KORONA KORONIE NIERÓWNA

Po tym jak Zuza zamieściła na fejsie wpis na temat serialu „Korona królów” i dyskusji na jego temat, nabrałam i ja chętki na jakieś „serialowe refleksje”.
A jestem rozdarta jako ta sosna!
Może rzeczywiście, jak sugeruje broniąca filmu Ilona Łepkowska, należałoby dać mu czas? Może się spatynuje, pozwoli spojrzeć na wysiłki ekipy realizatorskiej łaskawszym okiem?
Łepkowską, carycę polskiej telenoweli, zatrudniono, by ratowała „Koronę”. Nie mnie oceniać, z jakim skutkiem. Obejrzałam zaledwie dwa odcinki, a i to nie w całości, i z trudem. Nie oskarżam, nie bronię. Nawet jestem skłonna uwierzyć Łepkowskiej, że zarobiła przy tym śmiesznie mało i że przyświecała jej wizja ratowania telewizji publicznej przed zupełnym upadkiem.
Ale czy gniota da się uratować? Nie wiem. Czas pokaże.

Seriale mają to do siebie, że gdy pokocha je widownia, mało kto się czepia, że fałda sukni królewskiej nie tak biegnie, jak powinna. W „Czterech pancernych” Pola Raksa miała żołnierski mundur ze spódniczką mini i kocie kreski na powiekach, podobnie w „Panu Wołodyjowskim” wyglądała Baśka – Zawadzka, z makijażem i fryzurą z lat 60. XX wieku. Ale one nie recytowały jak uczenniczki z gimnazjalnego kółka teatralnego! A w „Koronie królów” nawet Halina Łabonarska nie powaliła mnie na kolana, choć z dawnych produkcji zapamiętałam ją jako bardzo dobrą aktorkę.
Krytykujący „Koronę królów” wypominają realizatorom m.in. niedoróbki kostiumów i scenografii. Telewizja Kurska, zamiast kreować Zenka Martyniuka lub płacić krocie jakiemuś zagranicznemu playbackowemu „artyście” podczas sylwestra w Zakopanem, powinna dofinansować „Koronę królów”! Ale widać uznano, że skoro to telenowela, ma prawo, a nawet obowiązek – być cienizną. Widzowie i tak się przywiążą.

Czy korona królowej Bony w serialu o niej też była z tektury?

Mieliśmy kiedyś sporo bardzo dobrych filmów historycznych. Choćby „Krzyżaków”. Też dzieło propagandowe, bo musieliśmy się odszczeknąć odwetowcom z Bonn. 😉 Ale jaka to była superprodukcja, jaki rozmach! Tysiąc statystów i kilka setek koni, a jakie pojedynki, jakie z tych koni upadki. Nie komputerowe wklejki.
Jeszcze dziś to robi wrażenie.

Zaś „Królową Bonę” wspominam nie tylko dlatego, że serial wyszedł spod mistrzowskiej ręki reżyserskiej Janusza Majewskiego. Przypomnijcie sobie, kiedy był emitowany – na początku lat 80. Dokładnie: od 24 grudnia 1980 do 24 maja 1981. Przecież to czasy strajków i pierwszej „Solidarności”. A scenarzystką serialu była Halina Auderska, posłanka na sejm PRL, protestująca przeciw Radiu Wolna Europa, ba! późniejszy pierwszy prezes ZLP powołanego w miejsce tego rozwiązanego przez władze komunistyczne! Innych PRON-ów, FJN-ów i TPPR-ów już nie będę jej wypominać.

