SPOTKANIE ZAMAŁOKLASOWE

Trzy razy to już nadmiar? Nasze pierwsze spotkanie klasowe po latach (tylko mojej klasy – „B” z LO im. M. Kasprzaka w Gubinie – dziś im. B. Chrobrego) odbyło się z licznym udziałem koleżeństwa. Zorganizowaliśmy je dzięki zaangażowaniu kilkorga osób oraz dzięki prężnie wówczas działającemu portalowi „Nasza Klasa”, za pośrednictwem którego się skrzykiwaliśmy.
Parę lat później, na spotkaniu pod hasłem „40-lecie matury”, już nas było (i to z udziałem koleżeństwa z klasy równoległej – „A”) ciut mniej niż za pierwszym razem.
Spotkanie pod hasłem”45 lat po maturze” – w sobotę, 20 maja br. – frekwencję miało żenująco niską. Tylko cztery (!!!) osoby. Zbyszek 1, Zbyszek 2, Piotr i ja (ponadto towarzyszyła nam żona Zbyszka 1, z klasy o rok młodszej). Kilka osób się usprawiedliwiło z niemożności przybycia. Reszta nie dopisała. Trudno. Widocznie raz i wystarczy, drugi raz na siłę, trzeci już całkiem jak kulą w płot. Ludzie nie są ciekawi, co tam u kogo po latach, było, minęło… Przekazałam propozycję niemogącego przybyć kolegi Krzyśka, by spotykać się (tak na luzie, na zasadzie, kto będzie chciał i mógł) co roku, a nie co pięć lat – lecz mam obawy, że to już całkiem się nie uda.

Naszej czwórce było miło się spotkać, posiedzieć w restauracji Retro, powspominać, pospacerować po gubińskich, a nawet trochę po gubeńskich zakątkach. Wyspa Teatralna (tam chodziliśmy kiedyś na wagary), ulica Piastowska (przy niej znajduje się nasze liceum), a na finał – już tylko ja i Piotr, po wyjeździe Zbyszków – piwo w fajnej knajpce w Guben.

Gubin majowy jest taki ładny, zielony. Im jestem starsza, tym większym sentymentem darzę miasto mojego dzieciństwa i szkolnych czasów. Może nie wszyscy mają taką potrzebę, lecz ja lubię tam wracać.

Co dzień nas gna
W nowe strony zadyszany czas.
Sto dat, sto spraw
Wciąga nas, gna nas.

I moje dni
Wszechobecny pośpiech, czasu znak
Naznaczy mi,
Może przez to tak lubię:

Lubię wracać tam, gdzie byłem już
Pod ten balkon pełen pnących róż,
Na uliczki te znajome tak…

PS – dosłownie w sekundę po tym jak wkleiłam tu fragment z piosenki Zbigniewa Wodeckiego, radio podało wiadomość o jego śmierci. Jakie to smutne…
I aż się prosi na tę wieść i w refleksji po naszym spotkaniu zamałoklasowym sparafrazować Jana Twardowskiego:
Śpieszmy się spotykać z ludźmi, tak szybko odchodzą…

Reklamy

KOKTAJLOWO, MALINOWO (Z KOMARAMI W TLE)

 Czytam właśnie książkę, która niedawno sprezentowała mi Zuza – „Dom na skraju” Kasi Bulicz-Kasprzak. Zaczęłam lekturę tuż przed spotkaniem w Osieku Łużyckim i gdy zmierzaliśmy w tamte strony, a wiedziałam już, że historia w książce dzieje się na Dolnym Śląsku, po podpowiedziach mijanych po drodze tablic drogowych zorientowałam się, że powieściowy Rubiń z rzeczką Młynówką to zapewne jest Lubań. Klimatów dolnośląskich, o które parę dni temu się otarłam, jest więcej. Taki chociażby, że jedliśmy w Radomierzycach obiad w podobnej restauracji (z dawnej obory czy stajni uczynionej), jak ta, do której Olgierd zaprosił Sylwię.
W powieści roi się od intryg, tajemnic z przeszłości, rozwalonych dawnych związków i prób wchodzenia w nowe, i jak to w romasidle, wszyscy szukają szczęścia (rzeczownika „romasidło” nie użyłam pejoratywnie!). Czyta to się dobrze i szybko.

