ACH, ARTYŚCI

ACH!!! To nie jest kraj dla starych ludzi.
Świat się kończy, a co najmniej wariuje. Właśnie nabiła mnie w butelkę telefonia Orange. Ja z kolei dałam tejże telefonii nabić trochę kabzę, wydzwaniając interwencyjnie do jej konsultantów, z próbą wyjaśnienia sprawy. Onegdaj miły pan (bodaj trzeci, któremu wreszcie udało się mnie podejść) w ramach przedłużenia umowy abonenckiej obiecywał mi przez telefon cuda wianki, a po kilku dniach w przesyłce kurierskiej dostałam siano. Szczegółami mojej epopei nie będę zanudzać. Sprawa jest na etapie odstąpienia od umowy (wysłałam stosowne kwity), a co dalej, zobaczymy.
Swoją drogą, ci państwo konsultanci – jakaż maestria. Jaka sugestywność w przekonywaniu, ileż uprzejmości, ileż gołosłownego wdzięku, ile potem sprytu w odsyłaniu od Annasza do Kajfasza, z jaką cierpliwością, empatią wręcz! Profesjonaliści. Ba, artyści.

Ach, „Stryjeńska, diabli nadali”.
Skończyłam czytać biografię Zofii Stryjeńskiej, pióra Angeliki Kuźniak.
Bohaterka książki to artystka stuprocentowa, rozdarta pomiędzy pracą twórczą (niekiedy ciężką fizyczną harówką), a obowiązkami matki (pełnionymi zresztą, przynajmniej jak na dzisiejsze standardy, w sposób co najmniej kontrowersyjny). Kobieta o niebanalnej urodzie, piekielnie inteligentna i zdolna, obiekt podziwu mężczyzn – zamknięta samotnie w zimnej pracowni lub, co gorsza, w szpitalu dla umysłowo chorych. Bywalczyni kawiarni i salonów przedwojennych elit artystycznych i towarzyskich – i umordowana lawirantka ciągle walcząca o byt (kombinacje, jak zdobyć kolejną pożyczkę, w jaki sposób odroczyć termin spłaty czy wręcz uciec przed wierzycielami – niczym w powieści sensacyjnej).
Dla mnie też dodatkowy smaczek – są w książce spore fragmenty dziennika Stryjeńskiej. Zocha świetnie malowała, ale jak ona pisała! Z jakim wdziękiem i mistrzostwem słowa. Nim odniosę książkę do biblioteki, muszę wynotować co celniejsze perełki.

Ach, Odessa.
W piątek byłam w teatrze. W ostatnim dniu Gorzowskich Konfrontacji Teatralnych zaprezentowała się ekipa teatru z Zielonej Góry w wyreżyserowanym przez Jana Szurmieja (i z jego librettem) spektaklu „Ach! Odessa – mama”. Dobrym – lecz trochę byłam rozczarowana, bo (zwłaszcza po znalezionej gdzieś w necie entuzjastycznej recenzji) liczyłam na więcej. Zawiódł mnie (nie tylko mnie) odtwórca Beni Krzyka. Choć doskonale śpiewał (spektakl jest musicalem), gdy przechodził na tryb ‘mówienie’, ledwo było go słychać. Czy go w szkole aktorskiej nie nauczono podawania tekstu na scenie, czy nawalił nagłośnieniowiec, czy co jeszcze? Babel napisał: „Benia mówi mało, ale on mówi smacznie. On mówi mało, ale człowiek ma chęć, żeby on jeszcze coś powiedział.” Więc choć dusza moja napawała się pięknem spektaklu, pieśni, kostiumów, mimo najszczerszych chęci – uszy usiłujące dosłyszeć aktora umęczyły mi się bardzo.
Szkoda, bo poza tym spektakl miał wiele mocnych stron. Wspaniałe głosy zielonogórskich aktorów, w piosenkach śpiewanych po polsku, żydowsku, rosyjsku. Dobre układy taneczne. Kapitalne rozwiązania scenograficzne – wystarczyły jedynie odpowiednio zagospodarowane rzędy krzeseł plus czasem obraz tłukącego się o skały Morza Czarnego oraz dobry pomysł z przesuwaniem kurtyny (aż trochę nadużyty). I mieliśmy na scenie wnętrze synagogi, odeskiej ulicy, bolszewickiego posterunku, burdelu… No i stroje – mieszczańskie suknie wyfiokowanych pańć, żydowskie chałaty i tałesy, gorsety roznegliżowanych panienek (bardzo zgrabnych i powabnych) w burdelowym tingel-tanglu, marynarskie koszulki, bluzy i oficerki bolszewików…
Musical w kilkunastu śpiewano-tańczonych obrazkach przedstawia historię gangstera – herosa, Beni Krzyka. Trochę w oparciu o „Opowiadania odeskie” Izaaka Babla, trochę jak echo piosenek Aloszy Awdiejewa, w śpiewanych opowieściach „błatnych” mieszają się melodie starych rosyjskich romansów, pieśni żydowskich, dźwięków rumuńskich, besarabskich, kozackich. Wielobarwny, wielokulturowy świat tętniącego życiem portowego miasta, „Marsylii Wschodu”, zmieciony potem w pył przez bolszewicką rewolucję.

