Z CIEMNYCH RZEK CZERPIESZ WODĘ

I
Po twych warkoczach mógłbym wejść do nieba
i nagle co? Zasłona.
Serce uciekło ci jak mysz czerwona,
nawet nie rzekło „przebacz”.

Po cóż mi było ciułać moją wiedzę?
Szarpię cię: – Powiedz, po co? –
Świeczka dogasa. Brzask blisko. Siedzę
nad trupem twoim nocą.

Bo wskrzesić cię nie mogę. Rozumiesz?
Cień padł na twą urodę.
Nawet wody nie chcesz. Nie rozumiesz.
Z ciemnych rzek czerpiesz wodę.

Już gdzie indziej twoje oko błyska
błyskawicą szmaragdową,
kiedy idziesz przez podziemne grzęzawisk
a trzciny szumią za tobą.

A tu za oknem bór jak udręka
wciąż rosnąca, komu potrzebna?
I ptaki stoją na sękach,
nieruchome, głupie, jak z drewna.

II
Jeśli kiedy spotkam twoją matkę,
powiem, żem cię pogrzebał –
że nosiłaś uczesanie gładkie
i warkocze, co sfrunęły z nieba;

że rzuciłem raz kwiat konwalii
do twych stóp wąskich i bosych –
żeśmy, gnój ładując, rozprawiali
o Pietrzynce, pajacyku długonosym.

III
Ty się, lesie, ze mną pogrąż w rozpacz,
ty, dębino, brzezino, buczyno –
dziuro w bucie, ty się także rozpłacz
nad umarłą, nad piękną Esteriną!

Ptaszki szklane, drewniane jelenie,
fajansowe, skrzydlate zające,
pomagajcież mi rzucać ziemię,
wstrętną ziemię na usta pachnące.

Dzień nadchodzi. Deszcz konary obmył.
Rzeka bólu płynie i bełkocze.
Nuże, braciszkowie, zakopmy
ręce, usta, oczy i warkocze.
/Konstanty Ildefons Gałczyński, „Na śmierć Esteriny, deportowanej przez hitlerowców wenecjanki”, 1948/

Kim była Esterina? Przypisy w „Dziełach” Gałczyńskiego, zarówno w dawnym (z r. 1979), jak i w najnowszym wydaniu (tom „Portret muzy”, 2014), informują, że „ w obozie Altengrabow Gałczyński wyczytał w spisie jeńców imię Esterina. Z innym jeńcem (fryzjerem) rozmawiał o Pinokiu. Historia Esteriny jest zmyślona”.

Historia śmierci Esteriny pewnie tak, lecz poeta nie tylko widział zapisane imię. Znał również jego właścicielkę, rozmawiał z nią i cieszył się ze swoich postępów w nauce języka dziewczyny: „Mieszałem nawozy sztuczne z Franzem Głupim i Franzem Świniarkiem. Spokojnie. Ukradłem różę w ogrodzie, ale chciałem ukraść i pomidorów. Rozmawiałem po włosku z wenecjanką Esteriną.” (z zapisków pod datą 9 IX 41). Drugi cytat: „Rozmawiałem z Esteriną. Mówi, że po włosku mówię dobrze.” (datowane 10 IX 41).

Ten wiersz podobał mi się od zawsze, choć jako młoda i niedoinformowana dziewczyna, zaledwie mgliście przeczuwałam jego prawdziwe – obozowe – tło. Lecz pamiętam też, że czytając go po raz pierwszy, zauroczona poetyckim zachwytem nad pięknem dziewczyny i żalem po niej, a nie zajrzawszy jeszcze do przypisów, pomyślałam, że się pewnie poeta w tej Esterinie podkochiwał. Dziś, gdy wiem, że piękna wenecjanka istniała naprawdę, myślę podobnie. Te usta pachnące, wąskie stopy, szmaragdowe oczy, warkocze, po których można wejść do nieba – ten wiersz-wspomnienie to zapis uczuć, które już w zarodku należało zakopać, zasypać wstrętną ziemią, skazać na śmierć…

Więcej (nie tylko o Esterinie – którą wspomniałam z okazji Święta Zmarłych) – w niecodzienniku: „Io sono un poeta”https://wp.me/P3waVI-1gc

Reprodukcja (z netu): obraz Jacka Malczewskiego „Zatruta studnia z chimerą”.

TROCHĘ ZIMY JESIENIĄ

Dziś w Lubniewicach temperatura jest już prawie zimowa – ledwie plus pięć. Niewiele brakuje, by deszcz za oknem zamienił się w śnieg.
Śnieg zaliczyliśmy wczoraj – w Szklarskiej Porębie.
Ale po kolei.

