POKOCHAŁAM PANNY PONCKIE

Wiesław Myśliwski za powieść „Widnokrąg” otrzymał nagrodę Nike – dwadzieścia lat temu, dokładnie w 1997 roku. Teraz się dowiaduję z Wiki, że to była Nike pierwsza w dziejach przyznawania nagrody. Pewnie przed dwudziestoma laty ta informacja obiła mi się o uszy, może nawet z belferskiego obowiązku przekazałam ją moim uczniom z podstawówki. Nie pamiętam!

Pisarz powalił mnie już kilkoma powieściami. Tu na blogu wspominałam o „Traktacie o łuskaniu fasoli” i – zwłaszcza – o „Ostatnim rozdaniu”. Za mną też „Kamień na kamieniu”, ale – czy ja czytałam „Nagi sad”? Nie pamiętam, pewnie nie. „Pałac” też jeszcze przede mną.
Teraz – nastał dla mnie czas „Widnokręgu”. Nawet nie umiem wytłumaczyć, dlaczego dopiero teraz. Nastał i już.

Skończyłam czytać wczoraj. Kończyłam ze łzami w oczach i jestem wstrząśnięta z zachwytu. Lecz jak wyrazić wstrząśnięcie z zachwytu? Chyba nie znam odpowiednich słów.
Spacerowałam wraz z Piotrem po Sandomierzu, wędrowałam wraz z nim i jego matką od wsi do wsi w poszukiwaniu zgubionego buta, ogryzałam wspólnie z jego wiejską rodziną koguta ugotowanego na obiad i płynęłam z nim kajakiem po Wiśle…
Pokochałam wszystkich bohaterów powieści. Jakże w swym człowieczeństwie ułomnych i w ułomnościach jakże ludzkich. Jakże bliskich. Monologującą, wiecznie zatroskaną matkę, umierającego ojca głównego bohatera, jego samego – najbardziej „niedoopowiedzianą” postać powieści. Burmistrza i burmistrzową, pana nauczyciela, Sulkę, Annę, wujów, wujenki i dziadków Piotra, starszinę Iwana, nawet psa Kruczka, którego autor też w jakiś sposób uczłowieczył. I nawet tego nieszczęsnego towarzysza z cukrowni, który na zebraniu ku czci Stalina biednej braci robociarskiej, spędzonej naprędce do świetlicy, odczytał cały „Poradnik agitatora”.

A najbardziej pokochałam Ewelinę i Różę, panny Ponckie, które ponoć nawet nie nazywały się Ponckie, tylko jedna Śliwka, a druga Kasprzyk. Ekskluzywne prostytutki (gówniażeria z gimnazjum mówiła o nich po prostu: kurwy), które na stare lata zostały wziętymi krawcowymi, i które nade wszystko kochały tanga. Rozmemłane z rana, w nocnych koszulach i niepozapinanych szlafrokach, jeszcze na pół śpiące po nocach nieprzespanych nie tylko z powodu tang, zaś na pogrzebie ojca głównego bohatera obie w czerni od stóp do głów, czarne suknie, rękawiczki, buty, kapelusze, woalki. Jedyny biały akcent – chusteczki, którymi ocierały łzy. Tylko ten jeden. Nic więcej z anielskiej bieli. Zero niewinności.

A przecież były aniołami.

Kto nie czytał, niech przeczyta.

Podczas lektury powieści miałam niejednokrotnie skojarzenia z „Kroniką wypadków miłosnych” (Kto nie czytał, niech przeczyta! 🙂 Albo przynajmniej obejrzy piękny film Wajdy). To także powieść o pierwszej miłości „na tle dziejów”, w tym wypadku tuż przedwojennych (w „Widnokręgu” głównie tuż po). Może Myśliwski swoją powieścią – m.in. poprzez wątek panien Ponckich – świadomie nawiązuje do wielkiego poprzednika? „Kronika” ukazała się w r. 1974 roku, „Widnokrąg” dwadzieścia dwa lata później. Tam – siostry Puciatówny, Olimpia i Cecylia, tu – Ewelina i Róża Ponckie. Tu i tam – „napaleni” gimnaziści. U panien Ponckich gramofon i półka pełna płyt z tangami, właściwie – wieczne tango. I niewinny Piotr, którego uczyły tanga, nie pozwalając mu jednocześnie „pójść z nimi w tango” (jakże były mądre!…). A u sióstr Puciatówien patefon, też tańce i nocna bezsenność (w przeciwieństwie do panien Ponckich one jednak pomagają jednemu z bohaterów, Lowie, „wejść w dojrzałość”…).
I w obu powieściach echa wojny – tej, która wkrótce nadejdzie i nic już nie będzie tak samo, i tej, która właśnie minęła – i nic już tak samo nie jest. Podobieństwa aż nadto czytelne.
Czy Myśliwski składa hołd mistrzowi Konwickiemu?