Ach, Mołdawanka. Ach, artyści…
Czytałam „Opowiadania odeskie” (muszę do nich wrócić!) jako bardzo młoda dziewczyna. Wtedy nie miałam pojęcia, ile jeszcze razy ten świat przewróci się do góry nogami…

/ zdjęcie: Zbigniew Haczek/Gazeta Lubuska, filmik z Youtube /

Reklamy

4 komentarze do “ACH, ARTYŚCI

  1. Na problemy z kryptowrednymi agentami jest sposób – niczego nie załatwiać telefonicznie. Zawsze prosić o ofertę na piśmie! Mnie nie zawodzi. Może spróbuj?

    Sądząc po clipie z teatru – może tam był generalny problem z nagłośnieniem? Wszystkich słabo słychać… Szkoda, bo widać, że niezły spektakl. Ale humor Ci poprawił! 🙂

    Narobiłaś mi apetytu. Wczoraj zapłaciliśmy K..wizji osiem zeta i obejrzeliśmy z VOD „Cztery noce z Anną” Jerzego Skolimowskiego. Dość trudne kino, ale warto. Dziś chciałam się ukulturniać bardziej na wesoło, jednak przypomniałaś mi, Kobieto Domowa, o innej swojej fascynacji – „Papuszą” Krauzego. Też pojawiła się w kataloguVOD. Właśnie zaczynam – w niedzielne, szarobure popołudnie. ❤

  2. Ach, Babel. Jeden z ulubionych naszych pisarzy. Sprowokowałaś mnie i wyciągnęłam mały tomik „Utworów wybranych” , wydanych przez Czytelnika. Seria Nike, ten z czerwoną obwolutą. Rok wydania…1974. Dawno tego nie czytałam ale pamiętam przejmujące opowiadania z cyklu „Armia konna”, beznamiętne i precyzyjne opisy pierwotnej brutalności ludzi, którzy przestali nimi być poddani bezprawiu wojny i własne jakieś takie kulenie się w środku przy lekturze.Ale na szczęście Babel napisał także „Opowiadania odesskie”, które stały się źródłem paru rodzinnych powiedzonek. Jak choćby to – „Ale czy ze strony Pana Boga nie było omyłką osiedlić Żydów w Rosji, żeby męczyli się jak w piekle? I co by w tym było złego, gdyby Żydzi mieszkali w Szwajcarii, w otoczeniu pierwszorzędnych jezior, górzystego powietrza i samych Francuzów? ”
    I czasem, kiedy za oknem paskudna pogoda albo sytuacja ogólna w kraju „nie przyczynia się” wzdychamy do tej Szwajcarii wraz z jej Francuzami. 😉 P.S. Czy to nie z „Opowiadań odesskich” czerpał Juliusz Machulski w swoim, fantastycznym filmie „Deja vu” ? Benia Krzyk przemyka się tam wraz ze swoja kompanią jak żywy.

    • No muszę, muszę do tego wrócić! 😀 Do „Armii konnej” (też czytałam) już nie, ale do „odeskich” koniecznie.

      „Deja vu”, mniej doceniany niż „Seksmisja” czy oba „Vabanki”, też widziałam kilkakrotnie. Miodzio! To jednak już inna Odessa, późniejsza, z połowy lat dwudziestych, tawariszcz Amierykaniec (albo raczej: Żenstrzyna). 😉
      Ale Machulski bez wątpienia czerpał i z ducha Babla.

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.