DZIĘKUJĘ CI, SAMOLOCIKU

Gdzie bystrym tylko Orzeł polotem
Pierzchliwe pogania ptaki,
A gniewny Jowisz ognistym grotem
Powietrzne przeszywa szlaki,
Niezwykłych ludzi zuchwała para,
Zwalczywszy natury prawa,
Wznawia tor klęską sławny Ikara
I na podniebiu już stawa.
Nabrzmiały kruszców zgorzałych duchem,
Krąg lekkiej przodkuje łodzi,
Los dla niej rudlem, nici łańcuchem,
Z wiatrami za pasy chodzi.
Już im te złotą wyniosłe pychą
Mocarskich siedlisk ogromy
W gruzów nikczemnych potrząskę lichą
Wzrok przeistoczył poziomy.
Król, Wódz, Senator, kmieć pracowity,
Czy rządzi, czy ryje ziemię,
W błahych się zlepkach czołga ukryty,
Jak drobne robaczków plemię.
W strumyk dziecinnym palcem na stole
Z kilku kropel zakreślony,
Ledwo się sączy na tym padole,
Nurt szumnej Wisły, zmieniony.
Gminie, ku rzadkiej zbiegły zabawce,
Jakież ci cuda mózg kryśli?
Ty sobie roisz czary, latawce,
Filozof inaczej myśli.
Choć się natura troistym grodzi
Ze stali murów opasem,
Rozum człowieczy wszędy przechodzi,
Niezłomny, pracą i czasem.
Tymi on wsparty, bory wędrowne
Burzliwym morzom poruszył,
Wydarł z otchłani kruszce kosztowne
I skakać głazy nauczył.
Zbywają dzikiej mocy żywioły
Pod jego dzielnym rozkazem,
Leniwe woda opuszcza doły,
A góry ścielą się płazem.
Tego się styru w pogodnej porze
Gdy ujął mężny Sarmata,
Choć go opuścił i wiatr, i zorze,
Już wolniej sobie polata.
Wszystko zwyciężysz, łódko szlachetna,
Na ciosy przeciwne twarda;
Statek twój sława uwieczni świetna
Chlubniej niż podróż Blancharda.
/Adam Naruszewicz, „Balon”/

Moja mama Pelunia, będąc już grubo po osiemdziesiątce, po raz pierwszy w życiu (i ostatni zresztą) leciała samolotem. Brat ją zabrał na Majorkę (tzn. mój brat, a Peluni syn). Pogoda na czas lotu trafiła się kiepska, zapowiadano turbulencje, więc by mamie złagodzić powietrzne sensacje, podano jej przed startem jakieś kropelki uspokajające. Dzięki temu lot zniosła bez problemów, nawet lepiej niż mój brat i bratowa, a wysiadając, powiedziała: „Dziękuję ci, samolociku”.

Wkrótce ja też mam lecieć samolotem. Jeszcze nigdy nie leciałam. Przecież jak takie ciężkie coś, cięższe od powietrza, ma się wzbić w górę niby ptak?! Przez to upieranie się przy „statusie kobiety nielatającej” przepadła mi na przykład kiedyś ciekawa wyprawa do Gruzji. Czworo naszych przyjaciół namawiało nas na współudział, ale opcja dotarcia do Tbilisi była wyłącznie lotnicza, samochodem by się nie dało, za daleko, z komplikacjami. Więc w zgodzie z moim hasłem, że do samolotu nie wsiadam, do tej Gruzji nie polecieliśmy.

Czemu wreszcie zmieniłam zdanie? Sama nie wiem. Chyba nadszedł taki moment, taka myśl – a gdyby jednak? Wcześniej Zuza kusiła nas Londynem. Ale wciąż się zapierałam: nie wsiadam do samolotu. Janek zresztą też do Londynu nie chciał – nawet gdy kombinowałam, żeby wersję samolotową zamienić na autobusową – taki moloch zamiast nadariańskiej głuszy? Lecz gdy Zuza do tych pokus dorzuciła jeszcze szkockie klimaty i wizję kwartetu państwa M. i państwa S. wśród wrzosowisk… Ulegliśmy. Lecimy.

Oczywiście pod warunkiem, że wcześniej nie zabije nas rajzefiber. Bo już w tych nerwach przedpodróżnych tak się tniemy o byle co, aż się boję, że z Poznania-Ławicy wystartujemy w kawałkach. Nawet sielskość nadariańską szlag trafił, bo dziki chodzą nad rzeczką jak po swoim, chwaszczą po krzakach i chrumkają, dodatkowo szarpiąc nasze rajzefiberowe nerwy.

Do tych wrzosowisk, zamków, gór, pubów i innych Loch Nessów, po wcześniejszym zwiedzeniu paru miejsc w Londynie, będziemy przetransportowani lądem, samochodem państwa M. Lecz najpierw musimy do Londynu DOLECIEĆ.
Mam nadzieję, że też powiem po wylądowaniu „dziękuję ci, samolociku”.

Reklamy

6 komentarzy do “DZIĘKUJĘ CI, SAMOLOCIKU

  1. Zawsze, gdy patrzę na przelatujące nad głową samoloty, zastanawiam się, jak to możliwe, by taki kolos swobodnie unosił się nad ziemią. Jak on to robi, że tak po prostu nie runie w dół. Mój mąż zawsze wtedy: Kaaasiaaa, podstawowe prawa fizyyykiii… :))

  2. Tutejszy dobry obyczaj nakazuje pożegnać kierowcę autobusu miłym „thank you, driver”.
    Jeśli chcesz być jak Pelunia, a zarazem zadać londyńskiego szyku, wysiadając z samolociku, rzuć przez ramię: „Thank you, pilot!” 😀

    • Dopiero dziś odpaliłam stronę blogową, więc już nie mam możliwości rzucać czegokolwiek przez ramię. 😉
      Zresztą wysiadając w Londynie, z nadmiaru emocji zapomniałam nawet o podziękowaniach Peluninych, za to gdy na powrót znalazłam się w Poznaniu – ale to dlatego, że Janek mi przypomniał!!! – wypowiedziałam je. Chociaż pilot tak grzmotnął kołami o ziemię, że nie mam pewności, czy zasłużył na „thank you”. 😀

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s