DOKUD SE ZPÍVÁ JEŠTĚ SE NEUMŘELO

Polaków śmieszy, że ‘plecy’ to po czesku ‘zad’, a Czechów, że ‘Bank Zachodni’ to ‘Bank Wychodkowy’, bo ‘zachod’ to u nich wychodek, czyli kibelek. Przykładów można by podać więcej, ale nie do tego zmierzam, by tu lecieć stereotypem.
Przeciwnie. Lubię czeskie klimaty, kocham Harrachov, smakuje mi jedzenie i piwo w czeskich knajpach, i nie przeszkadza mi to, jacy są Czesi. Nawet wybaczam im, że kiedyś na naszej wycieczce podczas śniadania w hotelu za nic nie mogli podać kawy ani ostrych sztućców. Nie było i już.

Podobno język czeski dlatego brzmi w naszych uszach tak śmiesznie czy archaicznie, bo gdy po kilku stuleciach zaczął się odradzać, nie bardzo miał skąd czerpać. Pod panowaniem Habsburgów elity używały tylko niemieckiego, a chłopstwo posługujące się czeskim nie zostawiło dokumentów pisanych. Korzystano więc i z gwary, i z zabytków średniowiecznych. Na mój prosty rozum to trochę tak, jakbyśmy do dziś matki ludzkie nazywali maciorami, tak jak w staropolskim (z XV w.) „Lamencie świętokrzyskim” („Proścież Boga, wy miłe i żądne maciory,/by wam nad dziatkami nie były takie to pozory”). Taką kiedyś usłyszałam ciekawostkę o češtinie i ją tu przy okazji sprzedaję.

Polacy przez długie lata podśmiewali się z Czechów, lecz dziś bardzo się to zmieniło. Nawet wiadomo z jakichś niedawnych badań, że spośród sąsiadów naszego kraju Czechów lubimy najbardziej. A jaką widownię miały kiedyś czeskie seriale, że wspomnę choćby słynną „Nemocnice na kraji města”!
Mam nadzieję, że i w drugą stronę to działa. W każdym razie gdy zaczęliśmy jeździć do Czech na narty, w harrachovskich knajpach wykaz dań, prócz czeskiej, miał tylko wersję niemiecką, z rzadka angielską – a teraz są polskie wersje i kelnerzy mówią w naszym języku.

Uważam, że relacje polsko-czeskie zmieniły się na lepsze również – a nawet w dużym stopniu – dzięki Jaromirowi Nohavicy.
Poznałam go dzięki Trójce, lecz wydaje mi się, że rękę do tego przyłożył także Sławek P., syn Wacława, przed laty studiujący w Czechach. W każdym razie pierwsze płytki z piosenkami Jaromira, jakich słuchaliśmy w naszym domu, jego ręką zostały nagrane.

Nohavica, kochany w Polsce przez rzesze fanów, coraz lepiej posługuje się naszym językiem. Zresztą nic dziwnego, ma w życiorysie pobyt w polsko-czeskim Cieszynie. A tam, jak w jego piosence „Těšínská”, ukochana bohatera to córka przybyłego ze Lwowa szewca Kamińskiego, mieszająca polski i czeski i czasem szprechająca. Taki cieszyński tygiel narodów. Wprawdzie sprzed stu lat, lecz coś z tego tygla pewnie zostało do dziś.

Ulubionych piosenek Nohavicy mam tyle, że nie będę zanudzać wymienianiem ich tytułów – poza tą najulubieńszą, którą od wielu lat nieodmiennie jest „Zítra ráno v pět”. Tekst – jak również masę innych, a także liczne polskie tłumaczenia – zainteresowani mogą znaleźć na stronie http://www.nohavica.cz. Sporo też polskich wersji piosenek Jaromira nagranych zostało na dwupłytowym albumie „Świat według Nohavicy” (to jedna z naszych dyżurnych płyt „podróżnych” w stałym wyposażeniu samochodu).

Byłam kiedyś na jego koncercie w zielonogórskim teatrze. Siedzieliśmy z mężem o krok od sceny – i od artysty; jak zawsze, wystąpił w czarnej koszuli. Koncert bardzo się udał, zachwycona publiczność – po zachętach Jaromira – próbowała w jednej czy dwu piosenkach z nim podśpiewywać. Lecz jak prawdziwie gorąca może być atmosfera na jego koncertach, zobaczyłam dopiero na filmie rejestrującym występ w Ostrawie. Tłum słuchaczy cieszył się wraz ze śpiewakiem i jego heligonką, bił brawo i pogwizdywał z uciechy, śpiewał wraz z nim, już to się śmiejąc, już to ocierając łzy. Com się naoglądała tej Ostrawy! Com nawzruszała wraz z tym tłumem i naśpiewała wespół z Jarkiem (choć kudy mojej češtinie do jego polszczyzny).

