DNI W KOLORZE ŚLIWKOWYM

Ze wszystkich owoców świata najbardziej lubię warzywa. Za jabłkami, gruszkami, cytrusami czy tp. nigdy nie przepadałam. Owszem, pomarańcze gdy były rzadkością i cały rok się czekało na Boże Narodzenie, bo w tym czasie pojawiały się w sklepach – tak. Smakowały nadzwyczajnie, a jak pachniały… Dziś – e tam. Jabłka – uraz z powodu przymuszania mnie do konsumpcji szarych renet, o czym już nieraz wspominałam. Czereśnie, wiśnie, śliwki czy truskawki z własnego ogródka – owszem, owszem, lecz także nie w ilościach nadzwyczajnych. O wiele bardziej smakowała mi sałatka z pomidorów. Ciepłe wieczory późnego lata i ten smak, ten zapach świeżo zerwanych pomidorów z cebulką i śmietaną towarzyszący każdej kolacji. Kochałam to. Dziś mam źródełko zakupowe pomidorów „ludzkich” i próbuję odtwarzać tamte emocje. Prawie się udaje.

O dziwo, mimo umiarkowanej miłości do owoców, w tym roku pokochałam śliwki. Nie wiem, co się stało, lecz pochłaniam je w dużych, zwłaszcza jak na mnie, ilościach. Nie są to już dawne węgierki czy gubinki, prosto z drzewa, zdrowe i pachnące, ale w ogóle „gdzież są niegdysiejsze śniegi”? Se ne vrati. Może warto by było wyruszyć w plener, w okolicy jeszcze pełno „poniemieckich” śliw – lecz i amatorów owoców sporo. Te z zaprzyjaźnionego źródełka już wyjadłam, teraz wcinam śliwki z marketu, nie zaprzątając sobie głowy podejrzeniami, ile jest w nich chemii. Po prostu myję i jem, a w ramach przetwarzania zrobiłam też ciasto ze śliwkami i pierogi (z knedlami więcej roboty, a tu upały, nie chciało mi się w to bawić).

Cały czas nuci mi się w głowie stara dobra piosenka Leszka Długosza „Dzień w kolorze śliwkowym”. Takie właśnie teraz są dni. Upalne zakończenie lata (ale przecież można się ochłodzić w jeziorze) i ciepłe wieczory. Długo siedzimy na tarasie i chłoniemy te wszystkie smaki, zapachy, kolory. Rozmawiamy (jak dobrze po 42 latach mieć jeszcze tematy do wspólnych rozmów), czytamy, wspominamy… Nie próbujemy wprawdzie „nalewki z dzikiej róży, z porzeczki”, bo dopiero niedawno nastawione (z malin i aronii), ale też coś tam sobie sączymy i miło jest.

To jeszcze nie jesień, choć z powodu suszy liście na drzewach mocno już rudzieją, a nawłociowe morze żółci się na całej połaci za Arianką. Jeszcze skoczę do jeziora, jeszcze posiedzę na tarasie, jeszcze chcę się nacieszyć tymi dniami w kolorze śliwkowym.

A piosenkę zamieszczam, bo może nie każdy pamięta.https://www.youtube.com/watch?v=aych7e3nZiM

Reklamy

JOLKA, JOLKA, PAMIĘTASZ?

Nie czytam (prócz gazet).
Nie piszę (prócz komentarzy czy wpisów na fejsie oraz dziennika domowego).
Jolkuję się.
Jak zwykle przed wyjazdem na spływ kupiłam lipcowy „Diagram Jolki” i choć już dawno spływ przeszedł do historii, choć się okrutnie zżymam na to uzależnienie, nadal „dzień bez jolki jest dniem straconym”. Lecę po kolei, rozwiązałam właśnie zadanie 85 (na wszystkich 120 plus jeszcze 5 zadań ze „Stron dla wprawionych”). Czyli mam już z górki. Nie tylko z jolkami.

Przy okazji: spływ był chyba najnieudańszy ze wszystkich. Nie! Źle. Wszystkie przecież były udane. Ten zaś – nie bardzo. Zimnisko mocno nam dało w kość. Aż nie do wiary, że w środku lata mogły się trafić takie kiepskie temperatury, 17-20 stopni w dzień (i wietrzysko), 7-8 w nocy. Gdy kolejnej nocy przywitało nas już tylko 5 (a my w namiotach!), kolegialnie postanowiliśmy skrócić spływ o 2 dni.
Zarazem – był to mój ostatni spływ litewski. Serce mi się ściska z żalu, ale „trzeba być twardym, a nie miętkim”. I kiedyś z tej spływowej sceny zejść.

Wracając do jolek i „Jolki”, wielkiego hitu Felicjana Andrzejczaka.
Znów przy okazji: Felicjan jest ze Świebodzina i w czasach przed-Jolkowych śpiewał na pewnej studniówce „Samba o e, samba e o”, co mój mąż doskonale pamięta.
Lecz rozwiązywanie jolek i krzyżówek podobno nie dopomaga pamięci, nie rozciąga mózgu. Może jedynie trochę odwleka w czasie jego agonię. Podobno kondycję mózgu wspomaga tylko uczenie się rzeczy nowych.

Ponieważ ostatnio moje drugie imię to Gnuśność, na tym zakończę temat.