TRZEBA JEŚĆ ORZECHY!

Ze wskazań endokrynologicznych jem trzy orzechy brazylijskie dziennie. Pomagają tarczycy. A co z mózgiem? Powinnam go wspomagać orzechami włoskimi, lecz zwykle o tym zapominam, bo pamięć mi słabnie. 😦 Zapominam i o stu innych rzeczach. Na przykład po co otworzyłam lodówkę lub szłam do spiżarni. Albo zapowiadam w mailu, że dołączam plik, którego nie dołączam.

Przy okazji przypomniała mi się”mózgowa” piosenka z ukochanej onegdaj płyty grupy Pink Floyd:
The lunatic is on the grass.
The lunatic is on the grass.
Remembering games and daisy chains and laughs.
Got to keep the loonies on the path…
Niemal jak z wizji pewnego kolegi! Postanowił zadbać o wyłożenie ścieżek ogrodowych wygodnymi płytami, by żonie po równym było łatwiej pchać go na wózku w stronę altany, gdzie będzie sobie siedział i już o niczym nie wiedział.

Oczywiście to wizja przyszłości, nie wiadomo jak odległej. Również mojej.To może być nawet miłe i sielankowe, wśród tych wspomnień, dawnych śmiechów, zabaw i stokrotek. Tylko że u nas tyle nierównego naokoło domu! Tyle schodów, coraz bardziej wręcz schodzisk, tyle skarp! Co pocznie ze mną biedny Janek?
Śmieję się, że powinien zepchnąć mnie ze skarpy prosto do Arianki, choć nie bardzo mi do śmiechu.

O mózgu – niby jeszcze na fleku, choć już coraz starszym, napisałam tu: https://kobietadomowa.wordpress.com/codziennie-choc-jedno-zdanie/dwadziescia-cztery-i-z-gorki/

„And if the dam breaks open many years too soon”?…

Reklamy

ŚWIATŁO

Cóż, kocham światło. Promieniem,
jak umiem, wiersze obdzielam.
O gdym mógł, tobym zmienił
cały świat w jeden kandelabr. (K. I. G.)

I chyba widać już światełko w tunelu…  😀

Ostatnio niczym pan prezydent (nie napiszę „nasz”, bo na niego nie głosowałam) stale się czegoś uczę. Nauka ma związek z toczącym się już procesem wydawania „Peluni”.

Na przykład layout, blacha, dymki i wakat vel światło. No, aż taka nadgorliwa w tej nauce nie jestem, layouta jeszcze nie sprawdziłam, bo co, jeśli się naszukam i „zostanę z tym angielskim jak głupia”? (to powiedzonko przypisuje się wielu osobom, ja je znam w wykonaniu Jana Nowickiego). Blachy też nie szukałam, ale się domyślam z kontekstu, że to pusty jeszcze ciąg dalszy wizerunku książkowych stron w pliku pdf. A dymki w tymże pliku (czyli okienka na dopisanie uwag) rozkminiłam i zastosowałam wczoraj – po raz pierwszy w życiu!

Wakat zaś to niezadrukowany kawałek strony bądź ona cała przed kolejnym rozdziałem (którego początek – zawsze po prawej stronie). Kol. Redaktor E. K. nazywa wakat światłem, co bardzo mi się podoba. Miałam zdecydować, czy druk ma być ciurkiem, czy z wakatami. Oczywiście że wybrałam ten drugi wariant, nawet jeśli pomnoży to ilość stron (i koszty). Chcę mieć światło w „Peluni”!  ❤

Muszę też decydować o innym tym i owym. Wdzięczność moja względem Gienka i jego opieki merytorycznej rozrasta się w wielkie morze, ale oczywiście trochę marudzę, bo jakiś wentyl bezpieczeństwa mieć muszę. Gdyż oprócz tonięcia we wdzięczności tonę też w stresie. W ogóle stresu w naszym domu ostatnio full. Janek ma szkolny, albowiem został zawezwany na ratunek do szkoły, na pilne zastępstwo. I ratuje, już drugi tydzień. Po tylu latach luziku w emeryckich kapciach! Nigdy nie znasz dnia ani godziny.

Czy okładka (wracam do swoich stresów) ma być miękka ze skrzydełkami? Czy sztywna bez skrzydełek? Gienek kusi sztywną. Korci mnie takowa, lecz – nawet pomijając koszty – czy to nie będzie wyglądało jak (powiedzonko Peluni!): Na wierzchu strój, a pod spodkiem gnój? Mikra zawartość w pięknej oprawie?

