O STRYJEŃSKIEJ I SŁOWIKU

Za oknem późnolistopadowa mgła, a ja się naprzepisywałam. Przez dwa popołudnia, skwapliwie wyszukawszy wcześniej stosowne fragmenty, wklikiwałam je do komputera, by zamieścić w niecodzienniku. O, tu: https://wp.me/P3waVI-19e

Jak wspominałam wcześniej, autorka książki o Zofii Stryjeńskiej obficie ilustruje biografię zapiskami samej Zochy.
Fragmenty przepisałam według chronologii. Bez trudu daje się z nich wyczytać biografię malarki, jej poglądy, wybory życiowe i artystyczne, postrzeganie świata, opinie o bliźnich.
Zachwycił mnie język Stryjeńskiej, miała nie tylko talent plastyczny, ale i łatwość pisania. Dowcipnie i lekko, choć z upływem lat coraz bardziej zgryźliwie. Tak, życie miała bujne i niełatwe, a często wręcz karkołomne. Jednych to hartuje i uczy pokory, innych zatruwa coraz większą goryczą. Stryjeńska to ten wariant kobiety, która z upływem lat robi się coraz bardziej zgorzkniała.
Ciekawe, jaka ja będę. Właściwie – już jestem.  Nie miałam karkołomnego życia, więc łudzę się, że z pyskatej, zadziornej, głośnej Hanki stałam się już tylko małym toporkiem o stępionym ostrzu. Że z wiekiem łagodnieję, jak moja mama Pelunia. Ale czy tak jest w istocie?

„Słowik” to powieść Kristin Hannah, którą właśnie skończyłam czytać. Nie wiem, czy to wielka literatura, ale ja wciąż jestem pod wrażeniem.
Słowik (Rossignol) to nazwisko jednej z bohaterek, a zarazem kryptonim wojenny. Niby wszystko to od dawna znane: Francja podczas drugiej wojny światowej, wielka miłość, francuski ruch oporu, obóz koncentracyjny, tchórzostwo i heroizm, okrucieństwa Niemców i ratowanie Żydów. Napisane najzwyczajniejszym językiem, bez podniebnych lotów zawiłej metaforyki, a jak wciąga.
Chciałabym TAK UMIEĆ PISAĆ.

Reklamy

ACH, ARTYŚCI

ACH!!! To nie jest kraj dla starych ludzi.
Świat się kończy, a co najmniej wariuje. Właśnie nabiła mnie w butelkę telefonia Orange. Ja z kolei dałam tejże telefonii nabić trochę kabzę, wydzwaniając interwencyjnie do jej konsultantów, z próbą wyjaśnienia sprawy. Onegdaj miły pan (bodaj trzeci, któremu wreszcie udało się mnie podejść) w ramach przedłużenia umowy abonenckiej obiecywał mi przez telefon cuda wianki, a po kilku dniach w przesyłce kurierskiej dostałam siano. Szczegółami mojej epopei nie będę zanudzać. Sprawa jest na etapie odstąpienia od umowy (wysłałam stosowne kwity), a co dalej, zobaczymy.
Swoją drogą, ci państwo konsultanci – jakaż maestria. Jaka sugestywność w przekonywaniu, ileż uprzejmości, ileż gołosłownego wdzięku, ile potem sprytu w odsyłaniu od Annasza do Kajfasza, z jaką cierpliwością, empatią wręcz! Profesjonaliści. Ba, artyści.

