KOKTAJLOWO, MALINOWO (Z KOMARAMI W TLE)

 Czytam właśnie książkę, która niedawno sprezentowała mi Zuza – „Dom na skraju” Kasi Bulicz-Kasprzak. Zaczęłam lekturę tuż przed spotkaniem w Osieku Łużyckim i gdy zmierzaliśmy w tamte strony, a wiedziałam już, że historia w książce dzieje się na Dolnym Śląsku, po podpowiedziach mijanych po drodze tablic drogowych zorientowałam się, że powieściowy Rubiń z rzeczką Młynówką to zapewne jest Lubań. Klimatów dolnośląskich, o które parę dni temu się otarłam, jest więcej. Taki chociażby, że jedliśmy w Radomierzycach obiad w podobnej restauracji (z dawnej obory czy stajni uczynionej), jak ta, do której Olgierd zaprosił Sylwię.
W powieści roi się od intryg, tajemnic z przeszłości, rozwalonych dawnych związków i prób wchodzenia w nowe, i jak to w romasidle, wszyscy szukają szczęścia (rzeczownika „romasidło” nie użyłam pejoratywnie!). Czyta to się dobrze i szybko.

Ale ja piszę o tej powieści nie z powodu tropów romansowych czy dolnośląskich. Nigdy w życiu nie przypuszczałabym, że tak mnie może zaciekawić „wątek ogrodniczy”!
Na ulicy Różanej wszyscy mają ogrody. Pielęgnują róże, wkopują do ziemi mieczyki i aksamitki, chrupią marchewki, urządzają z lepszym czy gorszym skutkiem rabatki, kwietniki, tarasy. Tak to jest napisane (Kasiu – czy oprócz biegania kochasz też ogrody?), że po powrocie do Lubniewic (zwłaszcza że pogoda się wreszcie poprawiła) rzuciłam się i ja w wir prac ogrodniczych. Ja, która przez lata całe nie przepadałam za nimi!

Mało tego. W powieści niektórzy (niektóre) prócz kwiatów sadzą też pomidory. Tak na stare lata zdewiowałam, że kupiłam dziś na targu sześć pomidorowych krzaczków! Dwa wsadziłam do wielkich donic na tarasie, koktajlowy i malinowy – żebym miała je pod ręką bez latania do nowo utworzonej grządki, gdzie posieję cukinię i gdzie dziś posadziłam też jeden krzaczek koktajlowy i jeden malinowy. A pozostałe dwa (koktajlowe) wsadziłam do nerki kwiatowej. Oczywiście wszystkie stanowiska najpierw z pomocą Janka odpowiednio przygotowałam (dołek, kompost, woda, sadzonka, ziemia ogrodowa, woda – niemal identycznie jak to robiły Marta z Leokadią).

Teraz będę latać do moich pomidorów nadariańskich (całe szczęście, że Arianka jest łagodniejsza niż Młynówka, to tak przy okazji). Podlewać je, pilnować, pielęgnować, a jeśli się uda – jeść własne. Z krzaczka wprost do ust lub jak w powieści – ze śmietaną i cebulką, ewentualnie z małym dodatkiem czosnku i pieprzu ziołowego.
Ja, nieposiadająca przez tyle lat żadnych grządek warzywnych, dla której dotąd nawet rycie w ziemi przy krzaczkach i kwiatkach było jak za karę!!!

Widzisz, Kasiu, coś narobiła?

Nasiona cukinii wysiałam już jakiś czas temu, ale przez to zimnisko słabo powschodziły. Jutro dosieję, bo dziś ledwo się uporałam z tymi pomidorami, tak mnie zaatakowały komary.
Wiosna na całego. 🙂

Reklamy

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.