KRYŠTOFOVO PRZYSŁUPOWO

Dom przysłupowy to drewniany lub murowano-drewniany dom łużycki z podziałem na część warsztatową i mieszkalną oraz stajnię. Pierwsze powstały w średniowieczu na terenie Górnych Łużyc, potem rozprzestrzeniły się. Rzemieślnicy zamieszkujący te budynki wraz z rodzinami zwykle zajmowali się tkactwem.
„Tatka tka i matka tka a praczka czka i czkając tka”, jak w Kabarecie Starszych Panów śpiewał Wiesław Michnikowski. Czy tkali tak w domu przysłupowym? Sądząc z tekstu piosenki, jednak nie, bo warsztat nieszczęsnemu dziecięciu tkał nad głową, na poddaszu, a nie na parterze.
Bliscy nieszczęśnika tkali tak lata całe, aż…
…Z biegiem losu zrządzeniem losu pracowity tata zgasł.
Potem mama w ten sam sposób z praczką opuściły nas.
Potem, żona po kryjomu znikła z panem z vis a vis.
Może teraz spokój w domu? Gdzie tam! W nocy straszą i…
Tatka tka i matka tka, a praczka czka i czkając tka.

Nieźle się musiał taki dom tkaczy natrząść i nadrżeć! Żeby pracujący na okrągło warsztat wprawiający w drgania cały budynek nadmiernie mu nie zagrażał, wzmacniano konstrukcję drewnianymi słupami. Spoczywa na nich główny ciężar górnej kondygnacji, stanowią jednocześnie niewątpliwą ozdobę domu.
Najwięcej takich budynków znajduje się na pograniczu Czech, Polski i Niemiec. W Polsce najliczniejsze są w Bogatyni (200 obiektów).

My naszą „przysłupową” trasę rozpoczęliśmy od Wolimierza. Są tam jeszcze pozostałości domów przysłupowych, lecz tkactwa, z którego jeszcze w latach powojennych utrzymywały się całe rodziny, już w nich nie uświadczysz.

Głównym celem naszej wycieczki była jednak inna miejscowość: Kryštofovo Údolí w Czechach, w powiecie Liberec.
W całej Republice Czeskiej znajduje się ok. 3600 domów przysłupowych. Wieś Kryštofovo Údolí z pewnością znajduje się w czołówce ich listy. Malowniczo położona w dolinie rzeki Rokytki, w dawnych wiekach była osadą węglarzy i przemytników. Czy oni przy okazji tkali, tego nie wiem, lecz miejscowość słynie z dużej ilości domów przysłupowych. Ma też sporo innych obiektów wartych zobaczenia, m.in. dwa piękne wiadukty, XVII-wieczny drewniany kościół św. Krzysztofa (jak nazwa wskazuje, patrona miejscowości – w jego imieniny odbywają się we wsi słynne jarmarki), muzeum jasełek i… wodopój w postaci sikającego psa (jego pomysłodawca Martin Chaloupka stwierdził, że skoro europejska Bruksela ma sikającego chłopca, to może europejska Kryštofovo Údolí mieć takiego psa) .

Przetuptaliśmy wczoraj sporo kilometrów, ale warto było! Napstrykaliśmy masę zdjęć, zamieszczam tylko kilka z nich. A na finał oczywiście było české jidlo a pivo. 😀

/Zdjęcie z Wolimierza – znalezione w necie, fot. Morgan2005, pozostałe – moje/

Reklamy

LIEBESFROSCH (NA DRZEWOMARMELADASKRZYNCE)

… czyli zapiski wesołej kuracjuszki.

