WINO BURGUNDZKIE W KOLORZE BORDO

Nigdy nie piłam wina z Burgundii, lecz określenie „burgundzkie wino” znane mi było od dziecka:
„(…) strzępki zdań czy rymów z czytanych grubo ponad pięćdziesiąt lat temu etażerkowych książek. Na przykład coś takiego: „Płaszcz, co swych barw pożyczył od burgundzkiego wina”. Z jakiej książki – dziś nie mam pojęcia. Płaszcz, rozumie się, należał do jakiejś królowej czy króla, zresztą ilustracja pokazywała jego czerwoną barwę, rozumiałam też, że pożyczoną od wina, ale co znaczyło „burgundzkiego”? Że w Burgundii znajdują się słynne winnice i stąd nazwa koloru, dowiedziałam się znacznie później. Ten burgundzki płaszcz, „co swych barw pożyczył”, też mi się nucił w głowie, nawet pamiętam, jak podśpiewywałam sobie na głos. Na melodię… „Marsza weselnego” Mendelssohna. Płaszczyk, jaki wtedy nosiłam, uszyty przez Pelunię, miał też czerwoną barwę, choć bardziej pomidorową niż burgundzką. Ale już mój późniejszy modny płaszcz ze stójką miał kolor szary, bo z takiego starego palta mama uszyła mi fajny ciuch. W kolorze burgund chyba już nie miałam niczego – zresztą stosownie do koloru PRL-u, o którym mówi się dziś, że głównie był szary.
Jednak Pelunia w czasach jeszcze wcześniejszego PRL-u miała taki płaszcz o  „burgundzkiej” barwie. Właściwie był to rodzaj dłuższej kurtki – mam zdjęcie, na którym mama w tej kurtce stoi przy „meblowym” wózku z siedzącym w nim moim malutkim bratem. Obok stoję ja, pewnie nie mam w tym momencie nawet czterech lat, w odświętnej sukience, z wielką kokardą we włosach, w jednej dłoni trzymam balonik, za drugą trzyma mnie mama. Pamiętam to jej paletko! Tylko że jego kolor według mamy nie nazywał się „burgund”, a „bordo”. Zresztą „bordo” też wtedy dziwnie brzmiało mi w uszach, tak samo jak „seledyn”, „popiel”, „lila” czy „modry”. Ten ostatni kolor kojarzył mi się nie tylko z błękitem niezapominajek (pamiętam taki wierszyk o boćku i modrych niezapominajkach), ale przede wszystkim z kapustą – w dodatku „modra kapusta” bynajmniej nie jest niebieska! Tak w Poznaniu nazywa się duszoną kapustę czerwoną, której kolor po ugotowaniu bardziej przypomina fiolet niż błękit.

To fragment niedawno napisanego nowego rozdziału „Peluni”. Nie mam jak zeskanować i zamieścić tu opisywanej wyżej fotki, bo zepsuł nam się skaner. Więc niech będzie w zastępstwie mój czerwony (na zdjęciu niestety szary) płaszczyk. 

A poza tym – niewiele nowego.
Przeczytałam „Jakoś to będzie. Szczęście po polsku” D. Chomątowskiej, D. Gruszki, D. Lisa, U. Pieczek. Polskość i Polska (w sensie: zobacz, czytelniku, jaki to piękny i ciekawy kraj) w pigułce. Dla mnie oczywista oczywistość, ale zgrabnie się to autorom napisało, a mnie sympatycznie czytało.
Przeczytałam „Rzeczy, których nie wyrzuciłem” Marcina Wichy. Smutne. Dobre. Bardzo dobre.
Czytam listy Peluni (jeszcze nie wszystkie przeczytałam, choć nie ma ich wiele, wciąż „prokrastynuję”).
Zaczęłam wpisywać do komputera moje zapiski z tegorocznego spływu, bo już czas, by je zamieścić na blogu.
Ulepiłam 70 uszek.
Kończy się „listopad czarny, trochę złoty”. Za niecały miesiąc święta.

Reklamy

3 komentarze do “WINO BURGUNDZKIE W KOLORZE BORDO

  1. Uszka będą do barszczu, który, jak wiadomo, bywa w kolorze bordo. Bordo (co prawda tylko w postaci kropek) nosiła na sobie krowa, gryząca trawę i kręcąca, z przeproszeniem, mordą. Ciekawe, czy ta nazwa koloru pochodzi od Bordeaux?
    Od paru dni czytam księdza Jędrzeja Kitowicza „Opis obyczajów za panowania Augusta III”. Co za język, jaka dokładność, cóż za pamięć! Rewelacja. Wielokrotnie jakieś fragmenty Kitowicza czytałem, wielu historyków cytowało go i cytuje, ale tym razem mam całość. Niestety Kitowicz nie dokończył swego dzieła. „Obyczaj chłopski”, dla mnie najciekawszy, jest ledwo zaczęty. Kitowicz opisał tylko strój chłopstwa ruskiego i mazowieckiego, kilkanaście zdań poświęcił kołtunowi – pospolitej dolegliwości ówczesnej wsi – i koniec. Nie dokończył zdania o mazowieckich kapeluszach… coś go od pióra oderwało. Szkoda.

    • Wacuszko, a widziałeś spektakl „Opis obyczajów” wg Kitowicza w reż. Mikołaja Grabowskiego? Dość stary już, z lat 90., z Teatru Stu, telewizja go pokazywała parokrotnie, kapitalny. Z pewnością widziałeś – ale gdybyś znowu miał ochotę, zalinkowuję duży fragment przedstawienia:

      „Bordo” (moja mama nawet mówiła „bordowy” na ten kolor) pochodzi z jęz. francuskiego i chyba masz rację, że od Bordeaux, bo tam mają przemysł winiarski (wina bordoskie – tak wyczytałam w encyklopedii).

  2. Oglądaliśmy ten spektakl z Ewą, pierwszy chyba raz widziałem wówczas w akcji Andrzeja Grabowskiego. A może po prostu zapadł w pamięć, bo taki zapadający był w tym spektaklu. Dzięki za link, przypomniałem sobie po latach. Fragment z opisem szlacheckiej uczty gruntownie przeczytałem podczas pobytu u teściów, parę dni temu. 🙂 Piękna rzecz.

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.