RESURREXIT

Dzwony biją stare:
„Mateusz” i „Marek”,
dzwony strojne, strojniejsze niż lira;

w kadzidłach, w muzykach,
w szkłach, w modlitewnikach
światło dźwięczy, a w domu śpi Kira.

Kira, moja mała córeczka,
Kira, moja smagła córeczka.

Boże zmartwychwstały,
udziel nam swej chwały,
wszystkim święto daj w hiacyntach, w dzwonach…

Miałam zamiar jeszcze przed świętami zamieścić tu nowy tekst – o niedawno przeczytanym „Notatniku z Altengrabow” Gałczyńskiego. Ale nie zdążyłam. Nawet już zaczęłam go pisać – lecz tak się rozględziłam, że nim dotarłam do Altengrabow z czasów wojny, powędrowałam trochę (jak przed laty, w roku 1976) po innych okolicach Magdeburga.
A tu już święta, konieczność zintensyfikowania prac, zaś zaraz po Wielkanocy wyjazd na dłużej… Może wrócę do tego tekstu po powrocie.

Dziś więc Gałczyński nie w wersji zapisków z dziennika, tylko w wierszach. Wielkanocnych, rzecz jasna.
Wraz z życzeniami dla wszystkich:
radości, zdrowia i – wbrew dzisiejszej aurze i prognozom – pięknej wiosennej pogody! ❤

Nie Kalwaria, nie Golgota,
ale chmura szczerozłota
i wiatr skory;

nie noc i cierń, ale słońce
i blaski się wplatające
w kędziory.

Na tej szczerozłotej chmurze
fruniesz – zwycięski – ku górze,
„Sprawca zachwytów”;

lśni marszczona wiatrem szata,
a z szaty na Polskę spada
woń hiacyntów.

Za te cuda oczywiste
jakże ja Cię uczczę, Chryste?
Wierszem chyba.

Lecz patrząc na Twoją chwałę,
stanąłem i oniemiałem,
jak ryba.

Bo trudno ziemskim inkaustem
sprawy opisać przepastne:
wiatr i złoto –

chyba tylko oczy zadrzeć,
zasłuchać się i zapatrzeć
w szum odlotu.

Spójrzcie: nad Wieżą Mariacką!
Spójrzcie: już mały jak cacko
leci.

Wirują złociste koła.
Zieleń gra. Purpura woła.
RESURREXIT.

(Wiersze to fragment „Wielkanocy mojej córki” z r. 1937 i „Pieśń paschalna” z 1948)

Reklamy

MŁYNARSKI & MŁYNARSKI

Kapuśniak to jedna z najlepszych zup na zimę. Według mojego męża robię ją przepyszną. Tak jak dziś (zdjęcie jest z netu, lecz moja wygląda równie smakowicie).

Zaczynam od kapuśniaku, ale będzie też o żurku.

Wczoraj była pierwsza rocznica śmierci Wojciecha Młynarskiego.
Z tej okazji cały dzień spędziłam z dwoma Młynarskimi.
Od rana Trójka nadawała piosenki Wojciecha – w jego i cudzych wykonaniach, a co jedna, to wiadomo: mistrzostwo (wszystkich napisał ponoć ok. 2000).
Wieczorem zaś w trójkowym koncercie gospodarzem-gościem-głównym wykonawcą był Jan Młynarski, syn Wojciecha.
Ten to jest dopiero multi! Zaprezentował się w aż trzech produkcjach muzycznych:
– z piosenkami ojca – Młynarski Plays Młynarski ( wykonawczyni dwóch piosenek – Gaba Kulka)

– z Jazz Bandem Młynarski-Masecki – przedwojenny polski jazz, swingujące big bandy międzywojnia

– z zespołem Warszawskie Combo Taneczne (śpiewał z tą samą „warsiawską” manierą co Stasiek Wielanek)

BOMBA!