Kiedy jako licealistka zakochałam się w Gałczyńskim i czytałam jak leci wszystko, co napisał, zaśmiewając się przy „Zielonych Gęsiach”, natrafiłam też i na to:

Hitler:
(chodzi szybko po schronie; czasem przystaje ni w pięć, ni w dziewięć i zamyśla się)
Ewa Braun:
(siedzi na skrzynce od marmolady; patrzy w Publiczność):
Rosenberg miał rację. Hat recht gehabt. My jesteśmy mitem XX wieku. My, to znaczy ja i (gest oczami w stronę Hitlera)
on. Miłość! Die Liebe. Adolf, czy chcesz, żebym ci się oddala na tej drzewomarmeladaskrzynce? Po raz ostatni? A może cyjankali chcesz? To przecież koniec.
Detonacje. (…)
Adolf, proszę cię, usiądź się na tę drzewomarmeladaskrzynkę. Jeżeli skrzynka będzie kaputt iść, to co my możemy na to? Wszystko jest los. Alles ist Schicksal. Nie? Masz glowaból? Nie masz żadnego? Ty jesteś bohater. Słodki świniopies ty. Czy masz mnie zawsze jeszcze chętnie?
(śpiewa)
Du bist so stolz und fern
und hast mich doch so gem,
wenn ich in deine Augen schaue
ganz insgeheime,
ganz insgeheime.
(patrzy na zegarek)
Pięć zegar. Podwieczorek robić. Adi, chcesz kawę i kuchen? Powiedz, że chcesz. Ja chcę. Ale gdzie jest nasz kawadzbanek? Nie widzę żaden. Goebbels?
(złodziejski ruch ręki)
Nie, to nie przychodzi w pytanie. Mały doktor hat sich już sam wykończył. Der schlane Fuchs. Ale kawa mu przez to ostygła.
A my po kawie…
(gest oznaczający samobójstwo)
Ciemność, detonacje.

Koniec
„Ewy Braun i Hitlera”

To fragmenty „Zielonej Gęsi” pt. „Ewa Braun i Hitler” (całość można przeczytać tu: http://www.kigalczynski.pl/inne/ewabraun.html).
Niewątpliwie tekst jest wyrazem dość czarnego humoru, a mnie szczególnie śmieszyły te niemieckie kalki w postaci marmeladaskrzynki, kawadzbanka czy kaputt iść.

Dlaczego przypomniała mi się ta właśnie sceniczna miniaturka? Ponieważ jej bohaterka podobno bywała tu, gdzie właśnie ja przebywam. Tak w każdym razie głosi legenda. Że panna Braun przyjeżdżała do Świeradowa (który oczywiście nie był wówczas Świeradowem, tylko Bad Flinsbergiem).
Do dyspozycji miała okazałą willę o nazwie Rezydencja Marzenie.
Jak informuje tablica na ogrodzeniu, jest to „wspaniała willa krajobrazowa łącząca stylową architekturę modernizmu z dzikim parkiem pejzażowym”. Niezły zameczek, prawda? Powstała w 1901 roku, fundatorem był berliński przemysłowiec Juliusz Pintsch, wykonawcami – firma budowlano-architektoniczna Cremera i Wolffensteina z Berlina (ta sama, której dziełem jest Dom Zdrojowy).
Obiekt został zbudowany w modnym pod koniec XIX w., charakterystycznym dla uzdrowisk stylu „szwajcarskim”, a na terenie otaczającego go parku umiejscowiono też fontannę.
Poszliśmy oczywiście na spacer „tropem willi”, wszak podczas pobytu w uzdrowisku spacery stanowią element nieodzowny. Niestety, zza ogrodzenia, wśród otaczających rezydencję mocno już rozrośniętych zdziczałych drzew i krzaczorów, niewiele widać, a wstępu na teren rezydencji obecny właściciel zabrania; zresztą w chwili obecnej w willi nie widać śladów życia.


Nie wiem, kto tę rezydencję posiada i jakie ma plany, oby tylko nie czekał jej taki los jak naszego lubniewickiego „Zamku”, obecnie będącego własnością Lubomirskich (ale to już osobna historia).
Czy zresztą Ewa Braun naprawdę w niej zażywała życia kuracjuszki? Stuprocentowej pewności nie ma. Wiele miejscowości uzdrowiskowych lubi się szczycić sławnymi ludźmi. Na przykład Krynica – Janem Kiepurą. Zaś w Karpaczu (to jest niemieckim Krummhübel) rezydował Hermann Göring – jednak już to, czy jego rezydencją był Zameczek, czy jakieś inne domiszcze, też nie jest takie pewne.

