A ŹRÓDŁO, A ŹRÓDŁO WCIĄŻ BIJE

Od pierwszego dnia świąt bożonarodzeniowych mamy w domu wyciek. Coś gdzieś skądś ciecze, wsiąka i nasącza, a nawet już pokapuje. Dziś, piątego dnia po starcie, wyciek obejmuje swoją połacią już całkiem spory obszar.


W święta nie wypadało kuć w kafelkach i w betonie, więc mąż zaczął w środę. Wspomaga go (myślą i czynem oraz udostępnieniem stosownych narzędzi) nasz ulubiony hydraulik – jednakowoż źródło wycieku nadal pozostaje nienamierzone. I jak w piosence Kaczmarskiego – wciąż bije…
Tylko gdzie???
Chociaż Janek już od wczoraj twierdzi – niczym pewien prezes – że jest już blisko prawdy, prawda owa wciąż się nie chce odkryć. Za to odkrywają się coraz większe fragmenty łazienki do remontu. Że już o wyłączeniu jej z użytku i zapyleniu nie wspomnę.

Więc na koniec roku życzyłabym sobie – i nam tego wszyscy życzcie – zlokalizowania i usunięcia awarii.

A Wam, Kochani Czytelnicy, niech w nadchodzącym roku biją wyłącznie źródła zdrowia, miłości i radości.

PS – Miałam napisać tekst o postanowienio-niepostanowieniach na nowy rok, a tu się źródło wybiło na pierwszy plan. Też niezły temat. 😉

PPS – Mam najdzielniejszego męża na świecie.

Reklamy

4 i 1/2 + 99 + 3 + 9 + 36159

1.
Cztery i pół dnia trwał mój detoks okołoświąteczny. Wczoraj laptop wrócił do łask (a z innych dróg łączących z wirtualem celowo nie korzystam).
Tylko cztery i pół dnia, lecz i tak się cieszę. Każda godzina bez kompa jest cenna.

2.
Dziewięćdziesiąt dziewięć – tyle miałam powiadomień na fejsie, kiedy tam zajrzałam po przerwie. Wiele z nich (ponad trzydzieści) to życzenia świąteczne. Sama również na swojej stronie napisałam przed świętami życzenia dla znajomych oraz zamieściłam moc podziękowań i odwzajemnień.

Tak się teraz śle życzenia. Wirtualnie, esemesowo. W lepszym wypadku – głosowo, przez telefon. A tradycyjnie – pisząc życzenia na kartkach pocztowych – już bardzo rzadko.
Teraz jest taniej, szybciej, kolorowiej, niby weselej, bo wiele z tych życzeń ma postać śpiewających filmików. Ale czy naprawdę z myślą o bliskich, z sercem?

3.
Trzy „fizyczne” kartki świąteczne. Ja w tym roku tylko tyle napisałam i wysłałam (a cztery dostaliśmy).

4.
Dziewięć książek mam do przeczytania. Co najmniej dziewięć. Większość to prezenty, a niektóre sama sobie kupiłam, np. „Widnokrąg” Myśliwskiego i „Notatnik z Altengrabow” Gałczyńskiego.
Zaczęłam od „Widnokręgu” i właśnie wraz z bohaterem wędruję po tych schodach w Sandomierzu, w górę i w dół. Z Rynku w dół i znowu na Rynek, obok Domu Długosza. Kilkakrotnie już je z Jankiem przemierzaliśmy… Nawet przeczytałam mu fragment książki i zamarzyło mi się, którędy, choć okrężnie, pojedziemy w przyszłym roku ku na spływ litewski: znowu jak w r. 2014 – przez Sandomierz i Kazimierz.

Czekają na mnie m.in. „Krzyż na Perczynie” i „Śladami rodzinnych korzeni” Mirka Kowzana, „Dygot” Jakuba Małeckiego i „Jak zawsze” Zygmunta Miłoszewskiego”, a także „Nieznane więzi natury”, trzecia część z trylogii Wohllebena.
A jeszcze „Dymny” Moniki Wąs (to mój prezent choinkowy dla Janka). A jeszcze – wstyd się przyznać! – najnowszy przekład „Mistrza i Małgorzaty”. Już od roku czeka! Gdyby doń dodać jeszcze ze trzy książki już od dawna czekające na półce – uzbierałoby się nawet więcej niż dziewięć.

Kiedy ja to przeczytam???

5.
Trzydzieści sześć tysięcy sto pięćdziesiąt dziewięć wejść na moją „Kobietę domową”. Tyle przed chwileczką pokazał mi licznik. Wiem, że większością zaglądających jest mój najwierniejszy czytelnik, Wacuszka. Poza nim wiem o kilku jeszcze osobach. Właściwie tylko one zostawiają komentarze, za co jestem im wdzięczna.
Ale aż tyle tysięcy? Kto mi je nabił? Nawet jeśli połowę z tego moi stali czytelnicy, kto się kryje za pozostałymi piętnastoma tysiącami? Jacy jeszcze zaglądający? Szkoda, że jedynie licznik zatwierdza ślady ich bytności, że nie zostawiają komentarzy.