A wracając do piosenek Wojciecha Młynarskiego – kultowe, dowcipne, mądre, genialne, ponadczasowe, jeszcze paru przymiotników można by użyć. Gdyby kazano mi wskazać tę jedną jedyną, najlepszą spośród nich – nie umiałabym wybrać. Wczoraj w Trójce najczęściej grano „Żniwną dziewczynę”, ze dwa razy też „Leszczynę”, ze trzy razy „Przyjdzie walec i wyrówna”, tyleż samo „Balladę o tych, co się za pewnie poczuli” (ach, ileż wydźwięków aktualnych!), a i bardziej „lyryczne” też były, jak „Och, ty w życiu”…

Zaś wczorajszy wieczorny koncert zainaugurowano odtworzeniem piosenki „Żurek” w wykonaniu samego Mistrza. https://www.youtube.com/watch?v=gY9o4K9OysM

Tekst, ponad wszelkie aktualności aktualny, przytoczę w całości:

Jakaś przykrość nawet nieduża
Pech przypadek zły losu traf
Innych ludzi od razu wkurza
Wciąga niby w błotnisty staw
Zaś gdy mną zły los zakolebie
Chcąc mnie wprawić w psychiczny niż
To ja wszystko to biorę w siebie
A na zewnątrz marmur i spiż
W środku wulkan na Filipinach
Co udaje tylko że śpi
A na zewnątrz ironia kpina
Lekkie ramion wzruszenie i
Krok do domu kieruję prędki
i gdy z nerwów trafia mnie szlag,
ściany mojej skromnej kuchenki
są cichymi świadkami jak…

Marcheweczkę ciach-ciach-ciach,
pietruszeczkę ciach-ciach-ciach
porek i selerek trach- siekam.
I nastawiam gaz na full,
rosołeczek bul bul bul,
a ja siadam jak ten król-czekam.
Śmietaneczka- tak tak tak,
zasmażeczka- co za smak,
kiełbaseczka sucha jak wiórek.
Tak gotuję sobie przez
dłuższy czas, aż gotów jest
najwspanialszy lek na stres- żurek!

Aż się nasze życie ponure
odmieniło tak nagle, że
nie musiałem uciekać w żurek,
chociaż nerwy wciąż żarły mnie
Rok osiemdziesiąty dziewiąty
czerwiec radość i w oczach blask
I nadziei promyczek złoty
że się zaczął wspaniały czas
A po chwili potwarz, obmowa
W polskim piekle ślina i żółć
A kto z kotła wychyli głowę
Zaraz inni ściągną go w dół
I gazeta leci mi z ręki
I nerwowy trafia mnie szlag
I znów ściany mojej kuchenki
Są cichymi świadkami jak…

Marcheweczkę ciach-ciach-ciach….

Tu wam dogram na wspomnień strunie
Myśl niegłupią która tak brzmi
Że ten żurek przeciw komunie
Jakby lepiej smakował mi
Dziś mój żurek i to mnie smuci
Nie bulgocze jak złoty sen
Jakich przypraw bym nie dorzucił
to smak psiakrew jakiś nie ten
I tak marzę by w swoim domu
Wreszcie życie normalne wieść
Nie jeść przeciw czemuś lub komuś
No po prostu usiąść i zjeść
Złość nie wraca najmniejszym echem
i ucichło pretensji sto,
jest w porządku, mądrze, jest w dechę,
a ja wtedy co robię? Co?

Marcheweczkę ciach-ciach-ciach,
pietruszeczkę ciach-ciach-ciach,
porek i selerek, ach, sieknę,
i nastawię gaz na full,
rosołeczek bul-bul-bul,
popróbuję jak ten król – świetnie!
Śmietaneczka tak-tak-tak,
zasmażeczka – co za smak,
kiełbaseczka sucha jak wiórek….
W krąg normalnie, miło jest,
a ja jestem bliski łez,
że to nie jest lek na stres
tylko ciach-ciach z marcheweczka,
rosołeczkiem, zasmażeczką,
kiełbaseczką i włoszczyzną,
wyznam panstwu, szczerze wyznam,
jakem Polak i mężczyzna,
że to, z pieprzem i śmietaną,
moja zupa ukochana,
którą mogę jeść od rana:
żurek!

Oj, tak, gdy nas coś wkurza, to wspaniałym lekiem na stres jest „marcheweczkę ciach, ciach, ciach, pietruszeczkę ciach, ciach, ciach, porek i selerek trach – siekać”. Nie tylko przeciw komunie czy obecnie nam panującym. Mnie dziś wścieka, że znów ta stara sklerotyczka zima, co z braku pamięci nie pozimiła w grudniu ani w styczniu, teraz, w pełni marca przypomniała sobie, że trzeba by śniegiem sypnąć, wiatrem świsnąć, mrozem ścisnąć. Bu!!!

