CZARODZIEJSKA GÓRA

berghof

W czasie pierwszego roku studiów byłam z całą paką z uczelni na zimowisku studenckim w Cieplicach. Przygotowywano nas tam – przyszłych nauczycieli – do pracy w harcerstwie. Na zajęciach ćwiczyliśmy m.in. zuchowe pląsy – patrz zdjęcie.

Małe rączki były? były! Małe kolanka były? były! małe uszka były?
Tańczymy labado, labado, labado,
Tańczymy labado, małego walczyka.
Tańczymy taniec ten, taniec ten, taniec ten,
Tańczą go harcerze i małe zuchy też.  😀 zimowisko

Pamiętam, że nas tam, dzięki jakiejś podwójnej dotacji, bardzo dobrze żywiono. Ach, te pieczenie, szyneczki, schaby w galarecie… Dla studentów – mizeroków na cienkim stołówkowym wikcie – istny raj. Nic dziwnego, że Czytaj dalej

ZAZ razy 2

logo Przez długie lata ZAZ znaczyło dla mnie tylko jedno: Zaporożskij Awtomobilnyj Zawod. Nasz pierwszy samochód był bowiem produkcją tej fabryki, wówczas radzieckiej.
Zaporożec, zwany też zauralcem, iwanem lub najszybszym traktorem świata, służył nam przez ładnych kilka lat, a na koniec jeszcze za jakieś grosze poszedł do ludzi. Wyglądał tak:zaporozec

tylko w oryginale miał kolor zielony, przemalowany później na ostrą czerwień.
Posiadał skrzela, ząbki z przodu, psuł się zawsze wtedy, gdy był najbardziej potrzebny i śmiałam się, że to najstarszy zaporożec jeżdżący po polskich drogach. Nawet miałam pomysł, by ten zabytek zaproponować producentowi z Zaporoża do fabrycznego muzeum, a w zamian otrzymać nowszy model, ale przyszły nowe czasy i po saksach staliśmy się właścicielami wypasionego (jak na nasze możliwości to rzeczywiście był wypas!) VW „Passat”. 🙂

Dziś ZAZ to Isabelle Geffroy, która kiedyś śpiewała na ulicach Montmartru. Teraz koncertuje po świecie. W ostatnich zaś dniach Czytaj dalej

POMOCNIK, CZYLI WPISOSPIS

Sama mam wielki problem ze znalezieniem dawniejszych wpisów.  Z tytułami w zakładce „Opowiadania” czy z tekstami w „Niecodzienniku” jest prościej, ale jeśli chodzi o znalezienie  tytułów ze strony głównej – trzeba przewijać, przewijać i przewijać, bo to przecież już ponad dwa lata zapisków.
Zrobiłam więc listę tytułów wraz z podaniem linków, kolejność – w dół, od najnowszych do najstarszych (niektóre mniej istotne tytuły pominęłam).

Spis wpisów, czyli wpisospis (nie ma on nic wspólnego z PiSem!!!), zamieściłam na osobnej stronie – w zakładce, którą nazwałam „POMOCNIK”. Zawiera ona tytuły wpisów wraz z linkami z lat 2014 i 2015. Kliknięcie w „POMOCNIK” otwiera listę wpisów.

POCIĄĆ JAK TASIEMCA?

tasiemiec

W początkach roku 1878, kiedy świat polityczny zajmował się pokojem san-stefańskim, wyborem nowego papieża albo szansami europejskiej wojny, warszawscy kupcy tudzież inteligencja pewnej okolicy Krakowskiego Przedmieścia niemniej gorąco interesowała się przyszłością galanteryjnego sklepu pod firmą J. Mincel i S. Wokulski.
Tak brzmi pierwsze zdanie „Lalki” Prusa. Długie? To jeszcze nic. Drugie zdanie jest dłuższe, trzecie jeszcze dłuższe (obejmuje pięć i pół wersu). Cała strona składa się z pięciu zdań (czwarte z piątym rozdziela krótki dialog, jest on też w zdanie czwarte wpleciony). Piąte zdanie, najdłuższe, mieści się na pierwszej stronie tylko w pięciu wersach, reszta – trzy wersy – znajduje się już na następnej.

To i tak pikuś. Pierwsze zdanie „Czarodziejskiej góry” Tomasza Manna jest od niego o wers dłuższe:
Historia Hansa Castorpa, którą zamierzamy opowiedzieć — nie ze względu na niego (albowiem czytelnik przekona się, że jest to zwyczajny sobie, choć sympatyczny młodzieniec), lecz gwoli samej tej historii, która wydaje się nam w wysokim stopniu godną opowiedzenia (przy czym na korzyść Hansa Castorpa należałoby wspomnieć, że jest to właśnie jego historia i że nie każdemu może się każda historia przytrafić) — historia Hansa Castorpa jest już bardzo dawna, jest już,można powiedzieć, pokryta szlachetną patyną czasu, a przeto niewątpliwie powinna być ujęta w formę czasową zamierzchłej przeszłości.

I teraz ja się pytam, co komu szkodzi, żeby literatura piękna składała się z długich zdań? Dlaczego kiedyś mogła, a dziś nie? Czytaj dalej

RACZEJ Z GÓRKI NIŻ POD GÓRKĘ

8586547_przemijanie

…i tak czuję, że to pęka, że ucieka to i znika,
że to biegnie raczej z górki niż pod górkę…

Nie ma co się oszukiwać. Mam już z górki. Konstatacja ta nie jest bynajmniej konsekwencją nastroju spowodowanego listopadową aurą. Jest, że tak powiem, metrykalna i oczywista.
Jesienne deszcze nawet mnie cieszą po tak długim okresie suszy i niech sobie trwają na przemian z wiatrami, taki wszak urok listopada.

Listopadowienie dopada mnie w sensie egzystencjalno – rozmemłanym. Czytaj dalej

NIE TAKI DIABEŁ STRASZNY (W MOJEJ KUCHNI)

Organic Cashew with no shell on a background

Artykuły w necie zwykle mają to do siebie, że ich tytuły i pierwsze słowa brzmią strasznie, ale gdy się człowiek w nie wczyta, może z ulgą zrobić uff…
Nie jestem naiwnym pelikanem łykającym straszne wizje, ale z czystej ciekawości kliknęłam dziś w tytuł „10 zabójczych pokarmów, które prawdopodobnie masz w kuchni”. Prawdopodobnie – a więc nie na pewno. Ale lepiej wiedzieć, czym się człowiek truje, więc zajrzałam.
Autor straszy tymi słowy: „Jakie produkty spożywcze są najbardziej śmiercionośne? Nieprzypadkowo trujące i szkodliwe? Próbując ich zastanawiasz się, czy z twoim zdrowiem psychicznym wszystko w porządku.”
Śmiercionośne! Zdrowie psychiczne! O, to już nie przelewki. Przeleciałam więc przez całość.

Więc tak:
1. Pestki owoców.
Kubek zmielonych pestek jabłek, wiśni, brzoskwini czy moreli zabija.
Nie spożywam. Ani w postaci zmielonej, ani w żadnej innej. Czytaj dalej