NADARZYCE 24-26 MAJA

Już tydzień minął, już się czerwiec zaczął, a ja nie złożyłam tu meldunku o naszym końcowomajowym spotkaniu przedspływowym. Zatem:

Odbyło się. Udało się. W piątek się ogniskowaliśmy, w sobotę płynęliśmy, w niedzielę po śniadaniu się rozjechaliśmy, bo dolnośląscy mają dalej do i z Nadarzyc niż my z Lubuskiego, a chcieli zdążyć na głosowanie do UE.
Pogoda trafiła się nam na szczęście bezdeszczowa, jednak chłodna i wietrzna. By na rzece ochronić się od wiatru, powkładaliśmy na siebie kapoki – ja chyba pierwszy raz w kajaku byłam kapokowa, jeśli nie liczyć zastosowania kamizelki jako poduszki pod pupę; a zresztą już od wielu lat nie korzystamy z Jankiem z tego patentu, bo wozimy na spływy swoje poduchy. Tak czy siak – ogacenie się kamizelką ujmy nam nie przyniosło, a trochę ogrzało.
Piława, dotąd prawie zupełnie mi nieznana, to piękna rzeka. Momentami wręcz sielska, z cudną przyrodą dookolną, z atrakcjami, przenoskami i – niestety – dość jeziorzysta i zalewiasta. Piszę „niestety”, bo choć dla niektórych jezioro na szlaku stanowi szczególną wartość, mnie raczej nie zachwyca. Nie tylko dlatego, że w Lubniewicach mam pod nosem aż trzy jeziora, a głównie z tego powodu, że nie lubię się przedzierać przez fale, zwłaszcza że wiosła nadarzyckie mieliśmy ciężkie jak drągi (kudy im do naszych leciutkich pliszkowych), w dodatku nieskręcone, a do takich przywykliśmy. Podsumowując: dla mnie spływ to ma być spływ. Rzeka, jej meandry i nurt, a nie galery.
To jedyne „ale”, a i to nie dla wszystkich; ja sobie tylko tak marudzę. Cała reszta udała się nam znakomicie.
Ustaliliśmy sprawy związane ze spływem litewskim. Sporo tym razem będzie zmian i reorganizacji. Jedno pozostaje: szlak. Ten sam, co w ub. roku, czyli Ejsiaty, Galuonis, Kiewna, SPA, Żejmiana… Już nie chce nam się eksperymentować, skoro ten szlak jest najpiękniejszy.

Zanim w piątek towarzystwo dolnośląskie dotarło do Nadarzyc, ja i mąż pojechaliśmy na obiad do Bornego Sulinowa. Bardzo ładne miasto powojskowe (poradzieckie, a wcześniej poniemieckie), szkoda, że tam nie cyknęliśmy żadnych fotek. A ślad poradziecki (rosyjski właściwie): jadłam tam na obiad pielmienie. Pierwszy raz. Bardzo smaczne.

Zamieszczam trochę fotek z Nadarzyc i rzeki (część już, z opisami, zamieściłam na fejsie). Zaś ta u góry tekstu zaświadcza, że przy okazji spotkania nadarzyckiego odbyło się też spotkanie z moją książką. Obdarowałam nią pliszkowych przyjaciół, parę sztuk kupili na prezenty, a poza tym… Lecz o tym muszę zrobić osobny wpis.

Jechałam na to spotkanie cała rozdarta (Janek też, choć mniej): startować znowu na Litwę czy już wreszcie sobie odpuścić? Toć już spływ ubiegłoroczny miał być naszym ostatnim. Ludzie jeżdżą na wczasy do kurortów, do wygodnych pensjonatów ze szwedzkim śniadaniem, a my się znowu będziemy przez dwa tygodnie męczyć w dziczy. Kucać w krzakach, wpełzać do namiotu, sykać z powodu bolących gnatów, odganiać się od robactwa…
Jednak już pierwszego dnia w Nadarzycach wiedziałam – jeszcze się pomęczę. 😀

Reklamy

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.