WYPOMINKI ZA ZIBLIAUSKAITĖS

Liūlinė. Pole biwakowe tuż przy wpływie Łokai do Żejmiany. Miejsce, gdzie kilkakrotnie kończyliśmy spływ lub – jeśli płynęliśmy dalej, np. aż do Podbrodzia – biwakowaliśmy tam. Lecz wpis nie będzie jedynie wspomnieniem spływowym, a bardziej – zaduszkowym.

Pierwszy raz znaleźliśmy się w tym urokliwym zakątku w r. 2008, gdy debiutowaliśmy jako spływowicze „Pliszki” (a i klub, choć na Litwie po raz trzeci, też pierwszy raz płynął tą trasą).
Pole w Liūlinė nie było jeszcze wtedy tak urządzone jak dziś, choć i wówczas było to miejsce biwakowe – aczkolwiek dość zgrzebne. Dzisiaj (chyba za środki unijne?) to bardzo dobra meta dla kajakarzy, zarówno długotrasowych, jak i tych weekendowych; jedyny zresztą taki punkt na naszych litewskich wodnych szlakach. Solidny pomost, wiaty, miejsca ogniskowe, zapas drewna do palenia, kontenery na śmieci, drewniane toalety. Pełen wypas.
W tamtym 2008 roku teren, na którym dziś mieszczą się siedziska i wiaty, pokrywały poletka borówek. Pierwszy raz widziałam wtedy te leśne owocki; już się czerwieniły, dziewczyny z naszej ekipy zbierały je, by zawieźć do Polski na przetwory. A tuż obok tych borówkowych łączek, dosłownie o rzut beretem, po drugiej stronie piaszczystej drogi, odkryliśmy mały cmentarzyk. Skąd się tam wziął, skoro w pobliżu nie ma żadnej wsi? Może kiedyś istniała? Jaka jest historia tego miejsca? Nie mam pojęcia. A może odbywały się na nim „dziady”? Wszak to była uroczystość obchodzona na Litwie… (pisałam o tej uroczystości – również o „Dziadach” Mickiewiczowskich – tu:https://kobietadomowa.wordpress.com/codziennie-choc-jedno-zdanie/oto-obchodzimy-dziady/).

Niewielki, lekko stromy prostokąt, obramowany rzędem polnych kamieni, bardzo stary, bardzo omszały i chyba rzadko odwiedzany, chociaż z kilkoma w miarę świeżymi nagrobkami, mocno wyróżniającymi się na tle całości.

Od tamtego czasu zawsze gdy cumowaliśmy w Liūlinė, odwiedzałam tę maleńką nekropolię, prawie za każdym razem robiąc zdjęcia. Ostatni pochówek, jak zaświadcza napis na czarnym marmurze, Veroniki Zibliauskaitė, miał tu miejsce w r. 2003. Inne miejsca wiecznego spoczynku mają napisy już mało czytelne, w dodatku widocznych pozostałości po nich jest zaledwie kilka. Nagrobek w centralnym miejscu informuje (jak przetłumaczył mi internetowy translator), że w wiecznym pokoju spoczywa pod nim rodzina o nazwisku – też w tłumaczeniu na polski: Śledź. Reszta cmentarza, ulokowana u stóp zmurszałego drewnianego krzyża, wyglądająca bardziej jak zaczarowana leśna polanka niż miejsce, gdzie grzebie się zmarłych, pokryta jest mchem i trawą.

Któregoś razu – w r. 2014 – przydarzyła się nam w Liūlinė dosyć zabawna historia (wspomniałam o niej w relacji ze spływu w niecodzienniku). Wiedzieliśmy od dawna, że ta nekropolia jest już tylko zabytkiem przeszłości, a jednak przez moment zmylił nas niespodziewany widok nasuwający na myśl kondukt żałobny… Tuż po tym jak zdążyliśmy się zagospodarować, „nadjechała kawalkada aut – myśleliśmy, że to na pogrzeb (obok jest stary cmentarzyk) – a to na balangę przedspływową. Naród litewski w ilości dobrze ponad 20 szt. rozbił namioty, a potem w nocy było trochę (czasem bardzo) głośno, a nawet zrobili disco ze światłami – zaprosili Agnieszkę i Bogdana (bo starszyzna przezornie już spała). Ale co tam, takiego zakończenia spływu jeszcze nie mieliśmy, więc fajnie było.” Rano zaś nasi biwakowi sąsiedzi, „jak na taką noc całkiem świeżutcy, pozamykali namioty, pożegnali się z nami i ruszyli na swój sobotni spływ”.