Gdyby w tamtych czasach istniał Internet, Auderska doznałaby pewnie jeszcze większego hejtu niż dziś Łepkowska. Zapewne w kręgach stołecznych i w opozycyjnej bibule widziano w serialu rządową propagandę. Wówczas pezetpeerowską. Lecz czy u nas na wsi ktoś się nad tym zastanawiał? Z zapartym tchem śledziłam dworskie intrygi i kreacje aktorskie, nie roztrząsając, ile polityki jedynie słusznej partii jest w filmie i czy dwórki królewskie mają odpowiednio udrapowane szaty. Ale co ja się tam znałam, skoro żyłam swym malutkim żyćkiem na prowincji i za mało mi grały surmy bojowe… 😉

Korona koronie nierówna. Nawet nie ma co porównywać! Pamiętacie tę uwodzącą młodego Sigismonda Dianę di Cordonę, tych dworaków, co się zwali signor Pappacoda i dottore Alifio? Do dziś na naszego zaprzyjaźnionego lekarza rodzinnego mówimy dottore, choć w serialu to nie był tytuł lekarski.
A ta piękna Dymna – Barbara Radziwiłłówna? A Zelnik? Dziś wprawdzie dałby sobie członki uciąć, że w Smoleńsku miał miejsce wybuch (czytaj: zamach?), lecz wtedy – jaki ładny królewicz i król, jaki przystojniacha z niego był… A ta biedna Adamkówna jako Elżbieta Habsburżanka w ataku padaczki?
Zdzisław Wardejn, Piotr Garlicki, Zdzisław Kozień, Zofia Saretok, Piotr Fronczewski, Marek Kondrat, Leonard Pietraszak, Jerzy Trela, Bogusław Sochnacki, Jerzy Kamas… Kwiat polskiego aktorstwa.

I wreszcie – last but not least – Aleksandra Śląska. Co prawda – nie od razu ją kupiłam. Gdy w pierwszym odcinku latała po Wawelu w charakterze młódki,  przywiezionej z Włoch żony starego króla, uważałam to za błąd obsadowy. Młódką wtedy byłam ja, a nie wymalowana pani grubo po pięćdziesiątce udająca dwudziestkę. Lecz z każdym odcinkiem coraz mniej mi przeszkadzały puder, róż i wymalowane rzęsy Śląskiej, a coraz bardziej uwodził mnie jej kunszt aktorski.
Tak się powinno robić seriale historyczne. Z doskonałą obsadą aktorską i doskonałym scenariuszem. No i z pieniędzmi. Nie w pośpiechu i byle jak. Nawet nie mówię o produkcjach zagranicznych. „Królowa Bona” to wystarczająco dobry przykład.

Telewizja publiczna, którą chce ratować Ilona Łepkowska, już raz upadła. W stanie wojennym. Pamiętam – od zawsze przecież oglądająca spektakle teatru TV – takie przedstawienie z Ignacym Gogolewskim. Aktorem (również reżyserem) wybitnym, który miał nieszczęście opowiedzieć się po niewłaściwej stronie. Towarzyszyła mu, jako główna postać kobieca, kompletnie nieznana mi aktorka mówiąca polszczyzną z zaśpiewem. Nie, nie kresowym. Rosyjskim. A rzecz w tym, że bynajmniej nie grała Rosjanki. W przepastnych zasobach Internetu znajduję teraz sztukę „Cosima” (o żonie Ryszarda Wagnera) z r. 1982, w reżyserii Gogolewskiego i z Tatianą Ostojską w roli tytułowej. Jeśli mnie pamięć nie myli, a i po imieniu sądząc, to była ona. Nie oceniam sztuki, realizacji spektaklu, gry aktorskiej. Pamiętam jedynie, że nawet ja w swoim żyćku bez surm, z dala od wielkiej polityki, oglądałam to widowisko z zażenowaniem. Niby rozumiałam, że to wyższe racje, bojkot aktorski itd., jednak żal mi było, że żadna inna z liczących się aktorek nie chciała zagrać w spektaklu reżimowej telewizji. Swoją drogą – choć może to zbyt prosta analogia – do obsady „Korony królów” w telewizji pisowskiej może też mało który znany aktor się pchał? A ci młodzi gdzieś przecież muszą zaistnieć, nauczyć się, okrzepnąć. No i zarobić na życie, przecież to także ważny powód. A co z nich wyrośnie – przyszłość pokaże.

Więc tym bardziej – jak po latach oceniać kogoś tak wielkiego jak Gogolewski? Albo – jeszcze ostrzejszy przykład – Łomnicki, towarzysz z PZPR… Jako zdrajcę i kolaboranta? Czy jednak jako tego, który wybrał współpracę z reżimem, by ocalić Sztukę?