Ach, chrzanić te rozdarcia wydawnicze! W końcu to ja jestem „nakładcą” i najprawdopodobniej pierwszy i ostatni raz wydaję sobie książkę, więc niech „Pelunia” ma piękną okładkę.
I dużo światła. 🙂

ŁO MATKO

Gdybym wiedziała, ile to roboty z tym dobieraniem zdjęć do „Peluni” (zwłaszcza dla takiego szpotawca jak ja), to może nigdy bym się nie odważyła rzucać się w głębokie wody samowydawania.
Za późno się do tego zabrałam, idzie mi jak krew z nosa i wciąż nie jest z górki.
Ale nic to. Powiedziałam „a”, to przeczołgam się po następnych literkach alfabetu, ile ich tam będzie trzeba…
Kolega Gienek K. zapewne ma sto procent racji, mówiąc mi, żebym nie szła w kierunku tworzenia „albumu rodzinnego”, bo kogo prócz najbliższych to obchodzi? Gdybym była jakąś celebrytką albo Pelunia skandalistką, to co innego.  😉  A w ogóle to powinnam określić „krąg odbiorców” (jest z mojej półki i nie używa określeń „grupa docelowa” czy tym bardziej „target”).
Ło matko!

Matko, mamo, mamuniu Peluniu – chrzanić targety. Zęby zatnę, a doprowadzę rzecz do końca. Najwyżej zostanę z tymi książkami jak głupia. Janek mi dorobi dodatkową półkę i okej. 😀

ŚWIĘTA MARCOWE

„Dziś jest 11 marca. W kalendarzu już od dawna próżno szukać pod tą datą imienin Pelagii, ale mama twierdziła, że przed wojną zawsze je obchodzono tego dnia – i tylko ta data była dla nas jej świętem. Kończę więc pisać w dniu imienin Peluni. To mój ostatni prezent dla Niej.” I pod spodem: „Lubniewice, 11 marca 2013.”

Tak zakończyłam wspomnienia w roku 2013.
Teraz mamy rok 2019 i znowu jest 11 marca. Kalendarz podaje: Benedykta, Konstantego. Według Peluni obok Konstantego figurowało też jej imię. Więc co roku pod Konstantym dopisuję w kalendarzu: Pelagii.
Konstantego jest kilka razy, m.in. w styczniu, lutym, marcu, sierpniu, listopadzie. Imię pochodzi od „constans” – stały, niezmienny. No, no, no. Czy to pasuje do poety? Najsłynniejszy znany mi Konstanty to przecież Gałczyński. Zapewne stałość i niezmienność równoważył sobie walecznym indywidualistą Ildefonsem. 😉

Kalendarz imion pokazuje, że Pelagię też można znaleźć kilkakrotnie, nawet i w marcu, ale nie 11, a 23, ponadto 9 czerwca, 11 lipca i 8 października. Ba! Według strony internetowej imienniczek.pl również 19 i 21 października – choć nasze domowe kalendarze tego nie potwierdzają.
Nie wiem i pewnie nigdy się nie dowiem, gdzie podziała się Pelagia z 11 marca.

A jakie informacje o tym imieniu znajduję w necie? Otóż patronką mojej Peluni była żyjąca w II wieku święta Pelagia z Antiochii, która poniosła męczeńską śmierć za panowania cesarza Dioklecjana. Ale jeszcze ciekawsze jest to, że imię wywodzi się od greckiego słowa „pelagios”.
Czyli „marynarz”!!!
No, no, no, no, no!!! Marynarz! Był taki w życiu Peluni i to jak ważny! Ale na imię miał Florek…
„Kiedy bratu i mnie już się wyprostowały wczesnodziecięce kędziorki (szczególnie Andrzej miał sporo tych loczków), mama wzdychała czasem ni to żartobliwie, ni to z żalem: »Ach, gdybym wyszła za Florka, mielibyście kręcone włosy…« Wszyscy się oczywiście śmialiśmy z tego. Tata Bilinek również. Uważał te Pelunine sentymenty za nieszkodliwe.”

Gwoli sprawiedliwości dziejowej, marcowo – imieninowej, sprawdźmy też Józefa. O, ten to jest popularny – aż piętnaście razy w kalendarzu! W marcu dwa razy – 1 i 19. A patron Józków, wiadomo, nie byle kto – święty Józef z Nazaretu.
Mój tato obchodził imieniny 19 marca, chyba w najpopularniejszy z tych dni „ku czci”. Urodził się 17 marca, to i nic dziwnego, że mu babcia Stasia przydzieliła tak sławnego patrona.
Niedługo będzie 103 rocznica jego urodzin, a dwa dni później imieniny.