Ach, „Stryjeńska, diabli nadali”.
Skończyłam czytać biografię Zofii Stryjeńskiej, pióra Angeliki Kuźniak.
Bohaterka książki to artystka stuprocentowa, rozdarta pomiędzy pracą twórczą (niekiedy ciężką fizyczną harówką), a obowiązkami matki (pełnionymi zresztą, przynajmniej jak na dzisiejsze standardy, w sposób co najmniej kontrowersyjny). Kobieta o niebanalnej urodzie, piekielnie inteligentna i zdolna, obiekt podziwu mężczyzn – zamknięta samotnie w zimnej pracowni lub, co gorsza, w szpitalu dla umysłowo chorych. Bywalczyni kawiarni i salonów przedwojennych elit artystycznych i towarzyskich – i umordowana lawirantka ciągle walcząca o byt (kombinacje, jak zdobyć kolejną pożyczkę, w jaki sposób odroczyć termin spłaty czy wręcz uciec przed wierzycielami – niczym w powieści sensacyjnej).
Dla mnie też dodatkowy smaczek – są w książce spore fragmenty dziennika Stryjeńskiej. Zocha świetnie malowała, ale jak ona pisała! Z jakim wdziękiem i mistrzostwem słowa. Nim odniosę książkę do biblioteki, muszę wynotować co celniejsze perełki.

Ach, Odessa.
W piątek byłam w teatrze. Czytaj dalej

11 LISTOPADA BEZ WIELKICH SŁÓW

Nie włączam dziś telewizora, nie zaglądam do relacji z obchodów święta w internecie. Boję się, że w podzielonym kraju, gdy zwłaszcza jedna opcja chce sobie zawłaszczyć to święto, relacje o patriotycznych pobudkach świętowania niepodległości zmienią się w relacje o zamieszkach, jak już nieraz bywało…

Może wystarczy, tak jak na wczorajszym koncercie w DK, pieśń, piosenka? Publiczność – więc i ja – śpiewała wraz z artystkami (a jutro sobie znów pośpiewam, wraz z chórami, które wystąpią w Gliśnie).

Śpiewanie stanowiło ważną część życia Peluni.
„Gdzie słyszysz śpiew, tam idź, tam dobre serca mają.
Źli ludzie, wierzaj mi, ci nigdy nie śpiewają” – to wierszyk, który znałam od mamy. Może więc mieliśmy nie najgorsze serca, bo w naszym domu dużo się śpiewało. Od rana grało radio i mama nuciła wraz z nim różne piosenki – często dorabiając do nich drugi głos, ponieważ w chórze było to jej specjalnością (później – w szkolnym chórze również moją).
Mnie i brata uczyła różnych piosenek. Jako dzieciaki maszerowaliśmy po mieszkaniu, waląc w pokrywki od garnków i wyśpiewując „Wojenko, wojenko, cóżeś ty za pani” albo „Bartoszu, Bartoszu, oj, nie traćwa nadziei”.
Najbardziej podobała mi się długa ballada „Pójdźcie, o dziatki, pójdźcie wszystkie razem, za miasto, pod słup na wzgórek…”, Pelunia mówiła, że pamięta ją ze szkoły. Dzięki mamie znałam na pamięć wszystkie zwrotki, a słowa „Nie dziękuj, wyznam ci szczerze” stały się jednym z naszych domowych powiedzonek. Dopiero po latach dowiedziałam się, że to ballada Mickiewicza „Powrót taty”, do której muzykę skomponował Stanisław Moniuszko.
/fragment „Peluni”/

Więc sobie podśpiewuję dziś na polską nutę, a za oknem flaga mi łopoce.

PS1 – o śpiewaniu również tu, w moim wpisie sprzed roku:https://kobietadomowa.wordpress.com/2016/11/15/gdzie-slyszysz-spiew-tam-idz/

PS2 – właśnie wystartowało Polskie Radio Chopin, można go słuchać także w internecie.
https://www.polskieradio.pl/326

PELUNIEJĘ, PELUNIUJĘ…

Już od ładnych paru lat zauważam, jak bardzo z upływem czasu stajemy się podobni do rodziców. I to nawet w tym, przeciwko czemu dawniej, w młodości, buntowaliśmy się. Czy na przykład ja jako nastolatka pomyślałabym, że kiedyś może sprawić mi przyjemność stanie przy garach? A w życiu!