Czterej pancerni i Kloss też zadawali się z reżimem, w dodatku z jakże niesłusznym, radzieckim. A przecież seriale o nich to podobno wciąż polskie seriale wszech czasów.
Lecz czy takim ma szanse stać się telenowela „Korona królów”?
Raczej wróżę jej, że padnie po zakończeniu pierwszego sezonu. Chociaż kto wie… Ten naród, kochający Zenka Martyniuka, może pokocha i ją.

PS – tak się wymądrzam, a przecież prawie nie oglądam seriali, a zwłaszcza telenowel, i w ogóle bardzo rzadko oglądam telewizję.

Reklamy

2 komentarze do “KORONA KORONIE NIERÓWNA

  1. Haniu, doskonale się czytało i wspominało. Chodzi mi ciągle po głowie ta „Korona” 🙂 i nie do końca umiem wyjaśnić, co w niej tak bardzo odstręcza. W dodatku (szszszsz…, to tajemnica), „osoba”, z którą oglądałam, była bardzo, ale to bardzo zadowolona z tego, co zobaczyła. 😦

    Gdzieś ostatnio przeczytałam, że „Czterej pancerni” bili i biją, niemalże do dziś, rekordy popularności, gdyż jest to serial o PRZYJAŹNI. Bardzo się z tym zgadzam. Serial musi być o czymś. Opowiadać historie międzyludzkie. Nawet jeśli są one fragmentem większej całości, historii powszechnej, to biorą w nich udział ludzie z krwi i kości (król też człowiek). Dlatego bohaterów należy zbudować od podstaw, pokazać tego człowieka, a nie jedynie ubrać w pawie piórka i wsadzić w usta propagandowe slogany. Oni muszą być niezapomniani. Zapomina się co innego – za czyich rządów serial powstał, w czym jeszcze grał aktor, czy współpracował z reżimem, czy też nie.
    Za to stworzone postaci muszą nam zapaść w pamięć, a najlepiej w serce.

    Myślę, że do tego „Koronie” wiele brakuje. Ale dowiemy się, pewnie za rok, czy nauka nie poszła w las. 😉

    Oglądamy teraz z Miłoszem „Medici – Masters of Florence”. Świetny serial historyczny, włosko-brytyjski. Może nawet dorównuje ukochanym przez nas „Tudorom”. Florencja, bankowość, dworskie intrygi, miłość, sztuka – miodzio.

    Czasem robi się nam tak dobrze pod wspólnym kocykiem, że chciałoby się więcej, czekoladę na deser po ciastku. 🙂 Wczoraj, po całym dniu spędzonym w Ikei, i to z przygodami (w deszczu wkładaliśmy fotel przez otwarty dach na tylne siedzenie kabrioleta…), zachciało nam się tej czekolady. Zjedliśmy po jednym ikejowym marcepanku, ignorując późną godzinę wieczorną, i zaraz po „Medyceuszach” włączyliśmy sobie na BBC iPlayer „Miniaturzystkę”. Pamiętasz?! Powstała już telewizyjna mini-seria! Próbowałam w środku nocy wkraść się na Twoją ścianę fb i wpisać coś o moich pierwszych wrażeniach, ale jest zbyt pilnie strzeżona, nie dało się.

    Uważam, że książka lepsza, choć film zrobiony z rozmachem. Miłosz kręci nosem, że „za dużo fabuły, przekombinowane” etc. Eee. Ja swoje wiem i żałuję, że Ty, kochana, nie możesz obejrzeć. Może tiwipi zakupi prawa i Wam udostępni? Byłoby świetnie!

    • Dobrze by było, żeby jakaś tiwi zakupiła „Miniaturzystkę”, ale obawiam się, że ona nie wie – tak jakaś tiwi – że powinna to zrobić. 😦
      Opowiesz mi! 😉
      A co to znaczy, że ja mam „ścianę fb zbyt pilnie strzeżoną”? Nie zatrudniałam tam żadnego Cerbera! Czyżby fb się pomądrzył i samowolnie coś mi namieszał? Bu.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s