STEPOWIENIE

jezioro Byliśmy dziś z na przejażdżce rowerowej po okolicznościach. Pojechaliśmy do ośrodka „Pod Basztą”, wracaliśmy nad brzegiem Lubiąża.
W górze, w koronach drzew – zielona wiosna. W dole, pod kołami roweru – szaroburo, rdzawo, sucho, smutno. Istna jesień. Nawet lis, który wyskoczył przed nami z bocznej ścieżki, bardziej był jesienno rudy niż wiosenny. A chmury na niebie tylko udawały, że są groźne. Znów nie spadła ani kropla.

W całej Polsce przez wiele dni lało, media ostrzegały przed gwałtownymi opadami – u nas od tygodni, ba, miesięcy nawet, deszczu tyle, co kot napłakał.
Gdybym nie miała ogrodu, taka pogoda pewnie wcale by mnie nie martwiła. Nasz sąsiad, ważna szycha w departamencie przyrody i zapalony ogrodnik, nazywa to stepowieniem. Co tam, mówi, taki ogród, to jest pikuś. Ale co mają powiedzieć rolnicy, na polach susza! Z racji służbowej jeździ po całej Polsce, wszędzie zielono i bujnie, u nas pomorek.

Nawet nasza łączka nadariańska już wygląda jak step. Tylko trawniki wokół domu  zachowują jeszcze resztki zieleni, bo podlewam (jak dobrze, że mamy własną rzeczkę!). Skarpy po drugiej stronie naszej ulicy – step totalny.
Nim zamieszkałam nad Arianką, nie myślałam, że kiedyś będę modlić się o deszcz.

Reklamy

RAPORTU C.D.

zarośla 014

1. Wysłałam opowiadanie na konkurs. Otrzymałam odpowiedź, że spełnia ono wymogi formalne i zostało przyjęte do oceny. Ogłoszenie wyników planowane jest na koniec sierpnia.
Obawiam się, że wymogi formalne (chodzi głównie o ilość znaków) są jedynymi, jakie spełniam, bo już z tematycznymi mocno się rozmijam. Ale każda okazja do ćwiczeń umysłowych jest dobra i na tym na razie poprzestańmy.

2. Wysłałam „Pelunię” – do dwóch wydawnictw, ale to nie koniec. Na razie uderzam w te, które nie żądają wydruku. Do tekstu dołączyłam tzw. konspekt wydawniczy. Składa się on z opisu tekstu, który uczyniłam kiedyś bodaj na potrzeby konkursowe (teraz uzupełniłam o nowe rozdziały), a cała reszta tego konspektu to dzieło Zuzy.

Zuza albowiem jest główną admiratorką i sprawczynią tych działań „okołopeluniowych”. Ja przecież napisałam te wspomnienia z powodu traumy i w przekonaniu, że mogłyby zainteresować czy wzruszyć co najwyżej „krewnych i znajomych króliczka”. Tak też odpowiedziałam Gienkowi Kurzawie, który już dawno oferował mi pomoc w wydaniu „Peluni”. Osobną choć niebagatelną sprawą był wtedy tzw. selfpublishing, czyli wydanie na własny koszt. Ale to nie tylko o sprawy finansowe chodziło. Uważałam, że te historie z życia Peluni (i zarazem mojego, i całej naszej rodziny) są zbyt niszowe, że to rzecz za mało uniwersalna.
Ale Zuzanna uważa inaczej. Wzięła się do roboty i tak mnie w końcu nakręciła, że i ja postanowiłam dłużej nie zasypiać gruszek w popiele.
Czy jednak ta opowieść znajdzie uznanie wydawców?… Teraz przede mną długie czekanie na odpowiedź. Lub jej brak.

RAPORT

Na zdjęciu – spływ Paklicą, 23 maja. Udał się znakomicie, jak i całe spotkanie przedspływowe.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

A teraz raport pisarski:
1. Napisałam dziś kolejną część wspomnień związanych z Lubicą, dołączonych do „Peluni” – a to jeszcze nie koniec.
2. Podrasowałam niedawno jedno z opowiadań (a Zuza mi sczytała), z myślą o wysłaniu go na ten sam konkurs, co przed dwoma laty (wtedy podrasowałam inne, czyniąc zeń potrawkę z królika 😉 ).
Czy coś zdziałam? Wtedy przepadłam. Ówczesne hasło było odjechane, dziś odjechana jest instrukcja do hasła – istny odlot (niektórzy mówią, że bełkot).
Więc bardzo możliwe, że i tym razem mój tekst się nie nada. Ale co mi szkodzi spróbować?
3. Wyślę to opowiadanie w najbliższych dniach. Tym razem pamiętam o terminie! 🙂

