DO SPŁYWU POZOSTAŁO…

SPL  Przez wiele lat licznik na stronie „Pliszki” odliczał dni do kolejnego spływu. W tym roku strona leży odłogiem, licznik się zaciął.
Równolegle przez kilka lat pod zdjęciem spływowym na NK odliczaliśmy z Wackiem dni do spływu. Czasem zaczynaliśmy od ponad trzystu. Ale NK już też w lamusie.
Więc zaprowadziłam odliczanie na FB.
Nazywa się to „Utwórz wydarzenie”. Utworzyłam. Może Wacek, Jola, Ela wezmą wraz ze mną udział w tym odliczaniu.

NASTĘPNEGO DNIA – ERRATA:

Jednak nie! Po konsultacji z Wackiem usunęłam wydarzenie.

Lepiej na zimne dmuchać. 😉 😀

Reklamy

KRAKOWIANKA JEDNA

1 Dzieło Peluni to także strój krakowski, bowiem w czasach mojego dzieciństwa panowała moda na przebieranie dziewczynek za „krakowianki”. Strój ten przydawał się na takie okazje jak dziecięce występy taneczne na scenie, korowód z okazji „gubińskiej „Wiosny nad Nysą” czy sypanie kwiatków podczas procesji w Boże Ciało. „Krakowianki” były ważniejsze niż dziewczynki w białych sukienkach komunijnych, które tylko szły po obu stronach jezdni i na nią sypały kwiatki. My, „krakowianki”, kolejno parami podchodziłyśmy do prowadzonego pod baldachimem księdza i sypałyśmy kwiaty na niego, po czym zawracałyśmy na koniec przesuwającej się kolejki – i tak w kółko. W koszyczku miałam do sypania płatki polnych róż, które w przededniu procesji pomogła mi zrywać na łąkach w pobliżu ulicy Śląskiej moja koleżanka z klasy, Teresa K. Ten koszyczek był również dziełem rąk Peluni, dokładnie pamiętam jego produkcję, z odpowiednio przefasonowanego pudełka po butach i pięknie udrapowanych białych i błękitnych wstążek. Zaś strój krakowski jedynie cekiny na aksamitnym serdaczku miał przyszyte przez jakąś wprawną w tym fachu rękodzielniczkę. Ale sam serdak, spódniczkę w kolorowe kwiaty i białą bluzkę z marszczonymi mankietami i kryzą pod szyją uszyła Pelunia. Do tego jeszcze pęk kolorowych wstążek (przetykanych złotymi nitkami, to też dokładnie pamiętam), wianek i korale zakupione w sklepie „U Pacanowskiego” (jeszcze będzie o nim mowa), białe rajstopy – i krakowianka ze mnie była jak ta lala.

1To my, krakowianki. Tyle nas było z całego miasta. Z boku czają się te w białych sukienkach, czekając na swoją kolej do zdjęcia.

Przed zdjęciem –  jeden z nowych akapitów w „Peluni”. Zuza na swoim blogu i na fb zamieściła pochwałę moich wspomnień, a także zapowiedź wszczęcia kroków w kierunku ich wydania. Z sugestią wszakże, że można by ten tekst wydłużyć.
Czy do wydania dojdzie, czy też nie (tyleż się cieszę, co i wystraszyłam) – wydłużam. Przypominają mi się kolejne historyjki związane z Pelunią. Aż się boję, że przedobrzę. Bo pisałam „Pelunię” z potrzeby serca, dla złagodzenia traumy, a nie jako opowieść dla tzw. szerszego odbiorcy.
Czy przerabiając tekst na literaturę ( 😉 ), więcej zyskam? Czy raczej stracę? Zobaczymy.
W każdym razie z pewnością mu się przyda poprawienie języka, głównie zlikwidowanie nadmiernej ilości „była”, „było”…

No, to jeszcze jeden fragmencik:

Spódnica była jednym z zadań w ramach przedmiotu prace ręczne. Minispódniczka, biodrówka, z teksasu (teksas to ówczesny polski odpowiednik jeansu). Z czterech klinów, prosta jak budowa cepa, więc mama zdecydowała, że z tym mam sobie poradzić bez jej pomocy. Wyszła spod moich rąk spódniczka – koszmarek. Kliny wycięłam za wąskie i po ich zszyciu nie mogłam się w miniówkę zmieścić, więc doszyłam jeszcze jeden pasek materiału, co urody tego koszmarka bynajmniej nie poprawiło. Mama załamywała ręce, co ma za córkę niedojdę, a pani od prac ręcznych postawiła mi ledwie tróję z minusem. Peluni chyba było wstyd, że córka krawcowej jest takim beztalenciem, i następnym razem już bardzo mi pomogła. Nasza nauczycielka szła z duchem mody i do uszycia wybrana została supermodna w tamtym czasie letnia sukienka trapez, bez rękawów. Niby też prosta, lecz golf pod szyją, który należało wykonać ze skosu, oraz zapięcie z tyłu, tak zwana łezka, już ewidentnie stanowiły wyższy stopień sztuki krawieckiej. Trapez, owszem, jakoś z pomocą nauczycielki pozszywałam w szkole, ale ten golf? Gdzie ja bym mogła sobie z tym poradzić? Tak mamie marudziłam, że w końcu uległa i wykonała to za mnie.

POPRZENOSIŁAM

Strona pt. „Niecodziennik” od dawna leży odłogiem. Zaczęłam się nawet zastanawiać nad sensem jej egzystencji w ogóle, skoro robię wpisy na stronie głównej, też przecież nie codziennie. No, ale gdzieś muszę zamieszczać teksty niebędące opowiadaniami (o ile takowe jeszcze spłodzę).
Niecodziennik więc zachowuję i dziś poprzenosiłam do niego z zakładki „Opowiadania” właśnie te nieopowiadaniowe teksty – takie jak „Obrazek znad Lubiąża „https://kobietadomowa.wordpress.com/codziennie-choc-jedno-zdanie/obrazek-znad-lubiaza/ , „Krajobraz bez topoli” https://kobietadomowa.wordpress.com/codziennie-choc-jedno-zdanie/krajobraz-bez-topoli/ czy „Listy do N.” https://kobietadomowa.wordpress.com/codziennie-choc-jedno-zdanie/listy-do-n/

Tyle na dziś.

EEE TAM, MOŻE INNYM RAZEM

kwiatki 002

O konkursie wydawnictwa Novae Res „Literacki debiut roku” wiedziałam już od kilku miesięcy. Przymierzałam się z wysłaniem jednej z moich dwu powieści. Teoretycznie się przymierzałam, bez żadnych działań, bo wciąż mi się wydawało, że mam czas.
W końcu w ubiegłym tygodniu sprawdziłam, że termin tuż, tuż, a ja w lesie.
Sprawdziłam też w poczcie w „Wysłanych”, czy przypadkiem już kiedyś nie chciałam uszczęśliwiać tego wydawnictwa w poprzednich edycjach konkursu. Nie.
Rzuciłam okiem na regulamin. Trzeba nagrać tekst na płytę. Nie mam płyty, muszę kupić. Ale znów mi zeszło – bo ogród, bo ognisko, bo niedziela wreszcie, to gdzie kupię.
Wreszcie w poniedziałek, czyli wczoraj, zakupu dokonałam. Nawet trzech płyt, a co. Niech będą na zapas.
I znów oko do regulaminu.
I do załącznika, jaki trzeba dodać. Do wypełnienia są następujące rubryczki:
Imię i nazwisko, adres, e-mail, telefon. Okej. Proste jak budowa cepa.
Jakie są dalsze plany pisarskie Autora? Czy planuje napisać kolejne książki, jeśli tak, to jakie? Tu już gorzej. Autor planuje, jasne! I poza planowaniem nie robi ni kroku. W dodatku co to miałoby być? Kolejne książki dla kucharek. Przecież nie będę kłamać. Więc już na wstępie strzelę sobie w stopę.
Tytuł. Chciałam wysłać „Maski”, choć Zuza twierdzi, że „Ballada” jest lepsza. Ale „Balladzie” musiałabym wymyślać streszczenie, a do „Masek” już mam gotowe, kiedyś napisane, więc co się będę męczyć.
Gatunek powieści. Wiadomo, obyczajowa.
Grupa odbiorcza (do kogo książka jest skierowana)? – patrz wyżej.
Czym książka wyróżnia się spośród innych książek?
Właśnie, czym? Poprawną interpunkcją? 😉
Streszczenie (co najmniej 150 wyrazów). Ja mam nawet 366 wyrazów. Super.