Lecz nie można chcieć za wiele. Czytelnicy moi, Wy znani mi i Wy nieznani – wszystkim bardzo, bardzo dziękuję.

NAJLEPSZE W „NAJLEPSZYM”

Jakub Gierszał – fenomenalny odtwórca głównej roli.
W ogóle bardzo dobra ekipa aktorska. Kamila Kamińska (nagroda na festiwalu w Gdyni za najlepszy debiut), Mateusz Kościukiewicz, Anna Próchniak, Adam Woronowicz, Arkadiusz Jakubik, aktorzy z poprzedniego filmu Łukasza Palkowskiego, „Bogowie” – Tomasz Kot i Szymon Warszawski, wreszcie Magdalena Cielecka i Janusz Gajos (w roli Marka Kotańskiego).
– Wbijający w fotel (w moim przypadku – w krzesło w DK) obraz ćpunów, ich melin, ich ćpania, ich umierania.
Osobiście nigdy tego nie doświadczyłam, ale znałam kiedyś parę takich osób.
– Przesłanie, że człowiek może się podnieść z najstraszliwszego upadku, a z największego dna wejść na szczyt. Choć wymaga to morderczego wysiłku (krew, pot i łzy to mało powiedziane). I nie wiadomo, co trudniejsze: wydźwignąć się z narkomanii czy zdobyć tytuł Podwójnego Ironmana.
– Scenografia (lata 80. jak żywe) Marka Warszewskiego (Złote Lwy w Gdyni).
– Zdjęcia Piotra Sobocińskiego Jr. Przygnębiający obraz polskiego miasta (Legnicy) w latach 80. Ciemne, puste ulice pełne kałuż, z każdego zakątka wieje beznadzieją.
– Wykorzystana w ścieżce dźwiękowej muzyka mojej młodości. Zwłaszcza pojawiający się jako leitmotiv fragment z oryginalnego wykonania „Child in Time” zespołu Deep Purple.
– I wreszcie – znów wracam do Kuby Gierszała – słychać, co on mówi. Co mówią pozostali. Bo we współczesnym polskim kinie często aktorzy tak podają tekst (a dźwiękowiec chyba przysypia), że połowy nie można zrozumieć. A tu, proszę – można? Można.

Tyle moich najlepszości w „Najlepszym”. Zapewne są i inne. Zresztą każdy widz znajdzie swoje.
Film naprawdę jest wart obejrzenia. I choć co drugie słowo w nim to „kurwa” i „pierdolę”, co być może zgorszy wielu/e nauczycieli/ek, powinien stanowić pozycję obowiązkową już dla młodzieży „wygasającego” gimnazjum.

A, jeszcze mogłabym wymienić jedną – dla mnie – wartość filmu. Ściska za gardło, chwyta za serce i kilka razy uczynił moje oczy mokrymi.

ALE KINO

 Kino jest dla nas najważniejszą ze sztuk, jak wyraził się towarzysz Lenin.

Oczywiście nie czuję się związana z ideologią bolszewizmu, ale i dla mnie kino jest ważne. W pojęciu nie tylko ‘film’, ale właśnie: ‘kino’.
Magia ciemnej sali i wielkiego ekranu. Zawsze to lubiłam. W dzieciństwie chodziłam na niedzielne poranki filmowe, w Gubinie do kina Iskra, w Poznaniu do Miniaturki na Łazarzu. Bilet kosztował 2 złote. Jako młodzież – niemal w każdą niedzielę byłam w kinie.
W Gubinie, prócz Iskry, do której miałam najbliżej, funkcjonowały jeszcze dwa kina – Grunwald i Koral. Były czasy! Ale dla małych miejscowości już dawno się skończyły. 😦

Gdy zamieszkałam w Lubniewicach, działało jeszcze kino Wczasowicz. W stosunku do miejsca, w którym wtedy mieszkałam, trochę daleko – na drugim końcu wsi. A kiedy ja zamieszkałam na tymże końcu, kino przeniosło się do tzw. Starego Zamku, i znów miałam daleko. Ale nic to. Ważniejsze było, by uzbierała się przynajmniej minimalna ilość widzów, inaczej seans się nie odbywał.

I oto po ponad dwudziestu latach od zamknięcia kina Wczasowicz zaczęło do Lubniewic przyjeżdżać kino obwoźne. Jak ongi do zapadłych wsi, w tuż powojennych czasach Peerelu. Wtedy publika waliła na film drzwiami i oknami, szczęśliwa, że przyjechała do niej kultura z miasta. Kino Orange parę lat temu tylko na początku zapełniało u nas salę publicznością (widziałam wtedy słynne, oskarowe irańskie „Rozstanie”, innym razem „Drogówkę” Smarzowskiego). Potem zraziło się brakiem frekwencji.

