PRZYRODA NAS OLAŁA

fot. Ela Uprzedzam: tekst jest długi i monotematyczny, więc jeśli kogoś nie interesują tematy ogrodnicze, niech sobie odpuści czytanie.

W dosłownym sensie przyroda olała nas deszczem. Deszczykiem właściwie, mżaweczką maleńką – wczoraj. Dziś już znowu stepowienie.
Zaś w sensie przenośnym – ma nas gdzieś, żeby nie powiedzieć dosadniej.

Nieodmiennie najbardziej ma nas gdzieś bóbr Zenobiusz i jego banda. Tną jak chcą, każdej nocy, na bezczelnego. Nic podleców nie obchodzi, że np. piękną onegdaj zaariańską alejkę wierzbową zamieniły w obraz nędzy i rozpaczy. Wyżej, wokół domu, też oznaki olewactwa. Owszem, porządnej ziemi mamy tu tylko ze dwa centymetry po wierzchu, pod spodem zaś pobudowlany piach. Owszem, z nas takie ogrodniki, jak z koziej wiadomo co. Amatorzy i dyletanci. W dodatku naiwni, bo myśleliśmy, że da się mieć ogród całkiem bio. A jak mówi nasz sąsiad z departamentu przyrody – bez chemii ani rusz. Na te wszystkie grzyby, mszyce i inne kędzierzawości – trzeba sypać, lać i pryskać. Więc sypiemy i pryskamy, jednak rzadko i bez zapału, trochę w nadal naiwnej wierze, że bez chemii jednak się da, a głównie z lenistwa.
No i ta nasza przydomowa natura, która już od dawna nie jest naturą naturalną, może w odwecie za brak tej chemii, może wskutek zimnej i suchej wiosny, a może cholera wie, z jakiego powodu, gra nam na nosie, czyli nas olewa.

I mamy tak:
Winorośl przydomowa tarasowo-balkonowa, tzw. deserowa (od Wojtka – większość roślin dostaliśmy od dobrych ludzi) ma zaledwie kilka zawiązków. Taki wielki krzew aż po dach! cztery czy pięć zaledwie. W ubiegłym roku miała tłumy owoców, zapowiadały się na potężne grona,  ale wszyściutkie zniszczył grzyb i upał.
Jej młodsza siostra (wyhodowana przez Janka), która miała zielonym parasolem obrastać pergolę, nie tylko ani jednej owocowej zajawki nie ma, ale w ogóle prawie nie ma przyrostów.
Brzoskwinia (od Oli) owoców ma zero, bo kwiaty jej zmarzły w zimnych ogrodników. W ubiegłym roku też miała mnóstwo owoców i też wszystkie zeżarł grzyb.
Pigwowiec (od Doroty) ma „aż” dwa owocki. W ubiegłym roku miał cztery, więc i tu – regres.
Śliwkę gubinkę (od Oli) trzeba będzie w końcu wyciąć – nigdy jeszcze nie miała owoców, a kwiatków od lat ma kilka na krzyż.
Krzewy czarnej porzeczki szt. 2 (zakupione jesienią na targach w Gliśnie), co miały już tej wiosny owocować – nie miały nawet kwiatów.
Jeżyna bezkolcowa (z marketu Dino) – uschła.
Konwalie (od pani Danki) wciąż mają więcej liści niż kwiatów.
Astry (od Oli) coraz marniejsze.
Róża polna podokienna (sama się zasiała) – zero kwiatów.
Zawilce jakieś tam i lawenda (od Hali) wciąż nie chcą się na dobre przyjąć, mimo że je podlewam (może za mało).
Maciejkę dosiewałam trzy razy, tak słabo wzeszła. Co nam będzie pachnieć w tarasowe wieczory?
Bazylia czerwona i jakieś kwiatki mieszane nie wzeszły w ogóle.
Nawet skalniaki (od pani Beaty, od Oli, z targu ogrodniczego i bo ja wiem, skąd jeszcze), które ponoć wytrzymują długie okresy suszy, też bardzo zmarniały.
Bez liliowy o podwójnych kwiatach (ze sklepu ogrodniczego), nasz najstarszy i największy – miał zaledwie trzy kiście kwiatów! Lepiej się prezentowały: dziki (z lasu), biały pojedynczy (od Wandy i Romka), biały podwójny (od pani Zdzisi) i liliowy pojedynczy (od Trzynastki).