Ale termin! Termin! Punkt 5 regulaminu głosi:
„Termin nadsyłania prac upływa 15 kwietnia 2015 roku. Zgłoszenie musi dotrzeć (podkreślone: dotrzeć) na adres wskazany w ust. 2 w powyższym terminie. Zgłoszenia, które wpłyną po tej dacie mogą (brak przecinka przed „mogą”!) zostać uwzględnione w konkursie za zgodą Komisji Opiniującej”.
Mam niecałe półtora dnia. Czy zdążę? Może gdyby wysłać płytę priorytetem? A jeśli i tak nie dotrze na czas? I komisja nie uwzględni? No i płyta wciąż nienagrana. A ja słaba w te klocki. Nanagrywam się, namęczę i zostanę z tą płytą jak głupia.
Więc: e tam. Co się będę stresować. Wdarcie się na salony literackim debiutem roku odkładam na zaś.

Janek jest mistrzem odkładania spraw na ostatnią chwilę, o co wiele razy miałam do niego pretensje Ale on przynajmniej, chociaż w nerwach, cel osiąga. A ja nie.
Zresztą – nie chce mi się szarpać trzynastego i w dodatku w poniedziałek, gdy wiadomo, że pierwszy dzień tygodnia jest zaledwie na rozkręcenie się i wielkim przedsięwzięciom nie sprzyja. A powieścią pewnie i tak jurorów nie powalę.

Trzynastka często przynosiła mi pecha.
Nie będę ryzykować.

ZANIECZYSZCZENIE ŚWIATŁEM

380195__forest-at-night_p Chodzi o zanieczyszczenie nieba. To jeden z przejawów degradacji naturalnego środowiska. Ten termin, o którym coraz głośniej, poznałam niedawno, oglądając w tv jakiś program o agroturystyce w Bieszczadach. Właściciele jednego z gospodarstw (nazywa się ono „Dolistowie”) pogodzili agroturystykę z astroturystyką – istnieje tam możliwość oglądania (przez teleskopy) niezanieczyszczonego nieba. Czyli takiego, jakie było przed wiekami, niezakłóconego przez światła sztuczne. Takiego, jakie w Polsce można już podobno zobaczyć jedynie w Bieszczadach. Takiego, jakiego już nie znają mieszkańcy wielkich miast, bo ich niebo jest wyłącznie zanieczyszczone.

Jedna z zasad zdrowego życia (pisałam o nich kiedyś) każe spać w ciemności. Kto ma za oknem zanieczyszczone światłem niebo, niech przynajmniej postara się o szczelne rolety.
Ja na szczęście mam za oknem sypialni niebo niezanieczyszczone.
Jeszcze je mam.

PIERWSZY MOTYL

pawik     „Wtem spostrzegli pierwszego motyla. Każdemu przecież wiadomo, że jeżeli pierwszy motyl, którego zobaczy się na wiosnę, jest żółty, to lato będzie wesołe. Jeżeli jest biały, będzie to tylko spokojne lato.
(O czarnych i brązowych motylach najlepiej nawet nie wspominać, gdyż jest to zbyt smutne).
Ten motyl był złocisty.
– Co to może znaczyć? – zastanawiał się Muminek. – Nigdy jeszcze nie widziałem złotego motyla.
– Kolor złoty jest lepszy od żółtego – zapewniała Panna Migotka. – Zobaczysz!”
(„W Dolinie Muminków”)

Każdej wiosny przypominamy sobie z Jankiem tę wróżbę. W tym roku on zobaczył żółtego motylka, więc będzie miał wesołe lato. Nawet mi go pokazywał, ale to przecież się nie liczy. Pierwszy wiosenny motyl musi być własny.
Mój niestety – wczoraj ujrzany – żółty nie był. Skrzydełka miał ciemne, choć nie czarne. Może to była rusałka pawik albo admirał? Nie znam się, a motyl odfrunął, nim zdążyłam mu się lepiej przyjrzeć.

admiral
Jakie też będzie tegoroczne lato, skoro Janka motyl żółty, mój brązowy, a mamy wszak razem jechać na Litwę? Tam, owszem, zawsze bywa wesoło, lecz wesołość dzielona na pół jest jakby mniejsza.
A może jednak nie? 🙂
No i pociechą jest ten złocisty motyl, którego zobaczył Muminek. Na brązowym tle motylich skrzydeł dostrzegłam trochę jasnych plamek. Może nawet były złociste? A kolor złoty jest lepszy od żółtego.
Tego się będę trzymać!