Ale ja piszę o tej powieści nie z powodu tropów romansowych czy dolnośląskich. Nigdy w życiu nie przypuszczałabym, że tak mnie może zaciekawić „wątek ogrodniczy”!
Na ulicy Różanej wszyscy mają ogrody. Pielęgnują róże, wkopują do ziemi mieczyki i aksamitki, chrupią marchewki, urządzają z lepszym czy gorszym skutkiem rabatki, kwietniki, tarasy. Tak to jest napisane (Kasiu – czy oprócz biegania kochasz też ogrody?), że po powrocie do Lubniewic (zwłaszcza że pogoda się wreszcie poprawiła) rzuciłam się i ja w wir prac ogrodniczych. Ja, która przez lata całe nie przepadałam za nimi!

Mało tego. W powieści niektórzy (niektóre) prócz kwiatów sadzą też pomidory. Tak na stare lata zdewiowałam, że kupiłam dziś na targu sześć pomidorowych krzaczków! Dwa wsadziłam do wielkich donic na tarasie, koktajlowy i malinowy – żebym miała je pod ręką bez latania do nowo utworzonej grządki, gdzie posieję cukinię i gdzie dziś posadziłam też jeden krzaczek koktajlowy i jeden malinowy. A pozostałe dwa (koktajlowe) wsadziłam do nerki kwiatowej. Oczywiście wszystkie stanowiska najpierw z pomocą Janka odpowiednio przygotowałam (dołek, kompost, woda, sadzonka, ziemia ogrodowa, woda – niemal identycznie jak to robiły Marta z Leokadią).

Teraz będę latać do moich pomidorów nadariańskich (całe szczęście, że Arianka jest łagodniejsza niż Młynówka, to tak przy okazji). Podlewać je, pilnować, pielęgnować, a jeśli się uda – jeść własne. Z krzaczka wprost do ust lub jak w powieści – ze śmietaną i cebulką, ewentualnie z małym dodatkiem czosnku i pieprzu ziołowego.
Ja, nieposiadająca przez tyle lat żadnych grządek warzywnych, dla której dotąd nawet rycie w ziemi przy krzaczkach i kwiatkach było jak za karę!!!

Widzisz, Kasiu, coś narobiła?

Nasiona cukinii wysiałam już jakiś czas temu, ale przez to zimnisko słabo powschodziły. Jutro dosieję, bo dziś ledwo się uporałam z tymi pomidorami, tak mnie zaatakowały komary.
Wiosna na całego. 🙂

SPOTKANIE BEZSPŁYWOWE

 Tradycja spotkań przedspływowych (i pospływowych) klubu „Pliszka” liczy sobie ładnych kilkanaście lat (Komańdorze, uściślisz?).
Tegoroczne, 12-osobowe, w dniach 12-14 maja odbyło się w Osieku Łużyckim (niedaleko Zgorzelca).
Planowany spływik sobotni niestety nie doszedł do skutku, bo na przeszkodzie stanął nam deszcz oraz jakieś zawirowania z wypożyczaczem kajaków. Zresztą może dobrze się stało, że nie spłynęliśmy nurtem rzeki Witki, bowiem ta, wbrew swej delikatnej nazwie, burzyła się i pieniła niezbyt zachęcająco. 

Pomimo bezspływowości (którą odbijemy sobie na spływie litewskim) nasze spotkanie, jak zawsze udane, potoczyło się:

1. ZDROWO –  Stajnia Zdrowia w Osieku (tam mieszkaliśmy)http://stajniazdrowia.pl/galeria.html

  

2. SPACEROWO (I MIĘDZYRZEPAKOWO) – sobotni spacer do Radomierzyc.

3. WINNICOWO (I OKOŁOWINIARNIOWO)

4. ZWIEDZANIOWO – Pałac (zespół parkowo-pałacowy) w Radomierzycach, tamże stary młyn.

5. ARTYSTYCZNIE

6. OGNISKOWO

7. WESOŁO! 😀

8. ORAZ (z czego bardzo się cieszę) BEZKOMPUTEROWO I POZANETOWO!!!!!!!!!!!!!! (trzy, a nawet – z dzisiejszym, po powrocie do domu, gdy nie wiadomo w co ręce włożyć – cztery dni detoksu!)