Najpierw były góry czeskie na pograniczu polsko-czesko-słowackim, jakieś 30 km za Czeskim Cieszynem. Bajkowa kraina, a w niej miejsce, gdzie, jeśli ktoś spragniony, może się wyciszyć i pomedytować, lub tak jak my, po prostu pobyć. Pogrzać się przy prawdziwym kaflowym piecu, zjeść na kolację wegańskie pasty i pasztety, a na śniadanie tofucznicę. 😉
A naokoło piękna jesień i cisza, w której słychać tylko dzwoneczki owiec.

Przy okazji – bo kto wie, kiedy znowu się nadarzy – zrobiliśmy sobie też wycieczkę do Cieszyna – to znaczy do dwóch, czeskiego i polskiego. Piękne euromiasto przecięte rzeką Olzą i linią kolejową, ze stacją znaną mi z piosenki Nohavicy. Przez cały czas podczas spaceru śpiewały mi się w głowie  „Těšínská” i „Dokud se zpívá”.

Z Beskidów pojechaliśmy potem w Karkonosze – do Szklarskiej Poręby na tradycyjne spotkanie pospływowe. Tradycyjnie było bardzo udane i przyniosło najważniejsze ustalenia kajakarskie na rok przyszły.
Tylko pogoda nas nie rozpieszczała, tzn. głównie doświadczała niskimi temperaturami, poza tym prawie codziennie deszczem, a na koniec też śniegiem.

Wróciliśmy wczoraj po pięciodniowej nieobecności, dom zdążył się dość mocno wychłodzić, ale od czego się ma kominek. 🙂
Zdjęć narobiłam znów sporo. Wiele z nich – przez szybę, bo od czasu wyjazdu do Szkocji nabrałam takiej manii przezszybopstrykania. Na szczęście nasze wycieczki odbywają się nie tylko „po japońsku” – zwiedzanie przez szybę samochodu. Trochę też przetuptaliśmy, nawet mamy tu i ówdzie zakwasy.

Wyprawa, kończąca nasz tegoroczny sezon wyjazdowo – wycieczkowy, bardzo się udała. Rodzinnie, towarzysko, przyrodniczo…
W ogóle cały tegoroczny sezon mieliśmy szczególnie obfity i udany.

 Góry czeskie przez szybę samochodu (a napisy na pograniczu cieszyńskim są wszędzie podwójne: polskie i czeskie). 

 Przy piecu kaflowym (takim, który trzyma ciepło aż do rana) grzałam się ostatnio w latach 70. ubiegłego wieku. 

 Tofucznica, czyli jajecznica bez jajek. Bardzo smaczna, a dzięki przyprawom, m.in. kurkumie i czarnej soli (o istnieniu tej ostatniej dotąd nie miałam pojęcia), smakiem i wyglądem przypominała jajkową! Smakują mi te wegańskie wynalazki, lecz z uwagi na mięsożernego męża diety raczej nie zmienię.

 Górki czeskie z bliska.

 Jedna kamienica teszinska, druga cieszyńska, a pomiędzy nimi Olza – całkiem spora rzeka. 

 Rynek w Cieszynie.


Z Těšína vyjíždí vlaky co čtvrthodinu…

 A to już klasyka karkonoska.

   W Szklarskiej (w sobotę) padał deszcz.

 A w niedzielę od rana sypnęło śniegiem. W trakcie drogi powrotnej w okolicach Wojcieszowa śnieg przeszedł w deszcz, a zima znowu w jesień – i takaż,  wciąż jeszcze kolorowa, choć już mocno chłodna, przywitała nas na ziemi lubniewickiej.

GRZYBIARSKIE EGZALTACJE

Same mi się ułożyły w głowie, gdy dziś chodziłam po lesie.
Więc, gdy sie już „obrobiłam”, zapisałam je. Kto ciekawy, zapraszam tu:
https://wp.me/P3waVI-1kC
Ale gdy wokół tyle piękna, tyle słońca, ciepła i przecudnych barw, jak tu się nie egzaltować?