Dziś… A dokładnie wczoraj. Przyjechało kino Visa. Z czterema filmami. Dwa dla dzieci i młodzieży. Potem „Listy do M 3” (dwa seanse) i „Najlepszy”. Owszem, siedzieć przez dwie godziny na krześle jest mniej wygodnie niż w fotelu w prawdziwym kinie. Ale coś za coś. Cena biletu przy płatności kartą Visa – jedyne 8 złotych. I nawet, dla widzów przywykłych do standardów multipleksowych – możliwość zakupienia popcornu. Też ze zniżką. Całkiem jak realizacja idei „sztuka dla mas”.

Ale masy nie przybyły. Na seanse dla dzieci i młodzieży chętny był jeden widz. Seans z „Listami do M 3” w ogóle się nie odbył.
Na moim – na „Najlepszym” (BARDZO dobry film) – było nas troje.

Ale kino. 😦

GROCH Z KAPUSTĄ SPOD CHOINKI

… Czyli różności przedświąteczne w kilku akapitach.

Zareagowałam na apel strony „Recenzje Agi”, by nadsyłać teksty o tematyce świątecznej. Wysłałam swój (napisany w dużym stopniu „na bazie” „Peluni”), ukazał się jako jeden z pierwszych. Ponadto wszystkie bożonarodzeniowe teksty z tej strony zamieszczam na swojej osi czasu na FB. W każdym jest standard – i w każdym też coś nowego, ciekawego.
Mój tekst zamieściłam również tu, w niecodzienniku:https://wp.me/P3waVI-19M

Uszka, pierogi, mięsiwa i co tylko da się zamrozić – uwarzyłam i zamroziłam. Reszta to już na bieżąco. Czyli tuż, tuż. Wigilię będziemy mieli dość licznie rodzinną, już się cieszę.
A co do porządków, za którymi nigdy nie przepadałam – działam z doskoku. Jednego dnia radośnie, drugiego bez zapału, trzeciego wcale. Mężczyźni domowi podobnie. Jeśli w tym tempie nie zdążymy do świąt, też nie stanie się tragedia.

Zamówiłam sobie dziś w Znaku piąty tom najnowszego wydania Dzieł Gałczyńskiego; przypadkiem, dzięki znajomej, się dowiedziałam, że takowy już istnieje. I nie są to, jak w poprzednich wydaniach Dzieł, przekłady pióra poety, tylko całkowita nowość: „Notatnik z Altengrabow” (zapiski z pobytu w obozie jenieckim).
Więc, prócz książkowych mikołajowych spodchoinkowych radości, już wkrótce zapowiada mi się dodatkowa lektura. Tylko kiedy ja to przeczytam? Ubiegłoroczny najnowszy przekład „Mistrza i Małgorzaty” do dziś leży i czeka. Taka ze mnie czytelniczka!

Robię korektę kolejnych rozdziałów najnowszej książki Eugeniusza Kurzawy, tym razem jego własnej – o Regionie Kozła.
Ponadto zapowiada mi się bycie panią od przecinków w jeszcze jednym projekcie, ale o tym na razie tylko tyle, że sprawa ma związek z moim odnalezionym po latach nauczycielem. Bardzo to jest sympatyczne odnalezienie. W liceum świeżo rozpoczynający wówczas pracę Mirosław Kowzan uczył mnie wychowania muzycznego, lecz przede wszystkim zapamiętałam go jako opiekuna zespołu bigbitowego „Kasprzacy” i – ZWŁASZCZA – opiekuna kabaretu „Kasperek”. Bo byłam tego kabaretu członkinią, jedną z tzw. Sióstr Gęgorskich (drugą była Małgocha). Chyba nawet wyprzedziłyśmy Siostry Sisters z kabaretu Lipińskiej!

Ach, jakie to cudne wspomnienia. Mirka odnalazłam po latach jako człowieka wielu talentów i pasji. Autora dwóch książek – „Krzyż na Perczynie” i „ Śladami rodzinnych korzeni”.
A te nazwy zespołu i kabaretu to od Kasprzaka – moje liceum nosiło kiedyś jego imię (potem uznane za niesłuszne i zastąpione Bolkiem Chrobrym – pisałam już tutaj o tym w „Niech tkają swój szalik”).

Przydałyby się jakieś wspominki licealno-kabaretowe… A tymczasem tekst o pierogach wciąż nienapisany, choć (wciąż) mam nadzieję, że to zrobię. Chyba poproszę świętego Mikołaja o dodatkowe lata życia. 😉 Albo może trafię na pieroga z grosikiem, to mi się życzenie spełni.
Albo w Nowy Rok zrobię postanowienie NIE LENIĆ SIĘ, NIE ODKŁADAĆ NA ZAŚ. I może wreszcie go dotrzymam.