Chcę pobyć z „Widnokręgiem” jeszcze przez jakiś czas sam na sam. Potem może poszukam jakichś wyjaśnień, omówień, czyichś wrażeń, recenzji, przecież pełno tego w Internecie.
Teraz chcę tę powieść tylko przez siebie przepuścić. Przez mój własny widnokrąg.

PS – Przez kilkanaście czy nawet kilkadziesiąt stron książki (bo w niej nic nie dzieje się na łapu capu) siedziałam pod ścianą na szkolnej zabawie. Byłam Piotrem, którego stale ktoś ubiegł, gdy ruszał w stronę Anny, by zaprosić ją do tanga.
I byłam Anną, która choć „wyhaczana” przez innych chłopaków, pragnęła, by zaprosił ją do tanga tylko ten jeden jedyny. I dla której panny Ponckie ocaliły Piotra.

Reklamy

7 komentarzy do “POKOCHAŁAM PANNY PONCKIE

  1. Rozważałam przeczytanie Myśliwskiego zaraz po Żulczyku, którego „Wzgórze psów” właśnie pochłaniam. To dziwne zestawienie może oburzyć niejednego czytelnika, wiem. Ale ja po prostu miałam przy obu autorach podobną refleksję, już się nią wymieniałyśmy. Że po nich nikt niczego mógłby nie napisać. 🙂 Serio.

    Nie muszę się dręczyć tak jak Ty, Han, pytaniem, ilu Myśliwskich mam za sobą. 🙂 Wiem na pewno, że dwóch. 🙂 „Ostatnie rozdanie” i „Traktat”.

    Pora na „Widnokrąg”. Z największą przyjemnością, po Twojej smakowitej recenzji. ❤

  2. A ten spóźniony komentarz jest do Pani zm.muszyński. Myśliwski jest wielki, a Żulczyka również kocham. Więc zestawienie obu mnie nie oburza, chociaż słusznie domniemasz, że wielu uważa zupełnie inaczej; wolno im.
    I tylko myślę, że obaj nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa, bo Myśliwski może mieć jeszcze coś w szufladzie, a Żulczyk jest dość młody…
    No i wrodzony optymizm każe mi czekać na następne publikacje.
    Serdeczności.

    • Ja też liczę na szufladę Myśliwskiego.
      Żulczyka przeczytałam ongi „Instytut”, niesamowity, ale po lekturze pomyślałam, że już jestem za stara na takie odloty.
      Lecz skoro tak kusicie, Ty i Zuza (czyli zm.muszynski), kto wie… 😀

  3. Pani Elu, bardzo mi miło, że odnosi się Pani do mojego komentarza, dziękuję.
    W dodatku zgadzamy się – jaka to rzadkość w dzisiejszych czasach. 😉
    Satysfakcja podczas czytania dwóch tak różnych autorów pokazuje nam, że żyjemy gdzieś „pomiędzy”. Obaj poruszają tematy uniwersalne, piszą o miłości, rodzinie, samotności, przeznaczeniu. Każdy uderza we właściwe struny innymi narzędziami. Mnie fascynuje u Żulczyka jego dojrzałość, a u Myśliwskiego wieczna świeżość, czytelność.

    Haniu, koleżanka wyraziła się bardzo krytycznie o „Instytucie” Żulczyka pod moim postem wychwalającym „Wzgórze psów” (na Instagramie). Na okładce „Wzgórza” widnieje dość dosadna opinia, że to jego pierwsza „dojrzała książka”. Biorąc to wszystko pod uwagę, sądzę, że jej lektura może Cię zaskoczyć bardzo pozytywnie. No i „Belfer” przypadł Wam do gustu, prawda?

    I jeszcze coś – moja koleżanka, Ania Lamparska, przetłumaczyła „Belfra” dla Canal +, to podobno pierwszy polski serial emitowany we Francji. Ha!

  4. Ok, przechodzimy na „Ty”, ale nadal rezerwuję sobie prawo zwracania się do Ciebie, Zuzo,(w szczególnych przypadkach) w tej lepszej formie.
    Może to i racja, że żyjemy „pomiędzy”, przemyślę to. Ja ostatnio tak ze skrajności w skrajność wpadam. To kolejny kryzys „wieku młodzieńczego”, z którym muszę sobie poradzić w miarę szybko.
    „Instytut” mnie zaskoczył, jakoś tak podświadomie Żulczyka od razu polubiłam. Nie kusi mnie recenzowanie przeczytanych książek, nie czuję się też upoważniona do krytyki, raczej biorę z czytanych treści to, co dla mnie jest cenne.
    „Belfra” nie oglądałam, ale jako zadeklarowana wielbicielka wszystkiego, co francuskie i, oczywiście, samych Francuzów bardzo się cieszę, że Ania Lamparska przetłumaczyła oraz że emitują ten serial we francuskiej telewizji. Bo może dzięki temu jakiś Żabojad pozna trochę lepiej nas, Polaków.
    E.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s