Więc posiekałam ciach i trach i ugotowałam garnek kapuśniaku.
Na to zimnisko równie dobry lek jak żurek. 😉

OSTRA JAZDA, CZYLI ŚMIECH TO ZDROWIE

Z okazji Dnia Kobiet – jak co roku wycieczka socjalna, wczoraj (sądząc z tłumnie wypełnionej sali gorzowskiego teatru, chyba takich wycieczek – z przewagą pań – było tego dnia więcej).
Sztuka: komedia Norma Fostera „Ostra jazda”.

Parę momentów (według mnie) na granicy przegięcia, ale całość: komediowy majstersztyk. Bardzo śmieszne, brawurowo zagrane i z doskonałym odbiorem publiczności, czyli huraganami śmiechu i braw. Cóż lepszego i bardziej wyluzowanego może się trafić w marcowy, przedwiosenny dzień, niż tak się pośmiać, niemal non stop?
Spektakl warszawskiego teatru Komedia, aktorzy: Julia Kamińska, Magdalena Wójcik, Jan Jankowski, Przemysław Sadowski i Mirosław Baka. Wszyscy przezabawni, w tak komicznych rolach (wszak to aktorzy znani głównie z seriali tv) ich jeszcze nie widziałam, a Mirosława Baki zwłaszcza!

Jak powszechnie wiadomo, śmiech to zdrowie. Wygimnastykował mi mięśnie twarzy, ramion, przepony, brzucha. Pomógł strawić zjedzony przed spektaklem obiad (to też coroczny punkt programu). Spalił mi sporo kalorii (podobno minuta śmiechu pozwala spalić ich ok. 12, więc cóż dopiero cały spektakl, trwający prawie 2 godziny!).

Nie tylko ja (w wyniku tego spalenia) wróciłam szczuplejsza, uszczuplił mi się również portfel. Między obiadem a przewiezieniem naszej wycieczki do teatru była bowiem ponad godzina na włóczenie się po galerii handlowej. I choć naprawdę nie lubię łażenia po sklepach, uległam zachowaniom stadnym. I choć absolutnie nie zamierzałam kupować czegokolwiek, wyszłam z „Reserved” ze ślicznym niebieskim paltocikiem.
A, co tam, żyje się raz! 😀

DWA OSKARY TO ZA MAŁO

Film „Trzy billboardy za Ebbing, Missouri” miał siedem nominacji. Dla najlepszej aktorki pierwszoplanowej, dla dwóch aktorów drugoplanowych, dla najlepszego filmu, a ponadto za muzykę, scenariusz i montaż.
Zdobył dwie statuetki, o tym już pisałam – otrzymali je Frances McDormand i Sam Rockwell. Nie widziałam zwycięskiego „Kształtu wody” ani żadnego, poza „Billboardami” i „Vincentem”, z oskarowych filmów, nie mam porównania, więc nie będę się mądrzyć. Jednak żal mi, że nie nagrodzono scenariusza, bo jest po prostu doskonały.
No i oczywiście doskonale zagrany.

Minęło kilka dni od wyjazdu do Kina 60 Krzeseł i moje refleksje nie są już tak świeże. Niespisane od razu, rozpierzchły się, przysypał je troszkę dzisiejszy śnieg, już ich nie połapię i nie skleję w całość. Część tylko udało mi się odtworzyć. Może i dobrze, bo po co zanudzać przydługim tekstem. A com złapała, zapisałam tu:
https://wp.me/P3waVI-1dn