Zdjęcia, którymi ilustruję ten wpis, są aktualne, bo również w tym roku, żegnając się z Żejmianą, ze spływami, odwiedziłam i obfotografowałam cmentarzyk…
Widać na nim, jak plotła się polsko-litewska historia. Liūlinė to miejsce (trudno tych kilka domów w pobliżu mostu, w pewnym oddaleniu od pola biwakowego, nazwać miejscowością) w okręgu wileńskim, w którym nadal słyszy się język polski. Na jednym z nielicznych nagrobków można zobaczyć, że spoczywa pod nim Bronisław Strakszys (litera ł nie występuje w litewskim alfabecie, zatem imię jest polskie, nazwisko zaś, choć zapisane polskim alfabetem, bardziej przypomina litewskie). W innym miejscu blisko siebie pochowani leżą dawni Ziblawscy (także Bronisław, ponadto Julian, Kazimir i Anna) i obok nich Zibliauskaitės i Zibliauskienė. Stoją przed ich grobami wypalone znicze, lecz chyba dawno już nikt nie odwiedzał tej rodziny, bo ogrodzona metalowym płotkiem kwatera zarosła bujnym zielskiem. Jednak o resztę cmentarza ktoś dba (może te same służby, co o miejsce biwakowe?). Gdy go widzieliśmy po raz pierwszy, znajdował się w dużo gorszym stanie. Teraz widać, że jest grabiony, niezachwaszczony, uprzątnięty.

Jutro Wszystkich Świętych, pojutrze Zaduszki. Wspominając bliskich zmarłych i odwiedzając cmentarze, jedną lampkę zapalę symbolicznie – Ziblawskim-Zibliauskaitės i wszystkim – już w większości bezimiennym – spoczywającym na cmentarzu w Liūlinė.

PS – Gdy wpisałam do wyszukiwarki Google nazwisko Zibliauskaitė, wyświetliło mi się Sabaliauskaitė – dzięki czemu dowiedziałam się, że Kristina Sabaliauskaitė to wzięta, urodzona w r. 1974 litewska pisarka, autorka sagi historycznej „Silva rerum”, którą zachwycają się czytelnicy i krytycy. Z łatwością przetransponowałam jej litewskie nazwisko na polskie: Sabaliauskaitė – Sobolewska. I faktycznie – rodzina pisarki ma polskie korzenie. Jak Ziblawscy.

SPŁYWAM JESIENNIE

Jesień zwykle spływa deszczem i mgłą, jakby rzec (w miarę) poetycko.
Ale teraz, gdy to piszę, pogoda za oknem bynajmniej nie jest aż tak smętna jak u Staffa:
Rozełkała się jesień łzami dżdżu mętnemi,
W mgle zdrętwienia śpią mroczne, zasępione łany…

czy u Lieberta:
Jak oczy mgłą rozstania powlokły się niebiosa,
Chmurami i z tumanem opada rankiem rosa.
Spoglądam jak rdzą złotą ostatnie liście świecą,
Jak z deszczem monotonnym opadną i ulecą…

Może jest trochę jak u Brzechwy:
O, jakie rzewne widowisko:
Czerwone liście za oknami
I cienie brzóz, płynące nisko
Za odbitymi obłokami.

Pies nie ujada. Zły i chory
Omija cienie października,
Na tykach ciepłe pomidory
Są jak korale u indyka,

Na babim lecie, zawieszonym
Między drzewami jak antena,
Żałośnie drga wyblakłym tonem
Niepowtarzalna kantylena,

Rzednąca trawa, blade dzwońce,
Rozklekotane późne świerszcze,
I pomarszczone siwe słońce,
I ja – piszący rzewne wiersze.

Już mi się nie chciało szukać wierszy jeszcze lepiej ilustrujących obecny stan aury (zwłaszcza że dużo smutniejszy jest stan duszy mej).
Tegoroczny koniec października niewiele ma wspólnego z „pomarszczonym siwym słońcem” (wciąż mocno grzeje!), a tym bardziej z „łzami dżdżu mętnemi” czy z „deszczem monotonnym”. Bardziej przypomina późne lato. Po porannych mgłach dni są słoneczne, a temperatury na południu Polski sięgają nawet 25 stopni! Ba – taka pogoda o ileż bardziej jest letnia niż ta nasza litewska, spływowa, na przełomie lipca i sierpnia.

