ŚWIĘTO WINYLA

 W każdą trzecią sobotę kwietnia na całym świecie obchodzony jest Record Store Day, czyli Dzień Płyty Winylowej.
Dziś jest wprawdzie czwarta sobota kwietnia, ale Trójka coś mówiła o święcie winyla. Może z racji poprzedniej, Wielkiej Soboty, święto przesunięto o tydzień – krojąc warzywa na sałatkę, nie słuchałam zbyt uważnie. Tak czy siak – nabrałam ochoty, by po swojemu to święto uczcić. Czyli wspominając historię Płyt Winylowych Mojego Życia.

Pierwsza nie była Numerem Jeden, tylko po prostu pierwszą, jaka znalazła się w moim rodzinnym domu. Czarny krążek na 45 obrotów (bo longplaye były na 33 i 1/3). Stało się to w związku z nabyciem przez moich rodziców radia „Aida”.

Tak o tym pisałam w „Peluni”:
„Pionier” odszedł do lamusa, gdy tato kupił duże radio – „Aidę” z adapterem. Tak się wtedy mówiło – nie gramofon, a adapter. Jakiż cudny, duży, nowoczesny odbiornik! Istny mebel w mieszkaniu. Pierwszą płytą, jakiej słuchaliśmy – nie mam pojęcia, skąd się wzięła w naszym domu – była niemiecka płytka z dwiema piosenkami: „Ramona” i „Sieben liebes Briefe”. Nie pamiętam, kto wykonywał te piosenki. W Internecie znajduję teraz wersję w wykonaniu zespołu „Blue Diamonds”, brzmi identycznie jak tamta. Nic nie rozumiałam ze słów tych piosenek, ale Pelunia, znająca trochę niemiecki, wtórowała wykonawcom: „Ramona, zum Abschied sag ich dir good bye”…

Tyle wspomnienie pierwszej płyty, zaś te Najważniejsze są dwie.

Znów wracam do „Peluni”:
Najukochańsza płyta długogrająca (wówczas nie używaliśmy jeszcze angielskiej nazwy longplay) mojego dzieciństwa nosiła tytuł „Piosenki Południowej Ameryki”.  Ach, jakżeż cudnie duet Antkowiak – Dziewiątkowski wyśpiewywał te południowe rytmy! I tu także nic nie rozumiałam, lecz próbowałam naśladować. Najbardziej podobał mi się smutny – tak przypuszczałam, bo przecież po hiszpańsku też nic nie kumałam – wzruszający mnie do dziś utwór „Tu, solo tu”. Wersji polskiego duetu na Youtube nie znalazłam, lecz trafiłam na piękne wykonanie Seleny.
Oto ono:https://www.youtube.com/watch?v=XGS31NEvlio

Drugą Najważniejszą Płytą, jeszcze bardziej ukochaną, stał się dla mnie longplay grupy – też mojej najukochańszej – „Procol Harum”.
Byłam na pierwszym roku studiów, mieszkałam w akademiku. W każdym pokoju znajdował się głośnik, a radiowęzeł transmitował niemal non stop program radiowej Trójki. I oto pewnego wieczoru, pamiętam jak dziś niemal każdy dźwięk i słowo, Piotr Kaczkowski w swojej audycji prezentował wydaną w 1973 roku płytę „Welcome To The Grand Hotel”. Nie znałam angielskiego, ale i takich jak ja Kaczkowski miał na uwadze, tłumacząc na polski, że to „Zaproszenie do Grand Hotelu”, podając polskie tytuły prezentowanych piosenek, a także – jaka mniej więcej jest ich treść.
Znałam już zespół „Procol Harum”, głównie z hitu „A Whiter Shade Of Pale” (tłumaczonego na „Bielszy odcień bieli”, a nawet „białości”), lecz słuchając nowej płyty, zakochałam się. Głównie w głosie Garego Brookera. Nie wiedziałam wtedy, jak interesujący z urody jest jego właściciel, bo zakochałabym się również w całości owego. 

Niezłe ciacho z niego było, prawda?
A kiedy po pięciu latach Gary wystąpił z koncertem jako gwiazda festiwalu w Sopocie, byłam już od roku żoną Janka. Ale i tak wzdychałam do ekranu, jak kiedyś moja mama i jej koleżanki do Richarda Chamberlaina jako doktora Kildare’a.