UWAGA! Kto nie widział filmu, niech nie czyta, bo to spoiler. 😉

60 KRZESEŁ, 3 BILLBOARDY, 1 DESKA

Miasto półwojewódzkie Gorzów Wielkopolski (jak je czasem nazywam w ramach posiadania przez Lubuskie dwóch stolic – Gorzowa i Zielonej Góry) miało kiedyś kilka kin. Najsłynniejsze to – powstałe jeszcze przed wojną – Słońce, od dawna już nieistniejący Capitol (na to natrafiłam jedynie w jakiejś wspomnieniowej wzmiance), Muza (czy jeszcze istnieje?) i przede wszystkim najnowocześniejsze swego czasu – Kopernik. Wacław – uzupełnisz?
Do Kopernika w latach 80. jeździłam na „Konfrontacje Filmowe”. To był taki PRL-owski wynalazek sprowadzający co roku na nasze ekrany najlepsze filmy światowe. Dziś, gdy, powiedzmy, w USA jednego dnia odbywa się światowa premiera jakiegoś filmu, nazajutrz już jest wyświetlany w Polsce. Kiedyś trzeba było czekać miesiącami lub latami, stąd taka uczta dla kinomanów – „Konfrontacje”. Pamiętam, jak zostałam wgnieciona w fotel „Dzikością serca” Lyncha (wtedy jeszcze lubiłam Nicolasa Cage’a) czy „Kucharzem, złodziejem, jego żoną i jej kochankiem” Greenawaya, z rewelacyjną kreacją Helen Mirren. A muzyka z tych filmów! Piosenka Chrisa Isaaka z „Dzikości” – https://www.youtube.com/watch?v=ToT0yAM2WU4
Ścieżka dźwiękowa z „Kucharza” (muzyka Michaela Nymana) https://www.youtube.com/watch?v=ToT0yAM2WU4
Do dziś mam to w uszach.
Tak samo jak dźwięk aramejskich słów, którymi posługują się Jezus i Żydzi w  „Pasji” Gibsona – ten z kolei film wgniótł mnie w kinie Słońce, rzecz jasna już w latach nie tak odległych jak czasy „Konfrontacji”.
„Tumultam et muram”? Jakoś tak to brzmiało. Zamęt w mieście…

W mieście Gorzów po kinie Kopernik już dawno ślad zaginął. Teraz, w epoce multipleksów, Gorzów ma swoją galerię (nawet kilka) i kilkusalowe kino Helios. Z popcornem i coca colą, to oczywiste. W nim też widziałam parę bardzo dobrych filmów, jak choćby „W ciemności”, „Miasto 44”, „Papuszę”… Były czasy.
Ale czyżby się zmyły?
W przededniu (czy raczej w przednocniu) hollywoodzkich Oskarów zapragnęłam obejrzeć chociaż jeden z nominowanych filmów (pomijam „Mojego Vincenta”, bo ten widziałam już w Poznaniu). Sprawdzam zatem repertuar. Same jakieś Greye, pantery, jaskiniowce i jaskółki. Ani jednego tytułu z tych nominowanych. Może już były i się wybyły? Ale żeby w ten szczególny weekend nie zaproponować widzom choćby jednego z oskarowej półki?
Na szczęście jest w Gorzowie (w Miejskim Ośrodku Sztuki) należące do sieci kin studyjnych Kino 60 Krzeseł. Kiedyś tam widziałam „Porozmawiaj z nią” Almodovara. Co ma w weekendowym repertuarze? „Trzy billboardy za Ebbing, Missouri”. Hura! No to jedziemy!

I pojechaliśmy. Seans niedzielny, na godz. 20. Dawne krzesła to teraz wygodne miękkie fotele, zajęte przez kilkanaście, góra 20 osób. Cicho, ciepło, kulturalnie. I bez popcornu!
Film – taki jak należało się spodziewać po zapowiedziach i nominacjach, czyli bardzo dobry. Chodzi mi po głowie, by napisać o nim osobny tekst, więc teraz tylko tyle. Obraz amerykańskiej prowincji ze złymi ludźmi, w których jest dobro. Rewelacyjni: Frances McDormand (dostała Oskara za główną rolę kobiecą), Sam Rockwell (Oskar za drugoplanową rolę męską – perełka!), Woody Harrelson (też by mógł dostać). I jeszcze parę innych ciekawych kreacji aktorskich. Bo też i w filmie naprawdę jest co grać.

