WHEN I’M SIXTY FIVE

Trójka rano podała, że urodziny obchodzi dziś Jaromir Nohavica. Mój rówieśnik, zaledwie o miesiąc ode mnie starszy. Wszystkiego najlepszego, Jaromirze!

Kiedy byłam w podstawówce, Beatlesi śpiewali „When I’m Sixty Four”.

Byłam wówczas tak daleka od wyobrażenia sobie siebie jako kobiety po sześćdziesiątce, że między moją nastoletniością a tak poważną dojrzałością widziałam odległość niemalże lat świetlnych.
A jednak te lata przeleciały nie wiadomo kiedy, z roku na rok w coraz większym pędzie, a ostatnio, mam wrażenie, galopem.
Ba! Nawet sixty four już za mną. Ale wspomnę o tym, bo to były nader sympatyczne „obchody”.

Tu najpierw informacja, że nigdy nie świętowałam urodzinowych rocznic, a od dnia, gdy skończyłam trzydziestkę, nie świętowałam ich wręcz ostentacyjnie. Moim świętem był tylko dzień patrona. To znaczy patronki. 26 lipca zawsze kiedyś w kalendarzach figurowało: Anny, Hanny, Grażyny, Mirosławy. W ostatnich latach, jak zauważyłam, Hannę przesunięto na styczeń, lecz ja nadal jestem Hanną lipcową i nie zamierzam tego zmieniać.
Zmienił się natomiast mój stosunek do kolejnych rocznic mojego przyjścia na świat. W końcu ileż można udawać, że 6 lipca to taki sam dzień jak każdy inny, a bywało, że całkiem o tej dacie zapominać.
Było tak: Gdy przed rokiem umówiłyśmy się z koleżankami na wycieczkę rowerową do rezerwatu „Janie”, tuż przed wyjazdem uświadomiłam sobie, że to będzie w dniu moich sixty four. Zajechawszy więc najpierw do Dino, zapakowałam na bagażnik pudełko truskawek, plastikowe kubki i butelkę białego wina.
Dopiero na postoju przy mostku na Lubniewce ujawniłam zawartość bagażnika i wyjawiłam, jaką to okazję będziemy czcić w tak pięknym miejscu na łonie przyrody.
I uczciłyśmy ją należycie, a do tego z sesją fotograficzną w wykonaniu Bożenki i jej aparatu foto.
Bardzo, bardzo to był udany dzień!

Rok przeleciał jak meteor i oto wkrótce będę miała sixty five. Sześćdziesiąt pięć. Matko święta, wierzyć mi się nie chce. Chyba sobie zaśpiewam, bo piosenka na tę okoliczność też istnieje. W ramach dawnej mody na polskie wersje anglosaskich przebojów (polskie, czeskie, niemieckie…) również song Beatlesów doczekał się polskiej kopii. „Gdybym na przykład miał, rzecz niezwykła, lat sześćdziesiąt pięć”, wyśpiewywał… Marek Perepeczko. Tak, tenże. Znany niedługo potem jako przystojny zbójnik z „Janosika”. Ze śpiewaniem też mu nieźle szło.
Sześćdziesiąt pięć, bo „cztery” ma o jedną sylabę więcej i nie zmieściłoby się w muzycznym wersie tak zgrabnie jak „pięć”.

A że to nie całkiem zgodne z oryginałem – oj tam, oj tam, jeden rok w tę czy w tę, jaka to różnica?

Reklamy

2 komentarze do “WHEN I’M SIXTY FIVE

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s