(zdjęcia: Ela, Jola, JolaJola, Jan i ja)

NIE W KIJ DMUCHAŁ

 Cztery lata! Tyle właśnie dziś mija od dnia, gdy rozpoczęłam blogowanie.
Połowa maja, słowiki w nocy, słońce w dzień, ogród, taras, piwko ku uczczeniu – tak zapamiętałam poprzednie rocznice. A przez to zimnisko wiosenne całkiem zapomniałam o tegorocznej! Na coś jednak ten fejsbuk się przydaje – właśnie mi przypomniał.

Zresztą od dziś chyba koniec zimniska. Słońce – i od razu bardziej chce się żyć. Pojutrze mamy spłynąć przedspływowo, według prognoz może uda się nam wstrzelić między deszczem a burzą z piorunami. Hej, wiosła w dłoń! Już się cieszę.

Cztery lata to nie w kij dmuchał. Wejść mam w tej chwili ponad 30 tysięcy. Dziękuję wszystkim Zaglądającym i Komentującym i zapraszam do wrzucania tu oka przez kolejny rok. Mam nadzieję, że jubileusz pięciolecia uczczę z należytym hukiem.

ŚNIEG MAJOWY

 Już niedługo połowa maja, a my wciąż grzejemy w c.o.! Rano było dziś minus jeden i biało na trawnikach od szronu, w dzień tylko kilka stopni, zacinał śnieg z deszczem. Teraz wyszło słońce, ciekawe, na jak długo, bo na noc zapowiadają znów przymrozki (i to spore – jeden słuchacz zadzwonił dziś do Trójki i spytał, dlaczego minus siedem np.  w styczniu zapowiadają jako mróz, a w maju jako przymrozek 😀 ).
Jest jeszcze zimniej niż podczas majówki, a podobno ta dziwna „wiosna” nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa. Dzisiejszej nocy pewnie maliny, które się jakoś zaczęły zbierać do życia po poprzednich przymrozkach, już zmarzną mi na amen. Bu!
Naprawdę w taki sposób odbywa się „globalne ocieplenie”? Wiem, że to głupie narzekać na pogodę, na którą i tak nie mam wpływu, ale gdzieś muszę sobie pomarudzić.

Za kilka dni mamy spotkanie przedspływowe i w planie mały spływik sobotni. Prognozy nie powalają. „Na co to idzie”, jak mawia nasz komandor. Pocieszył mnie dzisiaj, że odrąbiemy lód na rzece i spłyniemy.
Żarty żartami, ale nawet szparagami się nie mogę pocieszyć, bo znów podrożały!

Trochę mniej się ostatnio fejsbukuję, trochę więcej czytam. A głównie coś tam dopisuję (lub kasuję) – zajmowałam się „Maskami”, co wreszcie skończyłam i nawet wysłałam tekst do pewnego wydawnictwa. Teraz przelatuję „Balladę”, z tym samym zamiarem. Nie bardzo wierzę, że takie gnioty mogłyby się komuś spodobać ani tym bardziej w chęć wydania ich, ale co mi szkodzi spróbować.

Wyzwanie, by zacząć trenować mózg jakąś całkiem nową pisaniną, już puka do drzwi. Ale czy ja mu otworzę? Może jesienią… Zimą…
No, zima to właściwie, przez ten zimny kwiecień i jeszcze zimniejszy maj, nadal trwa. 😉

ZGODA, ZGODA?

Ja – z nim w zgodzie? – Mocium panie,
Wprzódy słońce w miejscu stanie,
Wprzódy w morzu wyschnie woda,
Nim tu u nas będzie zgoda.

Jednym okiem oglądałam wczoraj „Zemstę” w tv, drugim uchem słuchałam końcówki trójkowego Polskiego Topu. A gdy skończyła się lista, śledziłam spektakl już dwojgiem oczu.

W „Zemście doskonałe aktorstwo. Wszystkich. To oczywiście także zasługa kapitalnego, wciąż aktualnego tekstu Fredry. Mieli co grać.
Najbardziej podobał mi się Peszek jako Papkin. Rozśmieszył mnie do do łez, lecz i wzruszył.
Zresztą widziałam ja już tę inscenizację Lipińskiej przed laty! Jakże mogłam zapomnieć? Tę słomę (nie tylko z butów), te gdaczące kury jako oprawę wielopiętrowych intryg, tę całą polską nerwową szarpaninę. Burdel polskiego „wielkopańskiego” zaścianka.