Fizycznie też coraz większe widzę podobieństwo. W mojej rodzinie nie występowało zjawisko „skóra zdarta z matki” (czy z ojca), ale od dziecka wyrastałam w przekonaniu – bo tak wszyscy mówili – że ja jestem podobna do taty, a mój brat do mamy. I rzeczywiście tak było.
Dziś z ojca pozostała mi tylko kichawa i ładne zęby. Coraz więcej zaś widzę podobieństw do Peluni. Pelunieję… Zwężające się usta, maminy podbródek, włosy coraz cieńsze i rzadsze, szybkim krokiem zmierzające w kierunku peluninych „pipci”.
Pelunieję też pod względem „figli”, jakie raz po raz płata mi pamięć. Ale to już jest mało śmieszne i może powinno stać się materiałem na osobny wpis.

Mama śniła mi się ostatnio kilka razy, a to dlatego, że prócz pelunienia – od kilku dni peluniuję. To znaczy majstruję koło „Peluni”. Namajstrowałam się już przy „Balladzie” i „Maskach”, na razie wystarczy (może nigdy nie uznam, że to już koniec i bomba). Na nową powieść mam nawet od dawna pomysł, ale czy ja się kiedyś rzucę w wir jego realizacji?
Teraz wprowadzam w czyn postanowienie, by jesienią – zimą wrócić do wspomnień. Sporo mi się naprzypominało, dopisuję to do tekstu. Plik wordowski z dotychczasowych 89 stron (zresztą i tak już rozszerzonych o poprzednie dopiski, pododawane wcześniej, do pierwszej, najsurowszej wersji z 2013 roku) obecnie powiększył się do 96. A w głowie już układają mi się dwa dodatkowe rozdziały.

Więc sobie tak – trochę z doskoku, wszak i na fejsie trzeba oddyżurować swoje, i strawę uwarzyć – peluniuję radośnie. 😀

ŻARŁOCZNA HANIA – FOTOREPORTAŻ Z POZNANIA

 Frida plus zminiaturyzowany Diego plus kawałek Zuzy w pięknej sukience à la Frida (szkoda, że nie pozwoliła mi opublikować całości)

Dopiero dziś Zuza przysłała mi zdjęcia z Poznania – więc nie będę już uzupełniać wpisu „Starry, starry night”, tylko zamieszczam je tu.

Jak zawsze – przyjemnościom duchowym towarzyszyły konsumpcyjne. Nawet mam wrażenie, że były w przewadze… 😀
Ale co tam, raz się żyje.

 Pyry z gzikiem na przystawkę (na razie skromnie, jedna porcja na dwie – po drugiej stronie siedzi Zuzanna)

 Jezu, jak ja to dam radę zjeść?… Gira z kapustą. Po drugiej stronie Zuza z roladą wołową z buraczkami, nie myślcie sobie!

 W chwilach wolnych od spożywania – obcowanie z kulturą wysoką 😉 – czyli spotkanie z Fridą i Diego (z kina i „Vincenta” zdjęć nie ma)

 Znowu jem. Tym razem coś lżejszego – obok Zuza z podobnym daniem, tylko moje z pietruszką, a jej z pomidorami. Restauracja z klimatem, ale kucharz dosypał nam obowiązującego w tych potrawach (i wymienionego w karcie) sera dopiero po interwencji (ponoć zapomniał). Tym sposobem po raz pierwszy w życiu otarłam się o ser grana padano (bo u nas na wsi takich niet) – ale mam nadzieję, że nie ostatni! 😀 

1 LISTOPADA

Na cmentarzu płomyki złote
i groby w chryzantemach.
Ludzie przyszli tu z myślą o tych,
których już nie ma. (H. Bechlerowa)

Ten dzień, mocno już jesienny, czasem bywa słoneczny i złoty, innym razem deszczowo-błotnisty, a zdarza się, że mróz ścina kwiaty, a płyty nagrobne trzeba odgarniać spod śniegu.
Wczoraj od świtu do nocy z ciemnych, niskich chmur sączyła się smutna mżawka. Ponad cmentarną krzątaniną, wypełnioną zadumą przy grobach, ale też pełną gwaru, uśmiechów, powitalnych całusów, rodzinnych i towarzyskich spotkań i rozmów, tylko niebo czciło płaczem tych, którzy odeszli…

O Święcie Zmarłych i Dziadach napisałam w niecodzienniku: https://wp.me/P3waVI-18m