GORĄCE PSY NA PÓŁZIMNO

hot-dog-ftrJak przystało na kobietę domową, gotuję obiady i stanie przy garach ze wszystkich czynności domowych jest moją ulubioną.
Hołdując więc zasadzie o wyższości jedzenia domowego nad plastikowym, nie jadam fast-foodów – z dwoma wszakże wyjątkami.
Pierwszy to chińskie zupki w Harrachovie, gdy po powrocie do numeru z zaśnieżonego stoku trzeba zjeść coś ciepłego, nim pod wieczór wyjdziemy do restaurace. Janek preferuje „kurczaka na ostro”, ja „pomidorową”. Raz w roku – i naprawdę nam to smakuje!
Drugi wyjątek to hot dogi na stacjach benzynowych, podczas wyjazdów. Też nie częściej niż raz, dwa w roku.
Te hot dogi, choćbym nawet zamawiała je w „pełnoziarnistej” bułce, są plastikowe, z tą kiełbaską o nieznanym mi składzie (może lepiej nie wiedzieć) i sosami do wyboru, meksykańskim, włoskim, bardziej lub mniej pikantnym – też pewnie głównie chemicznymi. Ale smakują mi, zapewne na zasadzie, że takie inne niż to, co jem na co dzień.

A poza tym – sentymenty… Na początku lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku (ale to brzmi matuzalemowo: ubiegłego wieku!) w mieście wojewódzkim Zielona Góra nie było jeszcze ani jednej budki z hot dogami. Chyba nawet nie było jej w całej Polsce. A ja już jadłam gorące psy! Czytaj dalej

URZĄDZIŁY, CHOLERY

Najpierw o srokach. Mamy ich tu mnóstwo. Są też dzikie gołębie. Drą się i gruchają od rana i budzą nas o świcie, wespół z żurawiami z zaariańskiej łąki. Te krzyczą jeszcze głośniej, jakby z żalu, że muszą zbierać się do odlotu.

„Wszystko kradnie sroka, nawet z rosołu oka”, pamiętam taki wierszyk z dzieciństwa. Złodziejskich praktyk ze strony srok nie doświadczamy, za to w wyścigu ze szpakami bywa różnie. Kiedyś objadły nam ze szczętem krzew aronii. W tym roku aronia obrodziła szczególnie obficie, więc już rozpoczęliśmy zbiory, by tym razem nie dać się ubiec.
Za to polegliśmy w wyścigu z osami. Jest ich zatrzęsienie. Dorwały się Czytaj dalej

KOBIETA E-BOOKOWA

a wszystko  Hura! Właśnie debiutowałam – jako autorka jednego z opowiadań („Historia czterotomowa”) – w e-booku pt. „A wszystko przez tę książkę”.
Opowiadanie, przypomnę, napisałam na konkurs w grupie JMTPT i w ocenie czytelników tej grupy otrzymało najwyższy laur. Ocena jurorów już nie była taka wysoka, lecz obie pozwoliły mi znaleźć się w grupie wydanych.

Przypomina mi się taka anegdota z czasów PRL-u: Kto może otrzymać legitymację ZLP? Ten, kto wydał jedną książkę i dwóch kolegów.
Kolegów nie wydałam, a książkę – oto właśnie.
Piszę „książkę”, bo ma powstać również  jej wersja papierowa.
Z tego cieszę się najbardziej, bo przecież ja nie mam tych oprzyrządowań, czytników czy tp.
No i lubię wąchać. „To stara sztuczka nas, książek. Ten zapach działa jak narkotyk” – jak napisałam w „Historii czterotomowej”.
Więc będę sobie wąchać, kartkować i czytać, i ustawię ją na półce obok jej koleżanek. Jak w moim opowiadaniu… 🙂

Jestem na stronie 40, opowiadanie jest o czterech tomach – czyżby czwórka była moją szczęśliwą cyfrą?

DRUGIE SKRZYPCE

olek2 21 bm. umarł Olek, mąż Gerdy, jeden z najlepszych ludzi, jakich znałam – wczoraj uczestniczyliśmy w jego pogrzebie.
Pokonała go choroba, choć chyba bardziej tęsknota za żoną, mimo że do końca otoczony był miłością i opieką dzieci.
Jak (nawiązując do słów Leonarda Bernsteina) powiedziała wczoraj jego córka Ania, Olek był drugimi skrzypcami – najważniejszym instrumentem w orkiestrze.

Trudno uwierzyć, że Olka i Gerdy nie ma już na tym świecie. Bo przecież są!
Czujemy i zawsze będziemy czuli ich obecność. Jak wszystkich bliskich, z którymi, bardziej lub mniej, przyszło nam przemierzać ziemski szlak. gerdai olek
Więc się nie smucę. Cieszę się, że ICH znałam.
Kiedyś znowu powędrujemy razem.

ACH, MALA TRNA

trna To już trzy lata mijają od naszej Podróży Życia. Niedawno wymyśliłam powtórkę z rozrywki i przez kilka dni żyłam tą myślą. Ach, Trna, ach, dolina Neretwy, ach, Beli Monastyr, ach, Dubrownik, Split, Trsteno, Ribarica…
Jednak nie pojedziemy, z kilku powodów trzeba to odłożyć na zaś. Byle owo zaś nie trwało zbyt długo!

Szczególnie mi się dziś ckni za Malą Trną. Czytaj dalej

WISŁO, NIE WYSYCHAJ

WISŁA

Wisło, rzeko płynąca w przeszłość.
Jak to dawno, barbarzyńsko rudy,
Kwitłem na wodzie twojej, po wierzchu
kreślonej w gwiazdy, rośliny i runy.(...)
Rzeko snów o zielonym wodniku,
płyną tratwy, kry i przyszłość.
Taki długi żal jak żal skrzypiec,
Wisło.

/K. K. Baczyński/

Rzeki (i rzeczki) mojego życia to przede wszystkim Lubica (zwana Lubszą) i Nysa Łużycka w Gubinie, miejsca moich dziecięcych zabaw i kąpieli, spacerów, pierwszych randek.
Z racji miejsca urodzenia i bliskości powiatu to także Warta w rodzinnym Poznaniu i Odra w Krośnie Odrzańskim (a szczególnie przeprawa promowa przez Odrę w Połęcku).
W ostatnich zaś latach najważniejsza jest Arianka, nad którą mieszkam w Lubniewicach.

Lecz od pewnego czasu fascynuje mnie Wisła, królowa polskich rzek. Wiem, to banał, Czytaj dalej

LEDWO WRÓCIŁAM, ZNÓW CHCĘ NA SPŁYW

ja janek Przedwczoraj wróciliśmy z podróży, której głównym elementem był dwutygodniowy spływ litewski.
Od momentu przekroczenia progu domu nie wiem, w co ręce włożyć. Niezliczone pralki prania i 17 kilogramów ogórków ludzkich do przetworzenia to tylko dwa z wykonywanych galopem obecnych zajęć kobiety domowej. Przy dużej pomocy Janka, fakt niezaprzeczalny – lecz i tak opadam z sił. Zwłaszcza że wszystko w taki upał – za oknem 37 stopni w tzw. głębokim cieniu.

wszyscy
A na spływie życie było takie proste. Panowie robili śniadania, panie obiady, co wieczór przy ognisku zaklinaliśmy pogodę, a męczyło nas jedynie ciągłe rozbijanie i zwijanie namiotów oraz oganianie się od komarów i gzów litewskich. namiot

Ja chcę na spływ!