„Najczęściej jednak kupowałam Peluni kwiaty. Doniczkowe! Bilinkowi też. Marzec zapamiętam na zawsze jako miesiąc trzech świąt: imienin Pelagii, Józefa oraz Dnia Kobiet.”
Dzień Kobiet już za nami, ale dzisiejsze imieniny mamy i pozostałe święta marcowe – mojego taty – czczę tym wpisem.

Bilinki kochane, gdziekolwiek jesteście, Wasze zdrowie! ❤  ❤

PS – Hura, hura, hura! Wacek właśnie mi podesłał zdjęcie „Kalendarza Warszawskiego na rok 1773”.
„Ten kalendarz mam w domu. Zauważ, że to jedyne imię tego dnia” – napisał.
I co? BYŁO PELAGII 11 MARCA? Było! Tylko potem gdzieś ją wcięło.

Wacuszko, dziękuję, jesteś kochany!


CIENKO

Tak cienko, jak ma to drzewo na zdjęciu, przystrugane przez bobry. Zaraz runie. Coraz mniej komentarzy pod moimi wpisami – a i wcześniej nie było ich za wiele, jak na liczbę zaglądających (i czytających? – mam nadzieję).
Wejść: 48175
Komentarzy: 1264.
Najwięcej od Zuzanny kochannej, inni, jeśli już, czasem coś klikną na fejsie (o ile tam udostępnię).
W dodatku od pewnego czasu system dorzucił ewentualnym komentatorom nową kłodę pod nogi: już nie mogą się tu zalogować poprzez maila, tylko poprzez fejsbuka albo inne twittery. Wygląda na to, że cały świat jest teraz fejsbukowo-twitterowy. I jeśli cię nie ma na fejsbuku – nie istniejesz (np. mój mąż nie istnieje). „O, hańbo! świecie, gdzieś ty się zapadł?”, jakby zapytał K.I.G.

Nie piszę tego, żeby się uskarżać na brak popularności. Nie, nie, nie! Jeśli już – to na brak kumatości.
Bo sama jestem tak cienka w te klocki, że własnego systemu nie rozumiem (w dodatku on często zagaduje do mnie po angielsku).
Ot, starość i boczny tor. Jeszcze może nie odstrzał sanitarny, ale już blisko. 😦

ZAMIAST

„Koleżanka zdawała do szkoły teatralnej i poprosiła mnie, żebym poszła z nią na egzamin. W rezultacie ja się dostałam, ona nie.” Ileż ja już przeczytałam takich historii! – ostatnio w książce „Aktorki. Portrety” Łukasza Maciejewskiego.
Ciekawostka, prawda? Późniejsza gwiazda/gwiazdor miał/a zupełnie inne plany, wcale nie miał/a ochoty zdawać do szkoły teatralnej/muzycznej/plastycznej (albo też startować w konkursie na Miss/Mistera czy tp.). Tylko poszła (bo to częściej ona niż on) w charakterze osoby towarzyszącej.

Czyli co? Weszła wraz z koleżanką przed oblicze komisji egzaminacyjnej, nawet wcześniej nie złożywszy żadnych dokumentów i nie będąc na liście zdających, i komisja natychmiast poprosiła, by to ona powiedziała wierszyk? Czy może w korytarzu uczelni, gdy czekała, wypatrzył ją ten ważny Ktoś i od razu wiedział, że to Ona? Co tam papiery! Podanie i świadectwo przyniesie pani przy okazji, a teraz proszę bardzo, indeks jest dla pani! Tak?

Cholera, że też mnie nikt nie wypatrzył na jakimś korytarzu! A najlepiej na korytarzu wydawnictwa. Niekoniecznie jako towarzyszkę innej koleżanki pisarki. Tylko żeby to wydawnictwo samo z siebie w jednej sekundzie z oczu mi wyczytało, że chcę wydać książkę. A jeszcze lepiej, żebym nawet nie musiała się ruszać znad Arianki, a tego wydawcę natchnąłby duch święty. I proszę uprzejmie, wszystko zrobimy za panią, korekta, redakcja, setki odczytań tych samych stron, wybór zdjęć, skany, spis treści, przypisy – i czort wie, co tam jeszcze będzie potrzebne. Aż się boję myśleć.

Za to myślę, że się wyrwałam jak filip z konopi z tym samowydawaniem i iskierka, która miała rozniecić wielki ogień, za szybko mi zgasła.
Może przez ten wiatr, który duje od kilku dni (i nocy), tak nic mi się nie chce.
Bu.