STARRY, STARRY NIGHT…

Wróciłam z Poznania – po spotkaniu z Zuzą oraz z Fridą i Vincentem.
Wzloty duchowe, jak zawsze, udało się nam zgrabnie połączyć z kulinarnymi. Acz nie zawsze były to wzloty podniebne, bo np. gira w piwie z kapuchą i rolada z pyzami i buraczkami (wiele restauracji na poznańskim rynku serwuje teraz dania kuchni poznańskiej), z dość żylastej niestety wołowiny – na noc! – to nie był najlepszy pomysł.


Tyle – jeśli chodzi o stronę kulinarną.
Bo co do duchowej – choć również z małym akcentem spożywczym w postaci pyr z gzikiem – zrobiła to już Zuza, jak zawsze udatnie. Więc oddaję jej głos:

I cóż tu dodać, cóż ująć?…

No, coś jednak dodam. Na temat starry night, która nie była, jak w piosence Dona McLeana, nocą gwiaździstą, tylko wietrzną i deszczystą, dni też niewiele lepsze, gdyż Zuzannie i Hannie towarzyszył w Poznaniu orkan Grzegorz.
Ale ocalałyśmy! 🙂
I mogłyśmy się radować spotkaniem i się nie móc nagadać.
Oraz się powzruszać. Umiarkowanie, oglądając obrazy Fridy i Diega (bo w sumie niewiele ich na tej wystawie), a do łez w ciemnościach sali kinowej. Mnie dodatkowo ścisnęła za gardło piosenka towarzysząca końcówce filmu „Mój Vincent”. I zaczęłam podśpiewywać (cichutko!) wraz z wykonawczynią (w filmie śpiewa ją Lianne La Havas). Zuza się zdziwiła, że ja to znam, a ja przecież – ba! – już w końcowolicealnej młodości znałam tę piosenkę (choć youtube wtedy nie istniał).

Koszulę taką jak Don McLean też miałam! Tylko w paski zielono – żółte. 🙂

PS – Znając po angielsku tylko pojedyncze słowa, nie miałam pojęcia, że on śpiewa o Van Goghu. Sądziłam, że to jakaś „nocna historia”, bo wiedziałam, że night to noc, zaś starry słyszałam jako story… 😉

Że piosenka jest o Vincencie, dowiedziałam się dopiero po latach…

Reklamy

JUŻ SĄ!

1. Przez ładnych kilka dni naprzepisywałam się, nadobierałam zdjęć, nawklejałam – i oto w niecodzienniku znalazł się „Spływ’ 2017”.
Wszystkich zainteresowanych zapraszam do rzucenia okiem:

http://wp.me/P3waVI-17e

2. Jest już gotowy także nasz „Pliszkowy” kalendarz na rok 2018, tradycyjnie ilustrowany zdjęciami z ostatniego spływu (czyli tegoż właśnie 2017).
Jeszcze go nie widziałam, na razie mam tylko wieści od komandora, że bardzo ładny, więc z niecierpliwością czekam na przesyłkę.

SIĘ SZŁO

Się po lesie dzisiaj szło.
Się grzybów szukało.
Ach, gdyby tak miejsca zielonkowe się znało!
Ale się nie zna.
Jankowi tylko kilka sztuk się przypadkiem trafiło.
A w dzieciństwie jaką przepyszną zupę zielonkową, z zielonek przez Bilinka zebranych, przez Pelunię ugotowaną, się jadło!..

Się znalazło trochę podgrzybkowych kapci do ususzenia.
Lecz się pospacerowało dla zdrowia.
Się pełną piersią pooddychało.
Się złotem i purpurą „cudnych manowców” tego pięknego październikowego dnia pozachwycało.

Się wczoraj tekst o Stachurze napisało i się go w niecodzienniku zamieściło.

„Stachuro, Stachuro…”:
http://wp.me/P3waVI-16K

ZALEGŁOŚCI I ZANIEDBANIA

Zaniedbałam moje poletko. Już od miesiąca leży odłogiem. Co gorsza, nadal brak mi zapału do jego uprawiania. Nie bloguję, nie wymyślam nowych tekstów, w ogóle nic. Może to minie. Na razie znikąd pomocy. Nawet natura się sprzysięgła. W winniczce miewałam pomysły pisarskie i snuły mi się po głowie całe akapity, ale wygląda na to, że szpaki nam wyżrą owoce, zanim te zdążą dojrzeć. Albo może nawet nie szpaki, tylko jakieś paszkoty, czort je wie. I nie będzie winobrania, a tym samym – pomysłów. Jesień zapowiada mi się na bezwinną i bezwenną.

Ale cóż ja mogę wymyślić, żeby powalić czytelników? Jola Cz. napisała o anorektyczce, Zuza o roku 2022 w Polsce po-pisowskiej i pozaunijnej, Beata M. o poparzonej, która już nie chce żyć (tak przypuszczam, bo książki nie czytałam), a Julita S. o wypasanych i wypasaczach (nie miałam pojęcia o takim zboczeniu!).
Czym ja je przebiję?

W tak zwanym międzyczasie skończyło się lato. Czytaj dalej