Nohavica podczas koncertów w naszym kraju prowadzi konferansjerkę po polsku, ma również w swym repertuarze kilka po polsku śpiewanych piosenek. No, za tymi akurat nie przepadałam, zwłaszcza za „Kiedy odwalę kitę” (w oryginale: „Až to se mnu sekne”). Nie wiem, chyba to jest kwestia przekładu, wszak do Czechów śpiewających z czeska po polsku nabrałam sympatii już bardzo dawno temu, kiedy Karel Gott w Sopocie śpiewał „Czarny kot się skrada za oknami”…

Ale najnowszy hit z pierwszego miejsca trójkowej listy przebojów od razu podbił moje serce. I tym sposobem doszłam wreszcie do sedna. Bo jak zawsze się rozględziłam, a zamierzałam tylko, po krótkich żołnierskich słowach wstępu, zamieścić tekst piosenki o facecie, który szuka sposobu na pożegnanie się z tym światem, a co jeden wymyśli, to głupszy.
Aż się zastanawiałam, kto tak zgrabnie napisał polskie słowa. Poszperałam w necie i znalazłam: autorem polskiej wersji jest Leszek Berger.
Trzeba przyznać, że całkiem udatnie mu wyszło. Najlepiej posłuchajcie sami: https://www.youtube.com/watch?v=OK6qpvQUKS0

A skoro już tak się rozpisałam, to jeszcze coś na finał. W czasie tego zielonogórskiego koncertu miało miejsce spotkanie artysty z wykonawcami jego piosenek, polskim (Antoni Muracki) i niemieckim (Frank Viehweg). Panowie zaśpiewali w trójkę „Dokud se zpivá” (a to wszak tytuł mojego dzisiejszego tekstu).

Nie znalazłam zapisu tego koncertu, ale na Youtube trafiłam na filmiki pokazujące spotkanie tychże trzech panów w 2009 roku w Berlinie (Viehweg zresztą w zapowiedzi wspomina o spotkaniu zielonogórskim). Przy okazji znowu się nawzruszałam…

Oto czesko-niemiecko-polskie wykonanie „Dokud se zpívá ještě se neumřelo”: https://www.youtube.com/watch?v=n0SvvNjk2tI

Dopóki się śpiewa, jeszcze się żyje i trwa…

Reklamy

11 komentarzy do “DOKUD SE ZPÍVÁ JEŠTĚ SE NEUMŘELO

  1. „Fajnie fajnie” – jak powiedział Jurek Owsiak do Wojtka, zapytawszy, co tam słucha na słuchawkach. Nalepy – odpowiedział Wojtek.
    Ino chyba by się Sławek, o którym Haneczko piszesz, letko podk….ił, że studiował w Czechach.
    Dyć Brno to M o r a w y !!!
    Pozdrawiam – Jan

  2. W 2000 roku na spływie Wdą (Lipusz – Wdzydze – Tleń), Sławek (syn Wacława) grał na gitarze i śpiewał:
    „Krabička cigaret
    a do kafe rum rum rum
    dvě vodky a fernet
    a teď doktore čum čum čum”.
    Rozpisał tekst Jaromira na kartce i pod koniec spływu prawie całe bractwo radośnie mu wtórowało –
    „neuróza skleróza – ohnutá záda
    paradentóza – no to je paráda
    jsme slabí na těle – ale silní na duchu
    žijem vesele – juchuchuchuchu”

    I to był mój, dzięki Sławkowi, pierwszy kontakt z Jarosławem Nohawicą.

    Pozdrawiam – Jan

  3. Szczególarz ze mnie, ale ordnung być musi. W 2000 robiliśmy trzy turnusy na Drwęcy, a Nohawicy w wykonaniu Sławka słuchaliście, wtórując radośnie, w 2001, gdyż wtedy właśnie pływaliśmy Wdą, drogi Janie. 🙂

  4. Jako pośrednik w pierwszych kontaktach z Nohavicą polecam pana Jaromirowe starocie, już to cudzą twórczością inspirowane, jako to:

    albo

    już to własne:

    I pozdrawiam przedświątecznie – Sławek P.

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.