Najbardziej znany z „Grand Hotelu” jest oczywiście utwór tytułowy, lecz ja lubiłam i te mniej popularne, rzadziej nadawane w radiu. Na przykład smutny walc „A Rum Tale”: https://www.youtube.com/watch?v=ZGT62dm9Dxg
Albo „T.V. Ceasar”, bardzo procolharumowsko-brookerowski: https://www.youtube.com/watch?v=Gly14dzSsTU

Do melodii tej walczykowej opowiastki o rumie wymyśliłam sobie nawet własny tekst. Pierwsza zwrotka i refren brzmiały:
To jeszcze nie koniec, to jeszcze nie finał
Choć ciemność jest blisko, za rogiem, tuż, tuż.
Dziś jeszcze utopię swój żal w szklance wina,
A jutro być może odejdę stąd już.
Za wcześnie, by znaleźć,
Za późno, by mieć.
Za późno na życie,
Za wcześnie na śmierć.
Słowa obrazowały ówczesny stan mojej egzaltowanej duszy. Kiedy teraz czytam w Internecie polską wersję tekstu „A Rum Tale”, widzę, że stan ten nie całkiem odbiegał od oryginału, a najbardziej trafiłam z alkoholem. Tam rum, u mnie szklanka wina. 😉

Marzyłam, żeby tę płytę mieć na własność. Ale skąd? „Polskie Nagrania” jej nie wydały, a nie miałam krewnych i znajomych na Zachodzie ani dolarów, żeby szukać w Peweksach.
Marzenie odżyło w 1989 roku w Hamburgu, gdy pojechałam na saksy i zostałam zatrudniona w charakterze sprzedawczyni pieczonych kiełbasek. Zakupu spróbowałam dokonać w księgarni muzycznej (już nie pamiętam, w jakiej dzielnicy Hamburga). Były to już czasy kaset magnetofonowych, lecz księgarnia, oferująca głównie nagrania muzyki rockowej, oferowała też mnóstwo płyt winylowych. Poukładane w długich rzędach, aż się prosiły, by w nich buszować. Grzebałam więc w tych albumach, szukałam, niestety nie znalazłam ani pod „P”, jak „Procol Harum”, ani pod „W” jak „Welcome”, ani też pod „G” jak „Grand”.
Klientów obsługiwali dwaj sympatyczni długowłosi młodzieńcy w wytartych dżinsach. Jeden z nich zapytał, w czym może mi pomóc, a poinformowany, próbował znaleźć płytę w jeszcze innym miejscu, niestety i tam jej nie było.
Na szczęście – uwaga! – panowie oznajmili, że to żaden problem i jeśli chcę, mogą mi tę płytę sprowadzić do sklepu, do odbioru za jakieś dwa, najwyżej trzy dni. Tu doznałam opadu szczęki i oczywiście wyraziłam chęć, ze sklepu wyszłam jednak w pełnym szoku. Z czasów peerelowskich, które właśnie się kończyły, znałam, owszem, zjawisko kupowania spod lady, sama z niego parę razy skorzystałam. Najpierw w Czerwieńsku, gdzie pracująca w tamtejszej księgarence mama mojej uczennicy odłożyła mi po znajomości pięć tomów świeżo wydanych Dzieł Gałczyńskiego. Potem w Lubniewicach, w czasach kartkowych, przemiła pani Sz. z kiosku „Ruchu” zostawiała nam czasem jakieś mydełko czy paczkę papierosów. Ale żeby sklep sprowadzał towar specjalnie dla jednego klienta?

A jednak tak się stało.

I mam tę płytę do dziś.

Tak się rozochociłam z tymi wspomnieniami, że muszę napisać o jeszcze innych Płytach Mojego Życia. Zwłaszcza, że wszystkie one były moimi „naj” w czasach licealnych i studenckich – a więc jak najbardziej winylowe.

Płyty Skaldów – mojego polskiego Zespołu Nr 1. Słuchałam ich wraz z Leną, u niej, bo miała sporą płytotekę. Na przykład „Od wschodu do zachodu słońca”, ach… Dziś mam te albumy na CD, ponagrywał mi je kolega ze studiów, obecnie redaktor Radia Zachód. Oczywiście ze swoich zasobów, żeby nie było, że dołożył rękę do piractwa! Tenże kolega – znów wrócę do „Procol Harum” – pamiętał, jak się kochałam w głosie Brookera i nawet pewnego razu ogłosił to w swojej audycji. 😀

Płyty Niemena. Poniżej zdjęcie z sesji towarzyskiej, na której słuchaliśmy – ale której z płyt? Już nie pamiętam. Oto my: (od lewej) Hania, Zbyszek, Ela (u niej w mieszkaniu słuchaliśmy), Andrzej, Lena.

„Droga za widnokres” Marka Grechuty, a z niej zwłaszcza słuchana setki razy, niemal do zdarcia płyty, piosenka „Krajobraz z wilgą i ludzie”…

Sporo jeszcze mogłabym wymienić. Ale na koniec wspomnę jeszcze o moich „naj” zachodnich. To przede wszystkim „Ciemna strona księżyca” grupy Pink Floyd. Pierwsza płyta, której słuchałam na aparaturze stereofonicznej i w dodatku ze słuchawkami na uszach, ach, te przelatujące przez głowę niesamowite, kosmiczne dźwięki. Ledwo trochę liznąwszy angielskiego na lektoracie dla początkujących, próbowałam tłumaczyć teksty piosenek!