 Od legendarnych willi przechodzę więc do legendy o żabie.
Żaba, uwieczniona tu w wielu miejscach – w postaci np. wybrukowanego obrazka będącego fragmentem chodnika czy metalowych figurek zdobiących fontannę na pograniczu parku zdrojowego i deptaka – jest rozpoznawalnym znakiem Świeradowa. Podobno na początku XVI wieku berliński lekarz Leonard Thurneyssen, po obserwacji spoczywających w jednym ze źródeł doskonale zakonserwowanych zwłok żaby, odkrył wspaniałe, lecznicze właściwości tutejszych wód. Stąd upamiętnienie żabki jako efektu cudownego działania świeradowskich zdrojów. 

Ba! Dziś wiadomo, że nawet agawy licznie zdobiące taras spacerowy przed Domem Zdrojowym (właśnie po zimie je wyniesiono na zewnątrz), podlewane tą wodą – kwitną! Zdarzyło się już kilka takich przypadków.
Ani chybi, po radoczynnych kąpielach, basenach i inhalacjach, zakwitniemy i my! 

Choć śladów Ewy Braun w Świeradowie już się nie uświadczy, zbitki typu drzewomarmeladeskrzynka nadal mają się tu dobrze. A to za sprawą kuracjuszy niemieckich, których pełno w uzdrowisku. I bardzo dobrze, bo dzięki temu kwitną nastawione na niemieckich klientów sklepiki, miasto się bogaci i pięknieje (żeby nie robić nadużyć czy przekłamań – ponoć rozkwit Świeradowa to głównie zasługa operatywności obecnego burmistrza, a także, to widać – pozyskiwania funduszy unijnych).
Na deptaku i w Domu Zdrojowym słychać zatem często język niemiecki. Ceny w tutejszych lokalach gastronomicznych i sklepikach też są „niemieckie” (chyba mi rozum odebrało, gdy płaciłam 7 zł za szmatkę do rąk wielkości kartki papieru!).
Prócz niemieckiego słychać też rosyjski (rosyjskojęzyczny kuracjusz zagadnięty w windzie „Atkuda wy?”, powiedział, że z… Niemiec – i faktycznie, mówią po niemiecku z rosyjskim akcentem, czort ich znajet, skąd są).


A bywa, że koło świeradowskiej fontanny (jak widać na fotce, jeszcze przedsezonowej, bez wody) przechadzają się również emeryci mówiący po czesku. Też nie wiem, czy świeradowscy kuracjusze, czy raczej wycieczkowicze, wszak granica z Czechami znajduje się o krok.
W każdym razie cztery żabki na tej fontannie, takie do głaskania, na miłość, zdrowie, szczęście i bogactwo, mają tabliczki z napisami w kilku językach. Po niemiecku oczywiście informacje mają postać jednowyrazowych zrostów, tak jak ta marmeladeskrzynka czy głowaból.
Żeby nie być gołosłownym (przepisuję z fontanny):
лягушка к  любви  – Liebesfrosch
żabka na zdrowie – Gesundheitsfrosch
The Frog for Happiness  – Glückfrosch
Žabička pro bohatstvi – Geldfrosch

Ale ja mam to doch so gern! 😀
Zaś w sanatoryjnej szafie mam aż dwie sukienki wisieć. Zabrałam je tutaj, wszak tańczenie na wieczorkach tanecznych, prócz zabiegów, klimatu, spacerów i wód, jest też elementem uzdrowiskowej kuracji, co pamiętam z mojego poprzedniego pobytu sanatoryjnego w Cieplicach. Lecz Janek nie tancor i się nie kwapi, a i we mnie już coraz mniej z dawnej tanecznicy, która w czasach szkolnych czy studenckich nie była w stanie opuścić choćby jednego tanzabendu.
Więc zrobiłam pochop z tymi sukienkami. Co najwyżej w niedzielę w którejś z nich się udam do jadalni sanatoryjnej na obiad. Bo zapędy tańcujące chyba będą kaputt iść. 😉