Może tylko ta kantylena „żałośnie drgająca wyblakłym tonem”… Żalem albowiem spływam ja. Spływałam nim, przepisując pieczołowicie do niecodziennika zapiski spływowe z pamiętniczka, potem je ilustrując zdjęciami, wreszcie wespół z Jankiem odczytując…
„Spływaj” znaczy „odejdź, uciekaj”. Przyszło mi zatem spłynąć ze spływów. 😦
Choć trudno w to uwierzyć, skończyła się pewna epoka.
O czym szerzej tu: https://wp.me/P3waVI-1v3

Ten mostek na zdjęciu to z tegorocznego spływu (na rzece Kiewna vel Kiauna? Wacek będzie wiedział na pewno!).

PISARKO HANKO…

 Kol. Redaktor Kurzawa przysłał mi niedawno książkę – jedno z dzieł swego życia, adresując kopertę: „Hanna Bilińska-Stecyszyn (pisarka)”. Kol. Redaktor już niejedną przesyłkę do mnie tak zaadresował, zaś w mailach parę razy w nagłówku napisał: Pisarko Hanko (a nawet raz dorzucił coś o leśnym kwiecie).
Wyjaśniam niepamiętającym dawnych piosenek, że to przeinaczone słowa utworu wykonywanego przez zespół Passaty (50 lat temu?):
Ciemna nocka nad górami
świeci księżyc nad szczytami
Drży powietrze nad smrekami
Góral żegna Halkę swą.
Lekko wsparłszy się na sośnie
W oczy patrzył jej miłośnie
Popłynęły w świat donośnie
Tęskne słowa pieśni tej.
Góralko Halko,
krasny leśny mój kwiecie
Tobie jednej na świecie
powiem, co to jest żal.
Choć serce kocha,
jakaś dziwna tęsknota
Moje serce omota
– szczęście poszło gdzieś w dal.
Tekst mnie nie powalał, zwłaszcza śmieszył dwuwers o góralu lekko wspartym na sośnie i patrzącym miłośnie, ale hit był to wtedy bardzo popularny i – jak zobaczyłam w komentarzach na Youtube – do dziś przez wielu z rozrzewnieniem wspominany. Kolega Redaktor, jak widać, też zapamiętał – i przerobił góralkę Halkę na pisarkę Hankę.
Nie jestem krasnym leśnym kwiatem (co najwyżej przywiędłym polnym, nadariańskim), pisarką jestem też tylko domową, acz epizodycznie wydawaną, ale niech tam Redaktorowi będzie.

Zatem – kilka meldunków z tej działki (nie tylko pisarskiej):

1. Wzmiankowana najnowsza przesyłka od Redaktora to „Biała dama z pękiem kluczy. 111 podań i legend Regionu Kozła”, kawał ładnej książki, najnowsze dzieło Gienka (prawie Kolberg się z niego zrobił) – jego opracowanie, redakcja, wstęp i posłowie, moja korekta. Jako korektorka widnieję też w metryczce „Szlaku drewnianych kościółków Regionu Kozła”, też niedawno nadesłanego „pisarce Hance”. W obu pięknie wydanych pozycjach trafiły się niestety kuchy – i jestem pewna, że, przynajmniej niektórym z nich – jam niewinna! No cóż, nie ma na tym świecie rzeczy doskonałych, jakby westchnął Lis z „Małego Księcia”.

2. Nieco wcześniej dostałam od Redaktora najnowszy numer „Inspiracji” (2 /56/, kwiecień – październik 2019). Szkoda, że tak rzadko się te „Inspiracje” ukazują, bo to niezłe pismo. W numerze – mój tekst o kwiatkach z uzdrowiskowej rabatki. Stary kotlet, ale wciąż chyba strawny. No i miałam zaszczyt znaleźć się obok takich autorek jak Zofia Mąkosa (napisała o Chwalimiu) i Ala Błażyńska (m.in. wywiad ze znanym rysownikiem, Zbigniewem Jujką). Że już o tekstach Redaktora nie wspomnę (m.in. – refleksje o „Dziennikach” Marii Dąbrowskiej). Dostałam propozycję nadesłania dwóch, trzech kolejnych felietonów do następnego numeru i jestem na to jak na lato. Wprawdzie z braku weny odgrzeję znów stare kotlety z blogowego niecodziennika, ale co tam, niech je pozna szersza publiczność.