NAD LUBICĄ

lubica Jestem zodiakalnym Rakiem, pewnie dlatego zawsze kochałam wodę. Rzekę mojego dzieciństwa wszyscy nazywaliśmy Lubicą. Dopiero po latach dowiedziałam się, że prawidłowa nazwa to Lubsza. „Lubszy” jednak nigdy nie polubiłam, brzmiała w moich uszach obco i sucho. Co innego Lubica, tak bliska słowu „lubić”, od wczesnego dzieciństwa znana, oswojona, ulubiona. Wprawdzie kiedyś w audycji radiowej jeden z moich podstawówkowych nauczycieli, pan Robowski, opowiadał o tej rzece, ale chyba nie słuchałam zbyt uważnie, bo już wtedy wiedziałabym, że nazwa rzeki po raz pierwszy wymieniona została w 1434 roku jako Lobischa, od łużyckiego wyrazu „luby”. Tak czy siak, lubiłam mieszkać nad Lubicą vel Lubszą i od tamtych czasów wiem, jakie to szczęście mieć dom nad wodą, choćby nad najmarniejszą strużką.
Dla Peluni i Bilinka najpierw jednak Lubica tyleż była wygodna, bo na przykład można było bezpośrednio z niej brać wodę do podlewania ogródka, co i niebezpieczna – wszak bawiły się nad nią małe dzieci. Z początku więc rodzice bardzo nas pilnowali. Zabraniano nam wchodzić pod most czy wdrapywać się na poręcz na nim, a już, broń Boże, przechylać przez nią. Choć po wyjściu z domu wystarczyło zrobić dosłownie kilkanaście kroków, by zejść do wody, najpierw rodzice chodzili z nami nad Lubicę jak na plażę – nie tuż przy domu, a na ogród, bo Lubica płynęła i wzdłuż niego. Tam na małej polance, w nieuprawianej części ogrodu znajdującej się pomiędzy starymi drzewami jabłoni a grządkami, rozkładano koc i odbywało się plażowanie. Pelunia z liściem na nosie opalała się, a dzieciom pozwalano wejść do wody tylko pod nadzorem dorosłych. Pamiętam takie zdjęcie: Bilnkowie, wuja Eda z ciocią Teresą (akurat gościli w Gubinie), kupa dzieciaków, piłka – jak to nad wodą.
Gdy byliśmy starsi, nadzór się skończył i mogliśmy już kąpać się do woli. Lubica, mimo że z dość bystrym nurtem, to rzeka płytka i bezpieczna, przynajmniej ja tak zapamiętałam nasz przydomowy odcinek. Nie musieliśmy już maszerować na kocyk, wystarczyło wybiec z domu i od razu wskoczyć do wody. Potem długo się w niej pluskać wraz z innymi dziećmi z ulicy, wygrzewać na sięgającej ledwie do kostek płyciźnie, a w głębszych miejscach nawet próbować pływać. Zaś po wyjściu z wody pędziliśmy najpierw do piwnicy, napić się podpiwku (będzie o nim mowa później), a stamtąd na znajdujące się po drugiej stronie ulicy boisko, pograć w dwa ognie z całą bandą dzieciaków ze Słowackiego i Krasińskiego. Następnie, zgrzani po meczu, znów do Lubicy – i tak w kółko. Ach, jakże szczęśliwe miałam dzieciństwo. (…)

Powyższe jest nowym, jeszcze nieskończonym fragmentem moich wspomnień. Zaczęłam je pisać przed paru laty, niedługo po śmierci Peluni, dość długo to trwało, nim skończyłam. To był mój sposób na wychodzenie z traumy, na wypisanie z siebie smutku, poczucia winy – a także chęć zachowania Mamy w naszej pamięci.
Pisząc, nie zwracałam szczególnej uwagi na formę – język, styl. Dopiero teraz wciąż coś przy tekście majstruję, poprawiam, doskonalę, a przede wszystkim raz po raz dopisuję nowe historyjki, wydobywane z mroków pamięci.

Fragment o Lubicy jest właśnie takim „wydobyciem”. Fotografia, którą znalazłam w necie, nie prezentuje „naszego” odcinka rzeki, w dodatku jest zimowa – lecz koło mojego domu było bardzo podobnie, z okna widziałam długie, aż do wody sięgające warkocze wierzby płaczącej… A tuż obok nich, też dość blisko wody, rosły gęste krzewy bzów.