Oraz „Dzwony rurowe” Mike’a Oldfielda. Posiadali te płyty moi studenccy znajomi (widocznie mieli dolary albo krewnych za granicą).

O „Dzwonach rurowych” jeszcze kilka zdań. Właścicielem płyty był Andrzej N., wspomniany późniejszy redaktor Radia Zachód. Strzegł jej jak źrenicy oka i nawet nie pozwalał nikomu jej włączać na odtwarzaczu, sam tego pilnował. Kiedyś jak durne dzieciaki ganialiśmy się po korytarzu akademika i stałam się ofiarą wypadku, którego on niechcący był sprawcą. Skutek: poharatane aż do kości prawe przedramię (bliznę mam do dziś), zszywanie mnie na pogotowiu, temblak, konieczność stania się na pewien czas leworęczną w pisaniu itp. Trochę wydobrzawszy, wybierałam się z tym temblakiem na weekend do domu i kolega Andrzej zdobył się na bohaterski czyn pożyczenia mi  „Dzwonów rurowych”! Słuchałam ich przez dwa dni niemal non stop, niestety w pewnym momencie z tej niezbyt jeszcze sprawnej ręki wypadło mi ramię gramofonu. Struchlałam! Igła tak drapnęła płytę, że ta aż zaczęła w jednym miejscu trochę przeskakiwać. Ale kolega był wielkoduszny i choć mu się serce na pewno ściskało, na moje kajania się powiedział tylko, że co tam płyta, ważne, aby mi się ręka wygoiła.

Co to znaczy przeskakiwanie winylowej płyty (czasem udawało się temu zaradzić, np. obciążając ramię odtwarzacza pudełkiem zapałek), nie będę tłumaczyć, bo skoro winyle znów są w modzie, ich miłośnicy z pewnością to wiedzą. 😀

Reklamy

2 komentarze do “ŚWIĘTO WINYLA

  1. Gdybym była wydawczynią, napisałabym do Ciebie w tej sekundzie:
    „Bardzo chętnie zapoznamy się z innymi Pani tekstami.”
    🙂
    O winylach: z racji bycia z innej epoki 🙂 nie mam wiele do powiedzenia. Rodzice rządzli w kwestii wynylowej, a ja, mała, pyzata i nieśmiała, ich gustom musiałam się podporządkować. Co nie było problemem, bo w przedszkolu nie miałam własnych. Tata przywiózł dwie płyty ABBY z Czechosłowacji i to był hit hitów. Poza tym mieliśmy jako jedyna rodzina w klatce schodowej 🙂 telefon, pamiętam, jak Tereska, młoda sąsiadka z naprzeciwka, przychodziła dzwonić i prosiła zawsze, żeby jej puścić kilka piosenek ABBY. Znałam je na pamięć i wyrosła ze mnie pop-girl 🙂 A potem brat kupił mi magnetofon (firmy GRUNDIG), za moją kasę, oszczędzaną z komunijnej puli etc., więc nagrywałam sobie „z powietrza” przeboje z jego leciwej i słabiutkiej Alby. Cienko u nas było, bidnie. I w ogóle cała rodzina z mocnym odchyłem w kierunku muzyki klasycznej, co dla mnie, berbecia, oznaczało kompletną izolację. Nudy na pudy. Kiedy puszczałam wizytującym mnie koleżankom, po dziesięciokrotnym odsłuchaniu ABBY, jakiś „poważny” kawałek (królowały „Cztery pory roku” Vivaldiego i „Eine kleine Nachtmusik” Mozarta, dla mnie jeszcze w miarę strawne), wszystkie Doroty, Wiolety i Kasie przewracały oczami i szły do domu. I tak oto wyrosłam na dziwoląga. Potem, w liceum, uzbierałam sobie na walkmana, słuchałam z kaset przebojów trójkowych nagranych przez kolegów i bogatsze kuzynostwo, ale to były „80-ties”, więc znów mijam się z Twoim, Waszym gustem. Z moją Pierwszą Miłością słuchałam nawet „na spółkę”, każdy z jednej słuchawki. Oczywiście ukochanego Eurythmics. „A Whiter Shade of Pale” poznałam najpierw w wykonaniu Annie Lennox, zanim odkryłam po latach, że to przebój Procol Harum. Dla Was to zapewne bluźnierstwo.
    Ale uczę się chętnie od starszych i mądrzejszych 🙂

    • Słusznie! Należy się uczyć od starszych i mądrzejszych! 😀

      Dziękuję Ci za Twoje wspomnienia. ❤
      A przy okazji piekę swoją pieczeń: koniecznie zostań wydawczynią i w tej sekundzie napisz do mnie!
      W tym moja ostatnia nadzieja. 😉

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.