3. Trwają przymiarki do MPK nr 5. Ma się ukazać wiosną. Naczelny zapowiada, że to będzie już ostatni numer. Ale zobaczymy. Coś tam mojego się znajdzie na łamach (ale też starego). Oraz zadeklarowałam się jako nadal korektorka wszystkich tekstów; jeśli nadejdą, od stycznia powinnam z tym ruszyć.

4. Największy gabaryt: recenzja „Peluni” w „Pegazie Lubuskim” (też najnowszym – nr 3/78/ – 2019). Nie miałabym pojęcia, gdyby nie Wacek, który mi podesłał link! Autorka recenzji: Krystyna Kamińska, tytuł: „Książka bardzo rodzinna”. Recenzentce zabrakło szerszego kontekstu polityczno-społecznego. Poniekąd to racja, lecz ja nie miałam ambicji stworzenia dzieła „na tle”, pragnęłam jedynie ocalić od zapomnienia bliską mi osobę (zresztą na upartego „tło” prl-owskie czy przedwojenne też tam jest, w różnych drobiazgach, a czy do wszystkiego trzeba mieszać politykę?). To jedyny wg autorki mankament. Resztę chwali. Pamięć rzeczy, zmysł obserwacji, miłość rodzinną. I jeszcze to: „Książka jest świetnie napisana. Autorka swobodnie porusza się w materii języka, opowiada barwnie, dowcipnie, serdecznie. Wciąga czytelnika w swój zwykły świat, pokazuje jego kolory” – oczywiście z tej opinii cieszę się najbardziej! Całość, gdyby kogoś interesowała, tu (na str. 18): https://www.wimbp.gorzow.pl/wp-content/uploads/2019/10/PegazLubuski_2019_3_78_v6_WiMBP.pdf

5. Autorka recenzji odnotowuje wydanie przeze mnie opowiadań w antologiach, a o tych na moim blogu pisze, że dobre, poleca. Wspomina też moje zapowiedzi na temat nowych pisarskich pomysłów. „Mam nadzieję, że będą to dobre powieści”, dodaje. Oj, tu już gorzej. Pomysły się zestarzały. Jeden z nich wykorzystałam w krótkim opowiadaniu (o nim może innym razem, zresztą nie jestem z niego zadowolona), bo mi się nie chciało zrealizować go w dłuższej formie. A moje dwie powieści dla gospodyń domowych pewnie nigdy nie wyjdą z szuflady. Jedynie od czasu do czasu, z doskoku, je „poprawiam”, z celem wiadomo jakim: ćwiczeń mózgowych. Na nowe pomysły więc nie ma co wpadać, bo po co, skoro tak brakuje mi pałera.

6. Na wszelki wypadek zaznaczam, że tytuł tego wpisu nie ma nic wspólnego z tytułem nowego fanpejdża Zuzanny na FB – a dokładniej z jego podtytułem: „Jak nie zostać pisarką”. Tekst z „pisarką Hanką” tłukł mi się po głowie już od co najmniej pięciu dni, tylko z licznych powodów – grzybowych, korespondencyjnych, garkuchennych, spacerowych, towarzyskich – nie miałam kiedy go zapisać. Dopiero dziś, w piękną, słoneczną niedzielę (patrz zdjęcie) mi się udało.
Zresztą wg mnie ten podtytuł z Zuzowej strony winien brzmieć „Jak nie/zostać pisarką”, z naciskiem na „zostać”, bo ja wierzę w Zuzy pisarskie moce – ale ona się upiera, że nie i nie. No to nie.

PERŁA MIĘDZY WZGÓRZAMI

Jak kocham Kazimierz i jak kocham wiele utworów Marka Grechuty, tak nie lubię jego piosenki „Jak perła między wzgórzami/Kazimierz Dolny nad Wisłą” – płyta „Niezwykłe miejsca”, teksty i muzyka autorstwa późnego Grechuty. Kudy im do geniuszu kompozycji Kantego-Pawluśkiewicza w czasach „Anawy” (czy nawet samego Marka np. z płyty „Droga za widnokres”), mimo że zacny zespół instrumentalistów mocno ożywił prościutką melodyjkę. Kudy też tej – aż przykro to pisać – rymowance, banalnej wyliczance uroków miasta, do finezji poetyckich tekstów śpiewanych przez wczesnego Grechutę.
Moje słowa może obrażają kazimierzan (kazimierzaków – jak piszą o sobie w najnowszym „Brulionie Kazimierskim”), którzy na jednym z benefisów – to informacja także z tego „Brulionu” – „wspólnie odśpiewali piosenkę Marka Grechuty pod znamiennym tytułem «Kazimierzu nasz…».”
Jest to zatem być może nieoficjalny hymn Kazimierza Dolnego…

