NAD LUBICĄ

lubica Jestem zodiakalnym Rakiem, pewnie dlatego zawsze kochałam wodę. Rzekę mojego dzieciństwa wszyscy nazywaliśmy Lubicą. Dopiero po latach dowiedziałam się, że prawidłowa nazwa to Lubsza. „Lubszy” jednak nigdy nie polubiłam, brzmiała w moich uszach obco i sucho. Co innego Lubica, tak bliska słowu „lubić”, od wczesnego dzieciństwa znana, oswojona, ulubiona. Wprawdzie kiedyś w audycji radiowej jeden z moich podstawówkowych nauczycieli, pan Robowski, opowiadał o tej rzece, ale chyba nie słuchałam zbyt uważnie, bo już wtedy wiedziałabym, że nazwa rzeki po raz pierwszy wymieniona została w 1434 roku jako Lobischa, od łużyckiego wyrazu „luby”. Tak czy siak, lubiłam mieszkać nad Lubicą vel Lubszą i od tamtych czasów wiem, jakie to szczęście mieć dom nad wodą, choćby nad najmarniejszą strużką.
Dla Peluni i Bilinka najpierw jednak Lubica tyleż była wygodna, bo na przykład można było bezpośrednio z niej brać wodę do podlewania ogródka, co i niebezpieczna – wszak bawiły się nad nią małe dzieci. Z początku więc rodzice bardzo nas pilnowali. Zabraniano nam wchodzić pod most czy wdrapywać się na poręcz na nim, a już, broń Boże, przechylać przez nią. Choć po wyjściu z domu wystarczyło zrobić dosłownie kilkanaście kroków, by zejść do wody, najpierw rodzice chodzili z nami nad Lubicę jak na plażę – nie tuż przy domu, a na ogród, bo Lubica płynęła i wzdłuż niego. Tam na małej polance, w nieuprawianej części ogrodu znajdującej się pomiędzy starymi drzewami jabłoni a grządkami, rozkładano koc i odbywało się plażowanie. Pelunia z liściem na nosie opalała się, a dzieciom pozwalano wejść do wody tylko pod nadzorem dorosłych. Pamiętam takie zdjęcie: Bilnkowie, wuja Eda z ciocią Teresą (akurat gościli w Gubinie), kupa dzieciaków, piłka – jak to nad wodą.
Gdy byliśmy starsi, nadzór się skończył i mogliśmy już kąpać się do woli. Lubica, mimo że z dość bystrym nurtem, to rzeka płytka i bezpieczna, przynajmniej ja tak zapamiętałam nasz przydomowy odcinek. Nie musieliśmy już maszerować na kocyk, wystarczyło wybiec z domu i od razu wskoczyć do wody. Potem długo się w niej pluskać wraz z innymi dziećmi z ulicy, wygrzewać na sięgającej ledwie do kostek płyciźnie, a w głębszych miejscach nawet próbować pływać. Zaś po wyjściu z wody pędziliśmy najpierw do piwnicy, napić się podpiwku (będzie o nim mowa później), a stamtąd na znajdujące się po drugiej stronie ulicy boisko, pograć w dwa ognie z całą bandą dzieciaków ze Słowackiego i Krasińskiego. Następnie, zgrzani po meczu, znów do Lubicy – i tak w kółko. Ach, jakże szczęśliwe miałam dzieciństwo. (…)

Powyższe jest nowym, jeszcze nieskończonym fragmentem moich wspomnień. Zaczęłam je pisać przed paru laty, niedługo po śmierci Peluni, dość długo to trwało, nim skończyłam. To był mój sposób na wychodzenie z traumy, na wypisanie z siebie smutku, poczucia winy – a także chęć zachowania Mamy w naszej pamięci.
Pisząc, nie zwracałam szczególnej uwagi na formę – język, styl. Dopiero teraz wciąż coś przy tekście majstruję, poprawiam, doskonalę, a przede wszystkim raz po raz dopisuję nowe historyjki, wydobywane z mroków pamięci.

Fragment o Lubicy jest właśnie takim „wydobyciem”. Fotografia, którą znalazłam w necie, nie prezentuje „naszego” odcinka rzeki, w dodatku jest zimowa – lecz koło mojego domu było bardzo podobnie, z okna widziałam długie, aż do wody sięgające warkocze wierzby płaczącej… A tuż obok nich, też dość blisko wody, rosły gęste krzewy bzów.

 Kwiaty na zdjęciu to nie tamte, gubińskie, tylko moje, tegoroczne. Lecz specjalnie zamieszczam to wspomnienie właśnie dziś, w Dniu Matki. Niech będzie moim prezentem dla Mamy, zamiast nieosiągalnej już dziś kiści nadlubickich bzów.

bezek

 

Reklamy

7 komentarzy do “NAD LUBICĄ

  1. Przeczytałam, obejrzałam sobie więcej zdjęć na internecie. I zachciało mi się Polski! Jeśli wszystko dobrze pójdzie, dziś dobijemy targu w sprawie działki w Smerzynie! Nie wiem, jak ma się Noteć do Lubszy, pewnie nijak, podobnie z Arianką, ale… Haniu, być może niedługo dzielić nas będzie zaledwie 300 km. HURRRAAAAA!!! Wtedy będziemy się LUBIĆ trochę na odległość, a trochę na żywo 🙂

  2. Moja ukochana rzeka dzieciństwa , nigdy nie zapomnę rakowych połowów pod mostem na ul. Wyspiańskiego w drodze ze SP nr. 1 🙂

    • Witam gubinianina, dziękuję za komentarz. Ja też chodziłam do SP 1. 🙂 Czy my się znamy? Możesz zdradzić, jak tu trafiłeś?

      Raków nie łowiłam, ale pamiętam, jak chłopcy – moi koledzy z ulic Słowackiego i Krasińskiego – wyciągali z wody takie robale, chruściki, jako przynętę na ryby.

      • Trafiłem zupełnie przypadkowo , ale pozwoliłem sobie na zamieszczenie linka na facebooku 🙂 Cóż niemal 40 lat od wyprowadzki a serce dalej bije Lubicą , Nysą i Górami Śmierci. Jak widzisz swoje lata mam 🙂

      • Dziękuję za odpowiedź. Wprawdzie dzieli nas „przepaść pokoleniowa” – ja chodziłam do jedynki w latach 1960-68 (ja to dopiero mam „swoje lata”! 😉 ) – ale cieszę się, że łączy nas SP 1, Lubica, Nysa, Góra Śmierci…
        Choć od dawna już nie mieszkam w Gubinie, moje serce też nimi bije i wydaje mi się, że im starsze, tym głośniej i sentymentalniej. 🙂

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.