PELUNIEJĘ, PELUNIUJĘ…

Już od ładnych paru lat zauważam, jak bardzo z upływem czasu stajemy się podobni do rodziców. I to nawet w tym, przeciwko czemu dawniej, w młodości, buntowaliśmy się. Czy na przykład ja jako nastolatka pomyślałabym, że kiedyś może sprawić mi przyjemność stanie przy garach? A w życiu!

Fizycznie też coraz większe widzę podobieństwo. W mojej rodzinie nie występowało zjawisko „skóra zdarta z matki” (czy z ojca), ale od dziecka wyrastałam w przekonaniu – bo tak wszyscy mówili – że ja jestem podobna do taty, a mój brat do mamy. I rzeczywiście tak było.
Dziś z ojca pozostała mi tylko kichawa i ładne zęby. Coraz więcej zaś widzę podobieństw do Peluni. Pelunieję… Zwężające się usta, maminy podbródek, włosy coraz cieńsze i rzadsze, szybkim krokiem zmierzające w kierunku peluninych „pipci”.
Pelunieję też pod względem „figli”, jakie raz po raz płata mi pamięć. Ale to już jest mało śmieszne i może powinno stać się materiałem na osobny wpis.

Mama śniła mi się ostatnio kilka razy, a to dlatego, że prócz pelunienia – od kilku dni peluniuję. To znaczy majstruję koło „Peluni”. Namajstrowałam się już przy „Balladzie” i „Maskach”, na razie wystarczy (może nigdy nie uznam, że to już koniec i bomba). Na nową powieść mam nawet od dawna pomysł, ale czy ja się kiedyś rzucę w wir jego realizacji?
Teraz wprowadzam w czyn postanowienie, by jesienią – zimą wrócić do wspomnień. Sporo mi się naprzypominało, dopisuję to do tekstu. Plik wordowski z dotychczasowych 89 stron (zresztą i tak już rozszerzonych o poprzednie dopiski, pododawane wcześniej, do pierwszej, najsurowszej wersji z 2013 roku) obecnie powiększył się do 96. A w głowie już układają mi się dwa dodatkowe rozdziały.

Więc sobie tak – trochę z doskoku, wszak i na fejsie trzeba oddyżurować swoje, i strawę uwarzyć – peluniuję radośnie. 😀

Reklamy

9 thoughts on “PELUNIEJĘ, PELUNIUJĘ…

    • Hi-jer-ju-ar:
      Dwa łóżka tworzyły duże łoże małżeńskie, nakryte piękną kapą. Składała się z dwóch warstw, ciemnołososiowego spodu (z biegiem lat coraz bardziej blaknącego pod wpływem słońca) i nakładanej nań cieniutkiej niczym mgiełka jasnoróżowej, mereżkowanej narzuty. Choć piękna, nie lubiłam, gdy Pelunia kazała mi ścielić łóżko, bo zawsze miałam problem z ułożeniem tej kapy równo i bez zmarszczek.
      Stała się ona też bohaterką jednego z naszych domowych haseł: „Kot na kapie!”. Wołaliśmy tak, gdy kot, którego kiedyś mieliśmy, zakradał się do sypialni i sadowił na łóżku, bo to miejsce szczególnie sobie upodobał. Nie wolno było kota stamtąd przeganiać, bo przecież mógł pazurami zahaczyć o te mereżki, zniszczyć narzutę; należało go ostrożnie zdjąć z łóżka – na które i tak wracał przy pierwszej nadarzającej się okazji. Nawet gdy kota już od dawna nie było w domu – wpadł biedak pod samochód – powiedzonko „uwaga, kot na kapie” pozostało z nami na długie lata.

      or:
      STO ZŁOTYCH NA KOŚCIÓŁ
      To się zdarzyło pewnej niedzieli, gdy nie chodziłam jeszcze do szkoły lub byłam co najwyżej w którejś z początkowych klas. Po powrocie z niedzielnej mszy. Byłam w kościele z Pelunią i po mszy ona – wraz ze mną – poszła do zakrystii, gdzie wręczyła księdzu sto złotych. Aż sto! Ksiądz faktycznie apelował do wiernych o ofiarę na jakiś ważny cel. Jaki, dziś nie pamiętam, ale ta stówka zrobiła na mnie wrażenie.
      Sto złotych to wtedy było sporo (właściwie dzisiaj też), zwłaszcza dla mnie, dziecka. Zdziwienie walczyło we mnie z dumą, że moja „wyliczona” mama zdobyła się na aż taką hojność. Nic dziwnego, że natychmiast po powrocie do domu wyklepałam to tacie. Nie wiem, jakiej reakcji oczekiwałam, pewnie myślałam, że Bilinek pochwali Pelunię, tymczasem on… nakrzyczał na nią. Że nie po to haruje, żeby ona lekką ręką wydawała aż tyle pieniędzy. Mama próbowała się tłumaczyć, ale to ojca nie udobruchało i dłuższą jeszcze chwilę burczał na nią. Pod moim adresem pretensji nie artykułowała, nawet gdy tato wyszedł z kuchni, lecz pamiętam, z jakim patrzyła na mnie smutkiem czy wręcz ze złością. Może żałowała, że nie zdążyła mnie uprzedzić, bym jej nie zdradziła, choć sądzę, że raczej – nie chciała z małym dzieckiem konspirować przeciwko mężowi, a nie spodziewała się, że ja od razu złożę tacie ten „meldunek”. Bardzo długo potem miałam poczucie winy, że stałam się zarzewiem rodzinnej awantury. No, może to za duże słowo – nazwijmy to: niemiłej wymiany zdań.

      … i tak sobie, kawałek po kawałku, peluniuję radośnie. 😉

  1. Co zaś do ad remu – drobnomieszczanskie ideały, przytulne jak pluszowa portiera lub, nie przymierzając atlasowa narzuta na łóżko w nieśmiertelne mieszczańskiej ” sypialce” to tęsknota za bezpieczeństwem, ciepłem i pewnością jutra. Zawsze znajdą wyznawców. Polecam, jako ilustrację ostatnią wystawę w MN w Warszawie ,
    „Biedermeier”.

    • Tak. Mając na uwadze, w jakich warunkach Pelunia się wychowywała (pokój z kuchnią dla siedmiorga osób i kibelek na schodach), to gubińskie mieszkanie z pięknymi meblami i własną łazienką całą w kafelkach, gdy wreszcie była panią na swoim, i to jakim swoim! – jakże musiało ją dowartościowywać oraz napełniać „bezpieczeństwem, ciepłem i pewnością jutra”. Z tą kapą, jak z wisienką na torcie. 🙂

      Oraz dzięki za przypomnienie „sypialki”! 😀 (w te pędy nanoszę)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s