Spektakl z roku bodaj 1994 – a z ilu gardeł – znowu? stale? – słychać ten bulgot nienawiści rozwścieczonego Cześnika – Nowickiego. Gajosa, Kurnakowicza, Świderskiego i tylu innych doskonałych odtwórców polskiego pieniacza. I ten cyniczny jad w głosie świętoszkowatego Rejenta…
„Zemsta” kończy się zgodą. Ja nie wierzę w zgodę Rejentów i Cześników.
Według mnie sam Fredro w nią nie wierzył – że jest możliwa na dłuższą metę.
Dziś też ze wszech stron słychać nawoływanie do zgody, a podziały są coraz większe. Na polskim topie politycznym zawsze czyjeś „moje” musi być „mojsze”. 😦

Dziś jest Trzeci Maja. Czy to święto może nas zjednoczyć, gdy zawłaszczy je sobie tylko jedna opcja?

A na polskim topie muzycznym – przewaga utworów z czasów mojej pierwszej i drugiej młodości, sporo na przykład Grechuty. Czyżby moje pokolenie i ciut młodsze zmobilizowało się do głosowania bardziej niż młodzież?
Sporo jest też piosenek „wolnościowych” z lat osiemdziesiątych.
Czołówka tym razem tak się prezentuje:
3 miejsce – „Kocham wolność”
2 miejsce – „Dziwny jest ten świat”
1 miejsce – „Autobiografia”

Dziwny jest ten świat,
gdzie jeszcze wciąż
mieści się wiele zła.
I dziwne jest to,
że od tylu lat
człowiekiem gardzi człowiek.

ŹDZIEBEŁKA CIEPEŁKA

 Wietrzysko duje, deszcz pryska po szybach. Że deszcz, to akurat dobrze i prosimy o więcej, bo znowu w całej Polsce lało, a u nas Niemen nie puszczał i trawniki nam schły. Ale że te inne atrakcje atmosferyczne, to już mniej mi się podoba.

Niektórzy to mają dobrze… Po Grecjach sobie latają i się opalają w 24 st. nad błękitem wód i z „Nikomu się nie śniło” w dłoni. A my tu, nadariańscy, no cóż. Grzejemy się, jak umiemy. Np. nadal nie wyłączając c.o. W maju!

Z braku ciepła atmosferycznego pocieszam się i innymi ździebełkami:

Grill nadariański. Wczoraj, w zimowych ciuchach, czapkach, buciorach. Nie daliśmy się, choć tak wiało, że nawet przy ognisku zmarzłam.

Kominek i naleweczki na rozgrzewkę.

Czytanie. Kończę „Sekretne życie drzew” Petera Wohllebena, w kolejce czeka „Duchowe życie zwierząt”.

Pisanie. Zwiększam ilość znaków w „Maskach” 😉 . Mam też pomysł na dwa nowe rozdziały do „Peluni”.

Słuchanie. Od rana słucham trójkowego Polskiego Topu Wszech Czasów. Ciekawe, czy tak jak w roku ubiegłym zwycięży „Kocham wolność”. Nie głosowałam tym razem na listę, bo „dawanie wyrazu” z tą „Wolnością”, po roku jeszcze większego ograniczania tejże, wydaje mi się już coraz bardziej głosem wołającego na puszczy.
Ale miło jest, zwłaszcza w taki dzień gdy człowiek nie wyściubia nosa za próg, słuchać od rana do wieczora polskich piosenek.

„Nikomu się nie śniło”. To jest DOBRA książka. Na razie same pozytywne recenzje. Nawet mojego „Powrotu”, tak innego od pozostałych tekstów, na razie – odpukać! – nikt nie opluł.
Na blogu „Subiektywnie o książkach” o każdym opowiadaniu w antologii jedno, dwa zdania. Pozytywne! O moim:
„Hanka Bilińska-Stecyszyn w „Powrocie” zaserwowała mi nieco sentymentalną podróż do przełomu lat 80 i 90 XX wieku, w którym historia kupna pewnego samochodu okazała się być dość zabawną. Opowiadanie napisane z humorem, pełne lekko podanej ironii.”

„Zemsta” będzie wieczorem w TVP Kultura, dawny spektakl w reż. Olgi Lipińskiej, z krakowską ekipą, m.in. z Janem Peszkiem. Chyba kiedyś przegapiłam tę wersję, więc się przy niej, mam nadzieję, trochę pośmieję. I ogrzeję. 🙂