa nikt nie przebije.
Spektakl zakończył się dwoma najmocniejszymi akcentami: wspaniale wykonaną słynną piosenką Dalidy „Gigi L’Amoroso” i na finał jednym z najpopularniejszych włoskich hitów – „Italiano vero”.
Sądziłam, jadąc do teatru, że tym razem widzowie, z powodu mniej znanych polskich tekstów piosenek, raczej nie będą mieli okazji współśpiewać z artystami, lecz myliłam się. Wystarczyło, że ze sceny padło choć słówko po włosku, jakieś „che sera” czy „volare”, a już sala (wypełniona po brzegi głównie damską publicznością – „Dzień Kobiet” za progiem) podchwytywała to lub przynajmniej nuciła melodię.
Zaś finał to już był szał. Gigi – czarujący amant vel ciacho, z chełstingiem do pępka, w srebrnej marynarze (prócz srebrnej ma też złotą), po powrocie z Ameryki na włoskiej ojczyzny łono, obłędnie wyśpiewuje „Italiano vero”.  To jedyna w spektaklu piosenka w całości po włosku.
Trzy bisy i cała sala na stojąco. Co tam stojąco. Na falująco i tańcząco. Oraz na całe gardła wraz z artystą śpiewająca włoski refren.

Choć nie sądzę, by widzowie wszyscy ten język znali. Ja nie znam, a śpiewałam i falowałam również.

Lasciatemi cantare
con la chitarra in mano,
lasciatemi cantare
una canzone piano piano.
Lasciatemi cantare,
perché ne sono fiero:
sono l’Italiano,
L’Italiano vero.

 

CIEKAWOSTKA TAKA

2_noc15

Codziennie po kawałeczku czytam reportaże w zbiorze pod red. Szczygła i oto dziś trafiłam na perełkę z gubińskiej łączki.
W I tomie jeden z reportaży jest pióra Mariana Brandysa (o bitwie pod Kockiem, ale nie o to chodzi). Reportaż, jak wszystkie, poprzedzony jest wprowadzeniem z informacją o autorze, o innych jego tekstach itp.
O Brandysie Szczygieł pisze:
„Z biegiem czasu, jeszcze w latach pięćdziesiątych, uznał, że nie może już pisać reportaży społecznych, bo zaczęła w nie wkraczać cenzura, bo sam swoim pisaniem nie zmieni kraju.”
I dalej – UWAGA! – przytacza słowa samego Brandysa:
„Kiedyś pojechałem z moją uczennicą […] do granicznego miasteczka Gubin. Tam zorientowaliśmy się, iż rządzi nim klika. Doprowadziliśmy [publikacją prasową] wprawdzie do tego, że została rozbita, ale okazało się, że nie było nikogo na miejsce tych wyrzuconych. Po prostu ludzie się bali. W rezultacie władzę w miasteczku objęli ci sami.”

W Gubinie upłynęły moje dzieciństwo i młodość. W czasach, o których pisze Brandys, za mała byłam, by znać się na klikach. Wtedy zresztą wszędzie rządziły kliki z PZPR, to była oczywista oczywistość, i miał rację Brandys, że wolał się przerzucić na reportaż historyczny.

 
Dziś jestem już duża-  i mam wrażenie, że we względzie klik niewiele się zmieniło. Nie mam na myśli mojego Gubina czy moich Lubniewic. Uogólniam.

Co rusz słyszymy o jakichś aferach, immunitetach, łapówkach, mobbingach i molestacjach. W wielu miastach i miasteczkach nadal rządzą kliki, choć już z innego „nadania”. 😉