O, MÓJ BOŻE

skler Dobrze, że już nie karmię i rzadko jeżdżę autobusami. Ale co się nazapominam i nazostawiam, to moje. 😦

Dziś w porze południowej wypadło nam udać się do miasta powiatowego. Ustaliliśmy to zresztą już wczoraj, więc żaden pochop.
Gdy mąż już odpalił samochód, przyszło mi do głowy, że dobrze byłoby przy okazji odwiedzić salon telefonii komórkowej, co już dawno winnam była uczynić, ale wciąż zapominałam.
Wstrzymałam więc odjazd i zaczęłam poszukiwania stosownych dokumentów. Trochę to trwało, bo jestem bałaganiarą, ale znalazłam i mogliśmy ruszać.
Wzięłam też torebkę. Nie cierpię torebek i zwykle wszystko noszę po kieszeniach, ale tym razem była potrzeba zapakowania okularów – w kieszeni by się nie zmieściły.

Po drodze udaliśmy się najpierw do sklepu miejscowego po zakup śledzi. Następnie, już w aucie, spostrzegłam, że nie zabrałam z domu znalezionych dopiero co kwitów. No tak, nie dodały mi się, jak mawiała Pelunia; pamiętając o torebce, już nie pamiętałam o nich, dopiero co odszukanych.
Na studiach miałam takiego kolegę, który mówił, że nie potrafi robić dwóch rzeczy jednocześnie i na przykład gdy niesie kubek z herbatą, otwierając w tym czasie drzwi, to albo wyleje herbatę, albo uderzy się drzwiami w głowę. Tak i ja z tymi kwitami i torebką…

Wróciliśmy do domu – Janek wszedł, ja nie, bo wracanie się przynosi pecha – a i tak kazałam mu usiąść na chwilę i popluć przez lewe ramię, żeby odczarować. Chyba tego nie zrobił, bo nadal się działo.
To znaczy kwity leżały sobie tam, gdzie je zostawiłam, na stole w kuchni, ale gdy znów odpaliliśmy auto, odkryłam brak rękawiczek. Tym razem do domu wróciłam ja. Już nie przysiadałam ani nie plułam, bo i tak rękawiczek nigdzie nie mogłam znaleźć.
Pojechaliśmy więc do sklepu ze śledziami, w nadziei, że zostawiłam je tam. Ale tam ich nie było.
Na szczęście dostrzegłam je w pobliżu sklepu. Jeden dobry człowiek je znalazł na ulicy (przypomniałam sobie, że biegnąc do sklepu wkładałam je do kieszeni, ale widać nie włożyłam) i położył na krawędzi kwietnika.

To nie koniec. W mieście powiatowym najpierw udaliśmy się do starostwa po odbiór nowego dowodu rejestracyjnego. Tam skorzystałam z przydatności torebki, wyjąwszy z niej okulary potrzebne do złożenia czytelnego podpisu.
Jednym z kolejnych punktów była piekarnia. Wysiedliśmy oboje. Po zakupie chleba i powrocie do samochodu sięgnęłam po te telefoniczne dokumenty, by udać się z nimi do salonu – i przy okazji stwierdziłam brak torebki. Nim ruszyliśmy do starostwa, w przekonaniu, że musiałam tam ją zostawić, wróciłam jeszcze do piekarni. Była! Leżała na półeczce pod ladą. Musiałam wyjść tylko z chlebami i portfelem, o tej cholernej torebce zapominając.

Reszta naszego pobytu w mieście powiatowym oraz powrót do domu odbyły się już bez przeszkód.
Żeby nie było, że tylko ja mam sklerę, dwa kwiatki z konta Janka. Dziś nie mógł znaleźć kluczyka do odpowietrzania kaloryfera, któremu (kluczykowi) niedawno wymyślił nowe miejsce przechowywania. Ale tylko wymyślił, a nie zrealizował. Znalazł kluczyk w starym miejscu.
Przed świętami zaś wielokrotnie poszukiwał naszych aniołkodzwonków bożonarodzeniowych zawieszanych co roku pod lampą. Już się bałam, że ich brak przyniesie nam pecha na święta, ale w końcu je znalazł. W miejscu, do którego wcześniej zaglądał ze cztery razy.
Jeszcze lepszy numer wyciął w ostatnim dniu grudnia. Kiedy po powrocie ze spaceru otworzył drzwi i weszliśmy do domu, klucz zostawił na zewnątrz, w zamku, i przez całą sylwestrową noc tak tam sobie tkwił ten klucz niezauważony (bo na ognisko wychodziliśmy przez piwnicę), do Nowego Roku i naszego następnego spaceru.

To nie jest śmieszne. Choć w drodze powrotnej włączyliśmy w samochodzie radio i towarzyszył nam Elvis z tą swoją słynną piosenką ze śmiechami, jakby chciał pocieszyć starych sklerotyków, że co tam, wszystko śmiechu warte –

TO NIE JEST ŚMIESZNE. 😦

Reklamy

4 komentarze do “O, MÓJ BOŻE

  1. Godzinami mógłbym snuć tego typu opowieści, wśród których prym wiodłyby, o dziwo, wspomnienia z lat dawno minionych. Jaka tam skleroza!
    Miałem wówczas niespełna dwadzieścia sześć lat, i z grupą piętnastolatków – uczniów szkoły, w której podjąłem nieco wcześniej pracę – wybierałem się na pieszy obóz wędrowny po ukochanej Suwalszczyźnie. Wyjechaliśmy pekaesem z Wojcieszowa odpowiednio wcześnie, by o stosownej porze zaatakować pociąg, który miał nas zawieźć do Warszawy. Znający Jelenią Górę wiedzą, jaki dystans dzieli dworzec autobusowy od kolejowego. Próba kupienia biletów do Suwałk (przez stolicę) zakończyła się niepowodzeniem. Z przerażeniem odkryłem, że ulubiony chlebak, który zawierał całą dokumentację obozu, książeczkę PKO i gotówkę na kilka pierwszych dni (o dokumentach osobistych nie wspomnę), jest na dworcu nieobecny. Myśl, jak błyskawica: został w autobusie. Dwóch młodzieńców – sprinterów ruszyło na dworzec autobusowy, wpadli tam minutę przede mną. Nigdy wcześniej i nigdy później nie pokonałem szybciej dystansu dwóch kilometrów. Zobaczyłem chłopaków z daleka, z tryumfem i błyskiem w oku nieśli chlebak! Nietknięty! Oczywiście podziękowałem serdecznie Panu Kierowcy, który po kursie sprzątał swój pojazd. Ufff….
    Obóz był wyjątkowo udany 🙂

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.