 Kwiaty na zdjęciu to nie tamte, gubińskie, tylko moje, tegoroczne. Lecz specjalnie zamieszczam to wspomnienie właśnie dziś, w Dniu Matki. Niech będzie moim prezentem dla Mamy, zamiast nieosiągalnej już dziś kiści nadlubickich bzów.

bezek

 

KOBIETA DOMOWA BEZ ISBN

044 Dobrze być pisarką domową bez ISBN, bo można wziąć udział w konkursie literackim „Czytane w maszynopisie” – co też dzisiaj uczyniłam, wysławszy na konkurs „Pelunię” (a wcześniej upewniwszy się, że nie postępuję wbrew planom Zuzy związanym z tym tekstem – ale o nich sza! żeby nie zapeszyć).

Znów omal nie przegapiłam terminu i trzeba się było z tą wysyłką mocno zwijać, na szczęście pomógł mi Młody i rzecz została dokonana.

Nie wiem, czy mój nr ISBN tuż, tuż, czy nadal not for me, ale co mi szkodzi spróbować. 😉

A, co tam! Przed nami weekendowe spotkanie przedspływowe. W planie mamy takie numery jak piątkowe ognisko nadariańskie i sobotni spływ Paklicą. 😀
Byle dopisała nam pogoda!

JA CHYBA ŚNIĘ

11255197_10202966881332263_4548970686029128599_n Tak napisałam dziś w nocy na fejsie, po ogłoszeniu wyników kolejnego konkursu w grupie JMTPT.
Konkurs już tak się odleżał, przedłużany był termin nadsyłania prac, potem parę razy zmieniany termin ogłoszenia wyników (a i tak to jeszcze nie finał prac jury) – że mi „wychłódło” i z coraz mniejszym zainteresowaniem śledziłam tę sprawę. Zresztą to już mój czwarty konkurs, więc i emocje coraz mniejsze, i coraz większy dystans.
Konkurs, przypomnę, miał tym razem hasło „Wszystko przez tę książkę”.
Pisałam już o tym, jak powstało moje opowiadanie: https://kobietadomowa.wordpress.com/2015/03/01/wszystko-przez-te-ksiazke/
Na razie zdradzam tylko – bo i tak to widać na zdjęciu – że nosi tytuł „Historia czterotomowa”.
Coś więcej o tym tekście w następnym poście (a w zakładce „Opowiadania” też go zamieszczę później, bo na razie jeszcze nie ma werdyktu jury profesjonalnego).

Na razie wracam do „chyba śnię”.
W rozstrzygnięciach konkursów podawane są najpierw wyniki głosowania czytelników, potem werdykt jury. Czytelnicy to my sami, członkowie tajnej grupy JMTPT, wzajemnie komentujący i oceniający nadesłane opowiadania. Komentarze są pod tekstami, oceny zaś ujawniane dopiero na koniec. Regulamin punktacji, parokrotnie w trakcie kolejnych konkursów zmieniany, w tym ostatnim nakazywał przyznawać punkty (w skali 1-6, jak oceny szkolne) w kategoriach: bohater, fabuła, emocje, styl i język.
W ocenie czytelników dotychczas znajdowałam się przeważnie w górnych granicach stanów średnich, czyli nie tak całkiem od macochy, ale też nie w TOP 10, a tym bardziej nie w TOP 3.
Kiedy wczorajszego wieczoru, a potem nocy poprzyznawano już ostatnie miejsca (wszystkich opowiadań było 33), spodziewałam się podobnego wyniku. Zresztą nawet nie śledziłam wydarzenia od początku, wróciwszy wieczorem z inauguracyjnego grilla na ziemi przyjaciół. Po dwóch piwkach – więc pełny luzik rajtuzik.
Gdy zaczęła cykać finałowa dziesiątka, dziewiątka, ósemka, siódemka, emocje zaczęły mi wzrastać. Przy piątce wręcz się wystraszyłam, że mnie gdzieś zgubili i w ogóle się w tym wykazie nie znajdę, przy trójce miałam już pewność, że tak się musiało stać. Przy dwójce jednak zaczęłam już odczuwać kluchę w gardle i przyspieszone bicie serca, a gdy ogłoszono miejsce pierwsze!…

Zaskoczenie i niedowierzanie jednak były naprawdę wielkie. Tak duże, że z początku nawet przytłumiły radość. Dobrze, że byłam po tych piwkach, bo mi osłabiły poziom pewnych funkcji organizmu.
Zawołałam męża, wyściskał mnie i otworzył mi trzecie. 😉

Dziś trochę boli mnie głowa. Ale to nic. Napływają gratulacje.