Jednego wszakże nie zamierzam kwestionować i podpisuję się pod tym obiema rękami i całym sercem: Kazimierz Dolny to jest najprawdziwsza PERŁA.

Marzyłam o wyjeździe doń po obejrzeniu filmu Andrzeja Barańskiego „Dwa księżyce” (który zresztą widziałam potem wielokrotnie, do książki Kuncewiczowej też wracam). Marzenie ziściło się w r. 2001, któregoś razu Janek na moje przymiarki wyjazdowe powiedział „To może wybierzmy się do tego twojego Kazimierza” – i od tej chwili to miasto zaraziło nas swoją magią. Bywało, że jeździliśmy tam co roku. Bywało, że „po drodze” w naszej wakacyjnej trasie na Litwę, choć to zupełnie nie po drodze…
Za pierwszym razem wjechaliśmy do Kazimierza od strony Opola Lubelskiego (bo najpierw zwiedzaliśmy Sandomierz). Na polnym parkingu przy zbiegu ulic Czerniawy i Kwaskowa Góra zapytaliśmy o możliwość noclegu, pani wskazała nam swój nowiutki dom w pobliżu, „Pod Kasztanami” – i od tamtej pory stał się on naszą ulubioną metą, którą zdradziliśmy jedynie trzy razy, i gdzie nocowaliśmy również w tym roku.
Bałam się wtedy, żeby mnie ten wyśniony filmowy Kazimierz nie rozczarował w realu. Nic takiego się nie stało. Pokochałam go (wraz z okolicami, Wisłą, Mięćmierzem, promem, Janowcem) miłością wielką i dozgonną. Jeździliśmy tam z rowerami i kursowaliśmy po ulicach, górach i dolinach. Jeździliśmy tam na festiwale filmowe. Woziliśmy tam przyjaciół i cieszyliśmy się, że wraz z nami dzielą kazimierskie zachwyty. Odkrywaliśmy knajpy i kazimierskie smaki. Rozpoznawaliśmy stałych bywalców i lokalsów. Nawet – w początkach, w kawiarni U Radka – i my byliśmy rozpoznawani…

Nie odważę się myśleć, że jestem cząstką Kazimierza. Ale może choć cząsteczką? Cząsteczeńką? Cząsteczeczkunią?

Naszą tegoroczną wyprawę zreferowałam w niecodzienniku – „Kazimierz jesienny”, zapraszam:https://wp.me/P3waVI-1uy

A poniżej – film autorstwa Zuzy z naszego wspólnego spotkania z „perłą między wzgórzami”.

TŁUMY ICH

Ta natura jest niezmierna. Po takim suchym lecie – taka obfitość grzybów! Zwłaszcza podgrzybków. To nie jest wysyp. To nie jest urodzaj. To jest zatrzęsienie!
Ach, jaką dziś mieliśmy grzybową ucztę. Ileż radości podczas zbierania. Schylasz się po lśniący od deszczu kapelusik (dobrze, że trochę padało, bo zapomniałam okularów do dali, a bez nich matowe łebki bardziej umykałyby moim oczom), podnosisz głowę, a tu już następny rzuca ci się pod nogi. I następny, i następny… „Tłumy ich, tłumy ich”, jak śpiewał kiedyś zespół Republika (choć nie o grzybach).
Zupa grzybowa ze świeżych grzybów mieszanych (prócz podgrzybków prawdziwki, kozaki, maślaki) z lanymi kluseczkami, śmietaną i koperkiem.
Grzybki duszone na kolację.
Grzybki marynowane w słoikach.
Dwa sznurki grzybów suszonych.
Tłumy ich… 😀

Ale co tam grzyby! Wracając w niedzielę z weekendowego spotkania pospływowego w Wolimierzu, zajechaliśmy do ZG do naszych Młodych – i trzymałam w ramionach moją wnusię Igusię. ❤