Jedną z obowiązkowych potraw na kolacji wigilijnej jest u mnie kapusta z grzybami. Pyszności. Robię ją zawsze tak, jak robiła moja mama (a grzyby zbierał i suszył tato). Teraz ja mam własnoręcznie zbierane grzyby, ususzone przez Janka. Może tę tradycję przejmą kiedyś nasze dzieci?
Zaś wczoraj na lubniewickim wigilijnym jarmarku jadłam kapustę z grochem (przygotowaną przez panie z Klubu Seniora).
Też bardzo smaczna. 🙂

WESOŁYCH, SMAKOWITYCH ŚWIĄT!

DOKUD SE ZPÍVÁ JEŠTĚ SE NEUMŘELO

Polaków śmieszy, że ‘plecy’ to po czesku ‘zad’, a Czechów, że ‘Bank Zachodni’ to ‘Bank Wychodkowy’, bo ‘zachod’ to u nich wychodek, czyli kibelek. Przykładów można by podać więcej, ale nie do tego zmierzam, by tu lecieć stereotypem.
Przeciwnie. Lubię czeskie klimaty, kocham Harrachov, smakuje mi jedzenie i piwo w czeskich knajpach, i nie przeszkadza mi to, jacy są Czesi. Nawet wybaczam im, że kiedyś na naszej wycieczce podczas śniadania w hotelu za nic nie mogli podać kawy ani ostrych sztućców. Nie było i już.

Podobno język czeski dlatego brzmi w naszych uszach tak śmiesznie czy archaicznie, bo gdy po kilku stuleciach zaczął się odradzać, nie bardzo miał skąd czerpać. Pod panowaniem Habsburgów elity używały tylko niemieckiego, a chłopstwo posługujące się czeskim nie zostawiło dokumentów pisanych. Korzystano więc i z gwary, i z zabytków średniowiecznych. Na mój prosty rozum to trochę tak, jakbyśmy do dziś matki ludzkie nazywali maciorami, tak jak w staropolskim (z XV w.) „Lamencie świętokrzyskim” („Proścież Boga, wy miłe i żądne maciory,/by wam nad dziatkami nie były takie to pozory”). Taką kiedyś usłyszałam ciekawostkę o češtinie i ją tu przy okazji sprzedaję.

Polacy przez długie lata podśmiewali się z Czechów, lecz dziś bardzo się to zmieniło. Nawet wiadomo z jakichś niedawnych badań, że spośród sąsiadów naszego kraju Czechów lubimy najbardziej. A jaką widownię miały kiedyś czeskie seriale, że wspomnę choćby słynną „Nemocnice na kraji města”!
Mam nadzieję, że i w drugą stronę to działa. W każdym razie gdy zaczęliśmy jeździć do Czech na narty, w harrachovskich knajpach wykaz dań, prócz czeskiej, miał tylko wersję niemiecką, z rzadka angielską – a teraz są polskie wersje i kelnerzy mówią w naszym języku.

Uważam, że relacje polsko-czeskie zmieniły się na lepsze również – a nawet w dużym stopniu – dzięki Jaromirowi Nohavicy. Czytaj dalej

LEPIĘ, MYJĘ, ZAMAZUJĘ

 A cośmy tutaj z Czesławem tacy rozmazani?

Mam idiotenfotoaparat, który wprawdzie posiada rozliczne funkcje, lecz lata mijają, a ja nie miałam ochoty ich poznać. Więc nic dziwnego, że aparat, obrażony, robi kuchę za kuchą.
Lecz może to nie on, a ja. Jak wiadomo, jestem znaną lubuską rozmazywaczką zdjęć (może coś na ten temat powiedzieć koleżanka Muszyńska). Lecz ja to i tak pikuś przy Janku. Ten jak rozmaże, to naprawdę z rozmachem.
Ale co się dziwić, skoro pstryka jak karabin szybkostrzelny, z kolana, z biodra i z buta. 😉
I tak te świebodzińskie fotki nie są najostatniejsze, bywają gorsze.  Janek, pompa, sukiennik świebodziński i Czesław Niemen.

Ulepiłam wczoraj wigilijne pierogi z kapustą i zamroziłam – później będzie mniej roboty.
Teraz chodzi mi po głowie tekst o pierogach.

A Jarek Nohavica właśnie śpiewa w Trójce swój najnowszy hit – od razu pierwsze miejsce na trójkowej liście. O nim też następnym razem, bo ruszam do prac przedświątecznych. Cztery okna już za mną, teraz c.d. Ale spokojnie, pomalutku! Jak na stateczny pesel przystało. 😉