Na zdjęciu dzisiejszy zbiór. Skromny, nawet nie pół kosza, lecz to po zaledwie godzinie chodzenia po lesie. I przecież nie o ilość chodzi, ale o radość.  😀

WDT

Na fejsbuku, gdzie na stronie gubeńsko/gubińskiej (dawne zdjęcia i wspomnienia) zamieszczono niedawno fotografię powyższą, przeczytać można rozliczne komentarze (w tym i mój).
WDT – zwany wudetem – to w czasach mojego dzieciństwa i gubińskiej młodości był Wiejski Dom Towarowy (wiejski, choć Gubin to miasto, bo zawiadywany przez Gminną Spółdzielnię – chyba takie było wytłumaczenie, dokładnie nie wiem).
W tym pięknym poniemieckim budynku (przed wojną mieściło się tam muzeum, o czym, dzięki fejsbukowej stronie, wiem – tak jak wielu – dopiero teraz) dziś zorganizowano by nie „dom towarowy”, lecz  GALERIĘ HANDLOWĄ. Zresztą takowa właśnie powstała w pobliżu fary i nijak się ma architektonicznie do dawnej zabudowy miasta, po której nie został prawie kamień na kamieniu.

A dlaczego o tym piszę? Bo p. Stefan Pilaczyński mnie poprosił o jakieś, choćby najmarniejsze, wspomnienie o WDT. Potrzebne było na natychmiast, więc coś pośpiesznie wymodziłam (tym łatwiej mi poszło, że te buciki w jednym z opowiadań to przecież moje! 😀 ).
Tekst jest już w niecodzienniku:
https://kobietadomowa.wordpress.com/codziennie-choc-jedno-zdanie/buty-made-in-czechoslovakia/

PS – a czy ja informowałam, że w ostatnim (z września) kwartalniku „Gubin i Okolice” są moje dwa tekściki, o wyjazdach do Kosarzyna i śliwkach gubinkach? Nie informowałam? No to proszę!
Link do biuletynu:
file:///C:/Users/user/Downloads/biuletyn.pdf

/zdjęcie ze strony FB: Guben/Gubin jakiego nie znamy – Historia to nasza pasja;)/

NIKE 2018

Tegoroczną „Nike”, a wcześniej „Paszport Polityki”, otrzymał Marcin Wicha, za zbór esejów „Rzeczy, których nie wyrzuciłem”. Wspominałam tu kiedyś o tej książce, wklejam więc poprzednie wklejenie, bo chyba nic dodać, nic ująć: „oszczędność języka i bogactwo książki, która mówi o rzeczach najważniejszych”.
Oraz: „Co zostaje po śmierci bliskiej osoby? Przedmioty, wspomnienia, urywki zdań? Narrator porządkuje książki i rzeczy pozostawione przez zmarłą matkę. Jednocześnie rekonstruuje jej obraz – mocnej kobiety, która w peerelowskiej, a potem kapitalistycznej rzeczywistości umiała żyć wedle własnych zasad”… etc. Tak mi to trochę z Pelunią współbrzmi, może nie „mocną”, ale też na swój sposób dzielną…

„Paszport Polityki” wręczał laureatowi Wiesław Myśliwski (też tu o tym wspominałam, bo akurat wtedy czytałam „Widnokrąg”).
Galę „Paszportów” oglądałam, natomiast gali „Nike” nie (nawet nie wiem, czy była w tv, a jeśli, to w pisowskiej, więc pewnie pocięta). Nie wiem zatem, kto wręczał, kto wygłaszał, jakimi słowy dziękował laureat itd.
Wiem jedno – jakie książki zamierzam przeczytać w najbliższym czasie: „Rzeczy, których nie wyrzuciłem” Wichy oraz „Ucho igielne” – najnowsze dzieło Myśliwskiego. Właśnie zamówiłam w księgarni wysyłkowej. Tylko powinnam najpierw nadrobić zaległości… Jejku, jak się znów zapuściłam!  😦

WIELKI ORMIASZKA

I nieodżałowany. Zmarł 1 października br. w wieku 94 lat. Piękny wiek, lecz gdy odchodzi ktoś taki, to zawsze jest za wcześnie. Legenda, filar i słup milowy piosenki francuskiej i światowej, gigant, choć „nikczemnego” wzrostu (161 cm) i z głosem, który nie od razu zachwycił słuchaczy. Co tam słup. Sto słupów. Od czasu, gdy w 1946 roku „wylansowała” go Edith Piaf, ponad 70 lat śpiewania, które zna cały świat.
W Polsce wystąpił kilkakrotnie, ostatnio w 2014 roku w Sali Kongresowej w Warszawie – lecz koncertował niemal do ostatnich dni życia (latem br. w Japonii) – a zamierzał występować do setki!
Mały czarnooki Ormiaszka z charakterystycznym (choć niby z „ograniczonymi możliwościami”), wszędzie rozpoznawalnym głosem. Jeśli nawet głosu nie miał Aznavour zbyt wielkiego (w co nie wierzę), to talent miał ogromny.
Więcej o nim (również – jak zwykle – też co nieco o mnie, a nawet o Marku Niedźwieckim), a także czemu „nie/utleniony” – w niecodzienniku: https://kobietadomowa.wordpress.com/codziennie-choc-jedno-zdanie/aznavour-maly-ormiaszka/