Tak. Te bzy to mimo wszystko plus. A najładniej przed domem prezentowały się tej wiosny: głóg czerwony (od Bożenki, Dżozefa i Joli), pełen czerwonych kwiatuszków, oraz tamaryszek (od Zdzicha), przepiękny ogromny parasol z lilioworóżowej mgiełki. tamaryszek
Gwoli sprawiedliwości wymieniam więc inne plusy:
Oleandry w donicach (od Andzi) – prawie jak w Chorwacji.     Forsycje (od Wandy i Romka) miały obfitość kwiatów. Irysy (przydomowe od pani Zosi, nadrzeczne od Renaty) i żarnowce (jeden pozyskany z przyrody, drugi od Bożenki) takoż.
Tulipany i hiacynty (ze sklepu ogrodniczego), niezapominajki (od Renaty) – kwitły pięknie.
Aronia (od Romka pośrednio, bezpośrednio od państwa S.) ma mnóstwo owocków, już zacieram ręce (ach, ta nalewka z aronii! samo zdrowie).
Maliny (od sąsiada, przeszły pod płotem) jeszcze nie kwitną, bo to te późne, lecz też się ładnie zapowiadają.
Winogrona przerobowe (od Adama) w winniczce – bardzo dużo owoców (znów powód do zacierania rąk). Ponadto jeden z w ubiegłym roku dosadzonych krzewków też już je ma. A jeszcze ponadto Janek dosadził w tym roku kilka deserowo-przerobowych (od Irka i Marysi), które najpierw wyhodował w doniczkach – wygląda na to, że się przyjęły. Na wszelki wypadek odpukuję!
Mahonia (przekopana z przyrody) – wielki krzak, bujnie kwitł.
Chrzan (przekopany z byłych ogródków osiedlowych) – dobrze się ma.
Lubczyk (z targu) – także.
Bukszpany (od Joli i od Bogusi) – coraz większe.
Migdałek (ze sklepu ogrodniczego) i trzmielinka (z targów w Gliśnie) – coraz lepiej im u nas.
Floksy (od Danusi i od pani K.) – bujna bujność.
Piwonie (od Oli) – dużo grubych pąków kwiatowych.
Ostróżka (od pani K.) – jak wyżej.
Lilie (od Gosi) – coraz ich więcej, sześć nowych (z targu) – okazałe.
Stokrotki (przekopane z przyrody), pierwiosnki, aksamitki, kosmos, tytoń wonny, smagliczki, nagietki i te wszystkie inne, co zasiewają się same (z targu, ze sklepu, od Grażynki i już nie pamiętam, od kogo) – idą jak burza.
Funkie (od pani Ś. i z targu) – bujna bujność.
Róża pnąca, trochę zdziczała (już sama nie wiem, czy to jeszcze ta od Stasia, czy przeszła pod płotem od sąsiadów) – moc kwiatowych pąków.
Żółto kwitnący krzew pod płotem (przekopany z Kęszycy Leśnej, od Kasi K.) – rozrasta się radośnie.
Tzw. ananasy (od pani Beaty) – udane.
Bluszcz (ze sklepu ogrodniczego) i winobluszcz (od Wojtka) – pną się okazale.
Żywopłot bukowy (z odsortów z nadleśnictwa) – gęsta gęstość.
Żywopłot tujowy (ze szkółki Joli) – trzyma się dzielnie.
Wierzba japońska (od Marysi) – po ubiegłorocznych zawirowaniach jakoś sobie radzi.
Świerk srebrny i sosna czarna (od Joli) – wielkie drzewa.
Iglaki przed domem (od Joli i od Janusza i Reni) – też wielkie.
Tuja płożąca (od Marysi i Irka) oraz hortensja (od Bożenki) – w porządku.
Berberysy i ligustry przytarasowe (od Zdzicha) – bujna bujność.
Berberysy i tuje na skarpie (od Zdzicha) – istne morze.
Irgi na skarpie (od Reni i Janusza) – takoż.

W ten sposób opisałam prawie całe nasze „ogrodnictwo”.
Mam jeszcze jakieś inne roślinki, ale już nie chce mi się o nich przynudzać, zresztą nawet nie znam niektórych nazw. One również mają się nieźle. A i tak najlepiej mają się chwasty, różne perze, lebiody i sto innych.

Mimo wszystko bilans przyrodniczy w naszych włościach wychodzi mi na plus. Nasza zabawa w ogrodników też. Janek kosi, piłuje, przycina, ja sieję, sadzę, podlewam i odchwaszczam – więc z tym olewaniem nas przez przyrodę i przyrody przez nas nie jest aż tak źle.
A! Jeszcze nowość. Między kwiatkami wysiałam tej wiosny kilka nasion kabaczka.
Wzeszły! 🙂

 

Reklamy

2 komentarze do “PRZYRODA NAS OLAŁA

  1. 1) Han, wrzuć ten tekst chociaż do KS, tam sami ogrodnicy, na pewno przeczytają z przyjemnością, a może i coś poradzą, bo jeden to po prostu Ogrodnik-Mędrzec 2) Przyjadą do Was niedługo dwie Kobiety Miastowe i i tak będą wszystko wąchać, głaskać, podziwiać, wypytywać, zachwalać, więc po co ten pisk? 🙂 3) Macie fajne zajęcie emeryckie, i widać, że podejście zdrowe – naturalnie, na luziku, cieszycie się z tego, co macie 4) Boże, Boże, Boże, jak ja tęsknię za moim wangenowskim tamaryszkiem 😦 5) Deszczu Wam życzę!!! Niech Bozia się zlituje i podleje raz na jakiś czas te Wasze piękności nadariańskie, a Tobie da popisać, no niech, niech… ❤

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.