IRYTACJA PISARKI DOMOWEJ

Czytam „Rok królika” Joanny Bator. Właściwie należałoby powiedzieć: brnę przez „Rok królika”. Przedzieram się z irytacją przez te wszystkie surrealizmy i fantasmagorie, co rusz się potykając, i a to się zachwycę, a to skrzywię nos. Ale zacisnę zęby w tym pościgu za królikiem i doczytam do końca, bo chcę poznać wyjaśnienie Tajemnicy – choć wiem, że autorka zostawi mnie z „a interpretuj sobie, jak chcesz”.

Nie budzi we mnie grozy miasteczko grozy Frankenstein vel Ząbkowice Śląskie. Nie fascynuje mnie ekscentryczność i symbolika rodem z „Alicji w Krainie Czarów”, choć gdy byłam dzieckiem, Disneyowska „Alicja” bardzo mi się podobała.
Kompletnie nie potrafię się utożsamić z bohaterką. Nie czuję się częścią jej – naszego? mojego nie! – świata.

A może irytuję się, bo zwyczajnie zazdroszczę autorce, że ja tak nie umiem? Z taką szaleńczą wyobraźnią, tak wielopiętrowo pod względem językowym i nawet interpunkcyjnym opisać samotność człowieka (bo chyba to jest powieść o zagubieniu i samotności?!).

Wyżej Bator też nie podskoczę. 😉 Lecz czy naprawdę chciałabym tak umieć, ja, pisząca staroświecko i po bożemu pisarka domowa?
Choć przecież wiem, że dziś najlepiej sprzedaje się to, co „odlotowe” (bohaterka „Roku królika” namiętnie zbiera sensacje z tabloidów i ma już całą kolekcję tytułów w rodzaju „Z biedy użyła ziemniaka jako antykoncepcji. Kartofel wypuścił korzenie.”). Nawet podejrzewam, że Joanna Bator sobie kpi z wydawców i czytelników, którzy z rozkoszą łykną najgorszy chłam, byle stanowił sensacyjną podnietę. Laureatce Nike wolno, zwłaszcza gdy się ma taki talent.

A ja cóż? Mojej napisanej po bożemu „Peluni” nie chciał dotąd nikt, choć podesłałam tekst co najmniej kilkunastu wydawcom. Więc może irytuje mnie także i to, że zbyt łatwo stałam się autorką podciętoskrzydłą i zaniechałam dalszych prób?
Od dawna nawet nie zajrzałam do przygotowanej ongiś listy wydawnictw.
Prokrastynuję, wykonując działania odwlekające i zastępcze. Niektóre może i nawet z pożytkiem, jak np. korekta tekstów do MPK (numer już gotowy, ukaże się pod koniec lutego) czy legend do kolejnej książki kolegi E.K. Ale już stworzenie paru nowych rozdziałów do „Peluni”, prócz „grą na czas”, czym jest? „Ubogaceniem” tej historii czy jedynie świadectwem zapędów grafomańskich jej autorki?

Moja mama urodziła się 24 lutego 1919 roku, niedługo będzie więc „stulecie Peluni”. Coś by trzeba faktycznie zrobić z tymi wspomnieniami o niej. Ale jak pomyślę, że może jedyny kierunek to „selfpublishing”, czuję taką blokadę, jakby mnie osznurowano niczym baleron, unieruchomiając wszystkie członki.

A najbardziej zirytowało mnie – ba, wkur… o! – to, że musiałam calutki ten tekst pisać ponownie, bo znowu, jak już nieraz bywało, kliknęłam w coś nie tak i tekst przepadł w odmętach wordpressu. Już sobie po ostatniej takiej wpadce przysięgałam, że będę pisać na brudno – i proszę, jaka jestem zgniła i niereformowalna.
Choć może z tego ponownego pisania też jest jakiś pożytek: w tzw. międzyczasie spokojnie dokończyłam szykowanie obiadu niedzielnego (dziś kaczka!). A poza tym gimnastyki głowowej nigdy za wiele. 😉