697 FOTEK

Aż tyle zdjęć mamy w komputerze w folderach „Londyn i Szkocja” i „Szkocja c.d.”! W dodatku to liczba po wstępnym usunięciu tych najgorszych, tj. zamazanych. Powtarzam: zamazanych – bo już nieostre są „normalnym” efektem pracy idiotenaparatu i naszych umiejętności. Nie to co fotografie wykonane przez Zuzę, która z dobrym sprzętem w dłoniach i przy oku przymierza się, przykuca, przybliża, potem selekcjonuje, obrabia… Jak na fotografkę po kursach przystało. A my w pędzie i na półślepo, o jejku, jakie widoki, szybko, rób zdjęcie, bez przymiarek, często przez szybę samochodu, trach, trach.
Ale co tam. Nieostre czy ostre, mniej czy bardziej udane – Londyn i Szkocja dzięki nim pozostaną z nami. I w naszych rozmowach. Bo już z zapisem wrażeń i wspomnień gorzej, z powodów meblowych i innych brakoczasowych. Jednakowoż dzień za dniem mija, więc wreszcie coś wymodziłam – o Plockton. Aczkolwiek z przyczyn w/w nie całkiem samodzielnie. Pozżynałam co nieco od Zuzy.
Zapraszam do niecodziennika:https://kobietadomowa.wordpress.com/codziennie-choc-jedno-zdanie/miasteczko-bajeczka/

A tymczasem mała cząstka spośród tych sześciuset dziewięćdziesięciu siedmiu, krótki fotoreportaż z pięknych dziesięciu dni na Wyspach Brytyjskich:

 Przylot, lotnisko Stansted.

 Greenwich Park.

 Pub londyński.

 Rejs Tamizą i te słynne mosty, ach…

 Westminster Bridge.

 Z czerwonymi autobusami w tle. Zdjęcie nie oddaje tych pędzących londyńskich tłumów (spacerują i przystają jedynie turyści). To miasto przytłacza wielkością, ale fascynuje wielonarodowością, wielokulturowością.

 Sky Garden. Widok z 36 piętra (a palmiarnia jeszcze wyżej, zaś poniżej Janek, ten malutki pośrodku).

 Typowy obrazek „przez szybę”. Witaj, Szkocjo!

 Jak Bieszczady, tylko razy sto (albo i dwieście).

 Przed zamkiem Blair – wiatr dął, a dudziarz duł.

 Kilka spośród komnat Blair Castle (aż kapało od bogactwa). Tylu zwiedzających, że ten pośrodku już nie ma głowy do tych tłumów.

 Rycerze dwaj – i niedźwiedź (ale nie Wojtek, choć słynny brunatny niedźwiedź Wojtek – żołnierz 22 Kompanii, też wylądował w Szkocji i tam dokonał żywota w edynburskim zoo).

 Zamek Eilean Donan i fotografująca go Zuzanna (też się tutaj trochę przymierzyłam do zdjęcia, a co!).

Pozuję przed zamkiem Duncraig. Nie wiem, jak oni to robią, ale na trawniku nie było żadnych chwastów, tylko parę grzybków na obrzeżach.

 Słoneczną ścieżką do Plockton.

Odpływy, przypływy, wrzosy i owce…

Taras z widokiem w jednym z pubów.

 Isle of Skye – mosty, fiordy, klify, wodospady…

 i piwo lokalne.

 Jeden z z najbardziej popularnych przystanków na wyspie Skye. Wszyscy się fotografowali z tą piękną krową – a Janek znowu z papierochem.

 Tak wysoko! Aż mój lęk wysokości przycichł z zachwytu.

 W szkockiej czapce na szkockim szlaku.

 Gdzie ja wlazłam?!! (po jeszcze paru metrach zrobiłyśmy w tył zwrot).

 A to już wczesny ranek w dniu powrotu – i taka destylarnia po drodze.

 Tęcza na pożegnanie.

 Bye, bye, Szkocjo.

 Lotnisko Johna Lennona w Liverpool; żegnają nas Zuza z Miłoszem i Beatlesi.

Coraz więcej już mija dni od powrotu do domu. Coraz bardziej ściska mi się serce od tych wspomnieniowych wzruszeń…