PAPUSZA I DARIUS

Kicy bidy i bokha

Ile głodów! Ile bied!
Tyle smutków! Dróg niemało!
Tyle ostrych kamieni w stopy się wbijało!
Ileż koło uszu kul nam przeleciało!
Ile błot! Jakie deszcze!
Ile krwawych łez jeszcze!
Ile włosów z głów, z warkoczy
rwały nam gałęzie w nocy!
Ach, wielki Boże, któryś jest w niebie,
ratuj nam życie, błagamy Ciebie!
Tyleśmy przeszli bied i niedoli!
Czy nigdy spocząć los nie pozwoli?
Jak ptaki zimą albo ryby,
kiedy je złowi wędka czyja,
tak strach nas dręczy, zły los zabija.
* * *
Niechaj wszyscy Cyganie
przybiegną tu blisko,
jak do lasu, gdzie wielkie ognisko
i gdzie w światłach słonecznych wszystko.
Niechaj na to moje śpiewanie
wszyscy zewsząd się zejdą Cyganie,
żeby słów mych wysłuchać,
odpowiedzieć na nie.(…)
Jak las zaśpiewa,
tak tańczą Cyganie –
lekko jak piórko,
ciężko jak kamień.(…)
/Bronisława Wajs – Papusza/

Niedawno napisałam tekst o tej wielkiej i tragicznej cygańskiej poetce, z zamiarem zamieszczenia go na blogu, a tu wczoraj – co za zbieg okoliczności! – przypadkiem na fejsbuku natrafiłam na nazwisko mojego dawnego ucznia, bardzo uzdolnionego muzycznie, też romskiego pochodzenia. Dziś to piosenkarz, aktor, kompozytor – Darius Merstein, sporo filmików z wykonaniem jego rock-operowych piosenek ( np. z „Jesus Christ” czy „Les Miserables”) można znaleźć w necie.
Napisałam do niego, odpowiedział i nawet powspominaliśmy trochę! Choć już od ponad trzydziestu lat nie mieszka w Polsce, jeszcze potrafi posługiwać się językiem polskim (lepiej niż ja niemieckim). Bardzo miłe są takie wydarzenia, prawda?
Wracam do Papuszy. Tekst o niej („Kicy bidy i bokha”) zamieściłam w niecodzienniku. Zapraszam. 🙂

Reklamy

ROK NIE WYROK, DWA LATA JAK DLA BRATA

hania

Dzisiaj druga rocznica mojego blogowania.
Czy bilans wypada mi lepiej niż przed rokiem? Może ciut.
Bloguję raz z większym, raz z mniejszym zapałem. Przeważnie z mniejszym.
Ale pisać, tak w ogóle – lubię. Zawsze lubiłam. Nadal zapisuję kolejne zeszyty dziennika domowego. Do tego dochodzi wymiana maili, posty i komentarze na FB, czatowanie… Blog nie jest więc jedyny.

Moje pisanie jest średnie. Mam tego pełną świadomość. Z dzieciństwa pamiętam codzienny komunikat radiowej jedynki o stanie wód na polskich rzekach, Wiśle, Odrze, chyba też Bugu. Posługiwano się wówczas takim terminem: „W górnych granicach stanów średnich”.
Gdyby te stany średnie odnieść do powodów mojego blogowania, to:
– W górnych granicach stanów średnich – piszę, by dzielić się z innymi swoimi spostrzeżeniami, przemyśleniami. Ale to jest trochę dymane, bo czytelników wciąż mam niewielu.
– W średnich granicach stanów średnich – piszę, żeby nie rdzewiał mi coraz starszy mózg.
– W dolnych granicach stanów średnich – piszę z powodu zapędów grafomańskich.

„Rok nie wyrok, dwa lata jak dla brata”. Czy istnieje jakiś grepsik, który nada mi się na trzecią rocznicę, i czy ona w ogóle będzie?
Pożyjemy, zobaczymy.

OLIWKOWO-SZPARAGOWO

zarośla 011Na zdjęciu mój tegoroczny bez, wpis w niecodzienniku nie traktuje jednak o bzach, lecz o szparagach i oliwkach. Chociaż… Zwany potocznie bzem lilak pospolity (Syringa vulgaris) to przecież gatunek z rodziny oliwkowatych, więc jakiś związek jest… 😉

Oliwkowo-szparagowe wspomnienie, uzupełnione fragmentem „Peluni”,  zamieściłam w niecodzienniku, żeby tak nie leżał odłogiem.

Zapraszam.

SŁOWIKOWO

zaroślaMamy „takie sobie zarośla nad brzegiem takiej sobie rzeki”, no, rzeczki dla ścisłości. „W murawach i w darniach” mamy „ślimaki w muszlach” oraz takie bez muszli, te ohydne, czarne, oślizłe, Ponadto, jak to wiosną, spada nam deszcz „z majowej chmury” (choć mógłby częściej, bo jest straszna susza).