Od pewnego czasu nie jesteśmy abonentami nc +, więc Canal + (jak przed laty, gdy Oskara dostała „Ida”) odkodował się na noc Oskarów już nie dla nas… Miałam wobec tego pomysł, że po powrocie z kina jakoś przetrwam do tej drugiej w nocy i będę w Trójce słuchać przekazu z gali, a także rozmów w studio. By nie usnąć, będę przy tym prasować, jak zwykłam to czynić, gdy zależy mi na obejrzeniu czegoś w telewizji. Stojąc przy desce do prasowania, raczej nie sposób zasnąć, a przy okazji łączę przyjemne z pożytecznym.
Nawet specjalnie odłożyłam w tym celu ze trzy wyschnięte już prania. Jednak, z całym szacunkiem dla redaktora Jaźwińskiego i zaproszonych przez niego gości, słuchać o ceremonii to nie to samo, co ją zobaczyć. Mniejsza o czerwony dywan, kreacje i dekolty pań czy grepsy prowadzących. Ale te emocje, zaciskanie kciuków, łzy radości – nie usłyszę ich przez radio. Emocji zresztą miałam tego wieczoru aż nadto – i w sali kinowej, tj. płynących z ekranu, i w drodze powrotnej – przez cały czas rozmawialiśmy z Jankiem o „Trzech billboardach”.
Więc nawet nie rozstawiałam deski. Poszłam spać.
Rano dowiedziałam się, że „Mój Vincent” nie dostał Oskara. Szkoda. Ponoć było do przewidzenia, że przegra z disneyowską produkcją „Coco”, i tak się stało.

Prasować będę dziś. Przy teatrze telewizji – „Boulevard Voltaire”. Już to kiedyś widziałam, ale z przyjemnością obejrzę ponownie. Wiśniewska i Gajos też grają oskarowo.

ALE ZIMNO, ALE MRÓZ!

Oznaczenia minusowe od ponad tygodnia nie chcą zejść z termometru zaokiennego nawet w dzień i to w słonecznym zaciszu.
Zacisze zresztą znajduje się jedynie w maleńkim kątku między ścianą a futryną okna, bo tak w ogóle – wschodni wiatr powoduje, że temperatury odczuwalne są o wiele niższe. Nawet nasz dom – co z tego, że niby szczelny, ale na „piździejewku” – mimo wysiłków c.o. się rozpędził do się wychładzania. Więc już nie tylko w weekend paliliśmy w kominku, ale „pani kierowniczko, ja palę na okrągło” (jak w „Misiu” 😉 ), tzn. Janek pali – żeby go dogrzać.

Pospacerowaliśmy dziś trochę po zamarzniętym jeziorze (Janek żałował, że nie wziął łyżew, jutro zamierza to naprawić – lód już gruby na 15-20 cm) – ale dość szybko zrobiliśmy w tył zwrot. Tak łagodne zimy były w minionych latach… Odwykliśmy już od mocno niskich temperatur. A co mają powiedzieć ci, u których dziś rano było minus dwadzieścia z grubym hakiem? U nas „tylko” minus trzynaście…

Co jeszcze można robić w taki zimowy, mroźny dzień, póki myśli człowiekowi nie zamarzły? Czytać, pisać, przepisywać.
Więc naprzepisywałam się różności, a to z powodu refleksji, jakie mnie naszły w związku z moimi najświeższymi lekturami, m.in. „Cierpkimi gronami” czy „Rokiem 1945”. Zamiast jednak próbować te refleksje wyartykułować, oddałam głos przytoczeniom. Stąd moje „naprzepisywanie się”. Zebrałam w jedną wiązankę cytaty dotyczące osadnictwa na Ziemiach Odzyskanych, właśnie z tych moich ostatnich lektur, poprzetykałam je też fragmentami swojej pisaniny. A że przy tym wciąż mi Dana Lerska wyśpiewywała, jak ongi na FPŻ w Kołobrzegu, „Szli na zachód osadnicy”, tak też zatytułowałam mój tekst w niecodzienniku: https://wp.me/P3waVI-1cN

Swoją drogą… Tak radośnie, wręcz zawadiacko brzmiały słowa tej piosenki, jakże w zgodzie z duchem peerelowskiej propagandy. A przecież to był straszliwy exodus – wygnanych, wysiedlonych, repatriantów (czy – jak chce M. Kowzan – depatriantów), deportowanych, wypędzonych, synonimy można by mnożyć. Wyrwanych z korzeniami z ojczystej ziemi. I przecież – nie tylko Polaków.

Fotografia (z internetu): Kronika Szczecina 1945-2005. Z biegiem lat, z biegiem dni – pierwsi osadnicy na ulicach Szczecina.
Ciekawostka: Przy ustalaniu granicy na Odrze i Nisie (tak nazywano Nysę zaraz po wojnie, mój tato też tak mówił) nie od razu zdecydowano, po której stronie ma być Szczecin, i go parę razy „przerzucano” na mapie – ostatecznie zdecydowano, że przypadnie Polsce (jak dowiedziałam się z książki M. Grzebałkowskiej).