Reklamy

ZAROBIUNO

Czyli „zarobiona, zapracowana”. Tak z poznańska wzdychała czasami moja mama Pelunia, przemęczona nadmiarem obowiązków.
Niespełna miesiąc temu była kolejna rocznica jej śmierci, lecz – także „zarobiuno” (w grudniu przedświątecznie, teraz korekcyjnie), nie miałam głowy i czasu na wspomnienia, choć oczywiście one i tak są we mnie.
Za to którejś nocy mama mi się przyśniła. Staliśmy nad nią w kilkoro, leżącą w łóżku, martwą, przykrytą kwiatami i czymś w rodzaju dywanika z równo przystrzyżoną zieloną trawą. Leżała bokiem, nie na wznak. Poszwa na widocznej wśród tej żywej roślinności kołdrze, w malutkie niebieskie kwiatki na białym tle – to była ta sama, jaką mam do dziś, mocno już spraną, uszytą kiedyś rękoma Peluni.
Spod kołdry wystawała stopa mamy, chciałam ją wepchnąć pod przykrycie, otulić. Stopa była ciepła! A moje dotknięcie spowodowało, że mama ożyła. Podniosła lekko głowę, zaczęła się w tym łóżku przekręcać na drugi bok, coś mówić. Zamiast wziąć ją w ramiona, przytulić się do niej, poleciałam szukać lekarza, który potwierdziłby zmartwychwstanie mamy. Nawet znalazłam jakiegoś – grubasa w okularach – ale nim zdążyłam z nim wrócić do Peluni, sen się urwał.
W sumie – całkiem sympatyczny, prawda?

W przerwach w zarobieniu trochę się fejsbukuję, trochę czytam. W tej chwili – „Rozdartą zasłonę” (następne przygody detektywistyczne profesorowej Szczupaczyńskiej; ach, te krakowskie smaczki…).
Niedawno zaś skończyłam „Ucho Igielne”, najnowsze mistrzowskie dzieło Wiesława Myśliwskiego. O nim – w niecodzienniku:https://kobietadomowa.wordpress.com/codziennie-choc-jedno-zdanie/opowiesc-o-schodach-zycia-ucho-igielne-wieslawa-mysliwskiego/

(Zima na zdjęciu – z lutego ub. roku;  bo obecnie wciąż czekamy na śnieg)

UWA MUWA

Albo może oowa moowa. Lub ówa mówa? 😀 Dziwnie to wygląda zapisane „po polsku”. Chodzi mi o niezrozumiałe słowa wypowiadane przez Marka Knopflera z grupy Dire Straits w piosence „Money for nothing”. W każdym razie DLA MNIE niezrozumiałe. Po drugiej zwrotce i refrenie, na tle tej swojej obłędnej gitary Knopfler w pewnym momencie mówi to „uwa muwa”.
To był wielki, jeden z największych przebojów zespołu (choć słuchacze Trójki dużo wyżej notują „Brothers in Arms”, co roku I albo II miejsce) –  i w ogóle wielki szlagier tamtych czasów – czyli w roku 1985. Aż 39 tygodni na liście przebojów Trójki (dotarł do drugiego miejsca)! Słuchając Trójki co dzień, oczywiście wciąż słyszeliśmy tę piosenkę na antenie. Rozróżnialiśmy oczywiście poszczególne słowa, zwłaszcza te z refrenu, choć nie bardzo mieliśmy pojęcie, o co chodzi – tyle, że to coś o MTV i muzykach, którzy biorą pieniądze za nic i jeszcze jakieś „cziks” za darmo, nie od razu kojarząc, że chiks to laseczki.
Nasz syn Jasiek miał wtedy roczek z kawałkiem, więc nie rozumiał tym bardziej. Ale słuchając radia wraz z nami, bezbłędnie rozpoznawał tę piosenkę. „Uwa muwa” – cieszył się, gdy ją nadawano i wręcz czekał, by wraz z solistą wypowiedzieć te słowa. Od tamtej pory i dla nas utwór „Money for nothing” nosi tytuł „Uwa muwa”.
A nasz syn został anglistą.

„Uwa muwa” w dzisiejszym, 25 Trójkowym Topie Wszech Czasów zajęła 59 miejsce. Czyli – w połowie stawki. Na miejscu drugim – „Brothers in Arms”.
Zaś na pierwszym miejscu – co za niespodzianka! – „Bohemian Rhapsody”! Super. Że aż przypomnę mój wpisik z listopada 2016 roku:https://kobietadomowa.wordpress.com/2016/11/24/bohemian-rhapsody/

Do zwycięstwa tego utworu w dzisiejszej edycji topu z pewnością przyczynił się wyświetlany właśnie na naszych ekranach film „Bohemian Rhapsody”. Jeszcze go nie widziałam, może czas to nadrobić.