 
Tylko nie mamy słowików.
Owszem, takie odległe, zza zaariańskich łąk i pól, czasem nocą słyszymy.
Własnych, pobliskich nie posiadamy.
Ani tych prawdziwych, „z pierza i z mięsa”, ani tych z tektury. 😉

bezek O słowikach i wiosennych bzach poeci napisali mnóstwo wierszy.
Jednym z moich najulubieńszych jest „Bajka o słowikach” Gałczyńskiego:

Były takie sobie zarośla
nad brzegiem takiej sobie rzeki,
w rzece żyły raki i ślimaki w muszlach,
a w zaroślach,

w zaroślach mieszkały słowiki;
kilka prawdziwych z pierza i z mięsa,
reszta z tektury,
tak!

„No, cóż, tektura także swój sens ma
– jak wyraził się pewien rak –
z tym zastrzeżeniem, proszę ja kogo,
że tektury śpiewać nie mogą.”

I rzeczywiście: Nocka za nocką,
gdy miękko, a energicznie
jaśmin perfumo-
wał noc szopenowską,
słowiki śpiewały ślicznie,
lecz te z tektury ni be, ni me,
więc pyszne były i złe.

W dodatku czasem z majowej chmury,
folgując potrzebie swej,
deszcz spadał
i wtedy

w słowikach z tektury
rozklejał się jakiś klej,

dzioby im odpadały i nóżki też –
o, podły, śmieszny deszcz!
tyle z niego, że sika; każdy przyzna,
że sikanie to intelektualna płycizna,
dżdżyste to jakieś takie, pluszcze i szumi cości –
jedna z tych przyrodniczych idiotyczności.

Lecz prawdziwe słowiki były innego zdania.
Nawet w grad nie przerywały śpiewania.

I tak mijały noce, przemijały deszcze,
wiatr mruczał w murawach i w darniach –
zaś słowiki z tektury były zawsze pierwsze,
gdy księżyc wypłacał honoraria.

Księżyc pytał się, za co – niby, za jakie pieśni,
a słowiki z tektury:
„Ba!

my śpiewać nie umiemy. Lecz geniusze jesteśmy”.
„Jak, przepraszam?”
„Geniusze.”
„Ahaa.”

zar taras

SEZON OGNISKOWY

Janek Nasze ukochane miejsce ogniskowe nad Arianką

Magia płomieni towarzyszy nam przez cały rok. Jesienią i zimą kominek, wiosną i latem ognisko.
Na spływie cowieczorne ognisko jest elementem nieodzownym. Nawet gdy pada, da się jakoś skrzesać ogień i rzadko, naprawdę rzadko zdarza się wieczór bez ogniska. Siedzimy wokół niego, gapimy się w ogień, rozmawiamy, czasem śpiewamy… I oczywiście zaklinamy pogodę. 😉

ognisko Litwa’2014

Pierwsze ogniska zaliczyłam w dzieciństwie, zuchowe, potem harcerskie. Każda zbiórka, nawet jeśli odbywała się w szkole, nie w plenerze, kończyła się piosenką „Ogniska już dogasa blask, braterski zwiążmy krąg”…
Przy wielkim ognisku na boisku szkolnym w harcerskim mundurku śpiewałam „Biedroneczki są w kropeczki”, a moi koledzy z drużyny inscenizowali zabawne skecze. Ogniska obsiadaliśmy w krąg na biwakach, obozach, rajdach – potem już także studenckich. Spływowe ognisko jest ich kwintesencją.

No i nasze nadariańskie!
Gdy kupiliśmy działkę nad Arianką, tak porośniętą trzcinami, że w plątaninie krzaczorów nawet nie było widać, gdzie jest rzeczka, gdzie ląd, pierwszym, co zrobił Janek po jakim takim ogarnięciu małego placyku nad wodą, było rozpalenie ogniska. Pamiętam, jak się cieszyłam, jaka była dumna: własne ognisko na własnej ziemi!

posiadaczkaDumna posiadaczka
Zanim jeszcze stanął nasz dom, Janek już polnymi kamieniami wyznaczył ogniskowy krąg i tam co roku zasiadamy przy ogniu. W ostatnich latach nawet w sylwestra.

Tegoroczny sezon grillowy zainaugurowaliśmy już przed paroma tygodniami. Podobno grillowanie to sport narodowy Polaków. Ale jakie niepełne, jakie bezpłciowe byłoby nasze grillowanie bez ogniska! W minioną sobotę paliliśmy je tej wiosny po raz trzeci, a to dopiero początek maja, dopiero się zaczyna…
Łąka nad rzeczką żółci się mleczami, nad samą wodą kwitną pęki kaczeńców, wyłażą pierwsze zielone odrosty z poprzycinanych wierzb i kędzierzawią się już paprocie pod nimi, wkrótce wybuchną kwiatami kępy liliowych kosaćców. Aż szkoda, że ten czas leci tak szybko… inauginaug 23Sezon rozpoczęty