KULINARNIE

 To nie jest blog o jedzeniu, choć czasem i taki wątek tu wrzucam. Lubię czytać blogi kulinarne, zwłaszcza gdy ktoś porady, jak przygotować daną potrawę, ozdabia nie tylko smakowitą fotografią czy filmikiem, ale przede wszystkim jakąś ciekawą opowieścią.
Zawsze też lubiłam czytać przepisy kulinarne. I je zbierać. Najpierw w postaci wycinków z gazet oraz kartek z przepisami zapisanymi przeze mnie i przez moich znajomych. Mam tych szpargałów cały stos, niektóre liczą sobie ze czterdzieści lat, gdybym dobrze poszperała, znalazłabym może i coś napisanego ręką Peluni. Wielokrotnie myślałam, że trzeba by to wszystko przepisać do jednego zeszytu, ale nigdy tego nie zrobiłam i tak się ten stos rozpycha w kuchennej szufladzie.
Mam w niej też sporo książek i poradników kucharskich. Jedno z najciekawszych wydawnictw, z czasów PRL-owskiej biedy i słabo zaopatrzonych sklepów – to cienka broszura, wydana przez lubniewicki Ośrodek Doradztwa Rolniczego, z poradami z zakresu WGD (Wiejskiego Gospodarstwa Domowego). Do dziś robię wzięty stamtąd „Chlebek drobiowy”.

Najstarsza moja – choć nie od początku była moją własnością – książka kucharska to „Kuchnia warszawska”. Praca zbiorowa, wydanie III. Nie ma informacji, z którego roku, ale chyba z połowy lat sześćdziesiątych, bo w przedmowie znajduję taki przypis: „Z dniem 23. XII. 1966 r. skrót dkg zostanie zmieniony na dag.”
Prawie czterdzieści lat temu dostałam tę książkę od teściowej. To był jej prezent imieninowy od bratowej. Na pierwszej stronie widnieje dedykacja: „W Dniu Imienin Jasi – Aniela. 24. VI. 68.”
Potem ona tę książkę podarowała mnie. Z początku, nim doszłam do kuchennej wprawy, to była dla mnie rzeczywiście cenna pomoc.
Dziś zaglądam do niej po wielu latach. Czarno-białe ilustracje, pożółkłe, wylatujące kartki. Między stronami książki znajduję karteluszki z ręcznymi zapiskami. Mamy Janinki – na przykład na „Piernik cygański”, na kawałku kartki w kratkę. Nigdy go nie upiekłam. Albo niebieska karteczka z przepisem mojego starszego syna na ciasto do pizzy – też go nigdy nie wykorzystałam (Jaś jest pizzowym specjalistą, w tym stosie przepisów mam jeszcze ze trzy pisane jego ręką).

Bo ja UWIELBIAM czytać o jedzeniu, ale większość tych potraw – z przepisów w książkach, na odręcznych kartkach czy ostatnimi czasy w komputerowym pliku – zrobiłam tylko raz, a niektórych nigdy. Co nie znaczy, że jestem kiepską kucharką! Tylko, mając męża tradycjonalistę (żadne tam smaki słodko-kwaśne czy mięso z ananasem!), rzadko robię „eksperymenty”. 😉

Lecz potrawę z przepisu na ostatniej stronie „Kuchni warszawskiej”, gdzieś przeze mnie chyba usłyszanego i zanotowanego ołówkiem – z pewnością wykonałam i to niejednokrotnie. „Kotlety faszerowane z kury”. Tak samo jak wspomniany na początku „Chlebek drobiowy”.
Bo z braku innego mięsa trzeba było posiłkować się drobiem.
O czym – i nie tylko o tym – snując kurczakowe reminiscencje, napisałam dziś w niecodzienniku:
„O drobiu nie tylko Więckowskiej”.
Zapraszam:http://wp.me/P3waVI-14Q

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s