Nie wiem, jaki będzie werdykt jury, może zupełnie rozmijający się z tym czytelniczym. Ale to w tej chwili nie ma znaczenia.
No, cieszę się, cieszę, naprawdę! 😀

FILIP Z PRAWDĄ W OCZACH, CZYLI KOŃ PANI JABŁOŃSKIEJ

jablonska1   Przedwojenna część niemieckiego miasta Guben, ta po prawej stronie Nysy, w myśl hasła „Myśmy tu nie przyszli, myśmy tu wrócili”, stała się po wojnie polskim Gubinem.
Ponieważ dworzec kolejowy pozostał w Guben, w Gubinie zrobiono stacyjkę-prowizorkę, odległą od centrum miasta o jakieś 4-5 km. W najdawniejszych czasach, gdy jeszcze nie działała sprawnie komunikacja miejska, pasażerów ze stacji i na stację woziła pani Stanisława Jabłońska, właścicielka wozu z budą i konia Moryca.
Jako malutkie dziecko jechałam kiedyś z rodzicami, po przyjeździe z Poznania, wozem pani Jabłońskiej, ale jak przez mgłę przypominam dziś sobie tylko tyle, że to był wieczór lub noc.
Dużo lepiej pamiętam pochody pierwszomajowe, w których pani Jabłońska maszerowała z przystrojonym kolorowymi wstążkami Morycem, oboje oblegani przez dzieciarnię.

Na studiach dowiedziałam się, że postać dzielnej pani Jabłońskiej znalazła literacki wyraz w dramacie Janusza Krasińskiego „Filip z prawdą w oczach” (Moryc to w utworze Filip). Czytałam wówczas ten dramat, dziś już niewiele zeń pamiętam, może warto by znów sięgnąć, zwłaszcza że Janusz Krasiński tak napisał o nim: „Szczęścia, zrobienia międzynarodowej kariery, nie miał „Filip z prawdą w oczach”. Biedny koń, tropił i wykrywał małomiasteczkowe afery, urzędników-złodziejaszków, a powożąca koniem nieulękła stara kobieta przekazywała to do prasy. Za głoszoną prawdę Filip został żywcem spalony w swej stajni, a jego właścicielkę postawiono przed sądem o podpalenie. Słuchowisko doczekało się premiery w teatrze w Nowej Hucie, ale tylko tam. Reżyserowała Irena Babel. Nikt więcej nie ośmielił się tego wystawić. Mówię o tym, bo to symbol losów każdej prawdy”.

Mój wykładowca wiedział, że jestem z Gubina i znałam panią Jabłońską – i umówił mnie na spotkanie z redaktorem J. z Radia Zachód (wtedy chyba Radia Zielona Góra), który to redaktor chciał zrobić o tej historii reportaż. Na spotkaniu nie potrafiłam jednak wydukać niczego z sensem, bo dosłownie chwilę przedtem oblałam egzamin z teorii literatury i cała byłam zgnębiona. Umówiliśmy się więc niezobowiązująco na jakiś inny termin rozmowy, może gdy zdam poprawkę. Poprawkę zdałam, ale ani redaktor już mnie nie szukał, ani ja, pochłonięta bujnym życiem studenckim, nie kontaktowałam się z nim. Mam nadzieję, że mimo to reportaż powstał i znajduje się gdzieś w archiwach Radia Zachód.

O Gubinie, pani Jabłońskiej i Morycu (i nie tylko) jako jeden z pierwszych, w latach pięćdziesiątych XX w. napisał Marian Brandys. W reportażu „Na granicy”, o powojennych początkach Gubina, szabrownikach i pierwszych osadnikach, najwięcej miejsca poświęcił, jak ją nazwał, „gubińskiej Mutter Courage” (tragiczny był jej los podczas wojny), ponadto takim postaciom jak poeta Firlej czy polonista i poeta Dziubek (nasz nauczyciel!). Wspomniany w reportażu jest również doktor Kunicki – też go pamiętam, mieszkaliśmy „przez rzekę”.

Reportaż Brandysa został niedawno przedrukowany w biuletynie Stowarzyszenia Przyjaciół Ziemi Gubińskiej „Gubin i Okolice” (nr 1(28) z marca 2015), link do jego postaci elektronicznej przysłał mi kolega z liceum, Witek Woźniak.
Reportaż „Na granicy” znajduje się na stronie 57 PDF-u i dalszych. Jeśli ktoś ma ochotę na lekturę, zapraszam i podaję link:
http://www.spzg-gubin.pl/wp-content/uploads/2015/03/nr-1-marzec-2015.pdf

 

P.S. Zdjęcie „ukradłam” ze strony Stowarzyszenia Przyjaciół Ziemi Gubińskiej.