PISARKI LUBUSKIE PRZEANKIETOWANE

„B. sympatyczne autorki, ciekawy wywiad prowadzony przez Eugeniusza Kurzawę i rozbrajające w swej szczerości wypowiedzi obu pań. Mile i pożytecznie spędzony czas!”

Tak napisała w komentarzu na FB (gdzie została zamieszczona fotorelacja) jedna z pań obecnych na spotkaniu. Bardzo się z tego cieszę i mam nadzieję, że opinia jest szczera, bo chętnie się do niej podłączam. Mój mąż też uważa, że spotkanie było udane. Radość odczuwam tym większą, że podchodziłam do wyjazdu jak pies do jeża, bez odrobiny entuzjazmu. A teraz powróciłam nawet do myśli o spotkaniu gubińskim, którą to przymiarkę już dawno skreśliłam z listy moich planów. No, zobaczymy, jak będzie.

Przywitała nas pani kierownik biblioteki, mówiąc sporo o naszych książkach. Następnie obie, Zosia i ja, zaprezentowane zostałyśmy przez Eugeniusza Kurzawę jako pisarki lubuskie, absolwentki tej samej uczelni i te, które debiutowały dopiero jako emerytki. A potem nas przeankietował, z nakazem, by odpowiadać w krótkich żołnierskich słowach. Jak oznajmił na wstępie, ankieta jest na wzór tej, jaką swojemu ojcu, Karolowi Marksowi (!) wymyśliła jego córka Jenny.
Trochę się mitygowałam, gdy pytania dotyczyły „warsztatu pisarza” i przekierowywałam je na Zofię, bo to przecież bardziej jej działka niż moja, pisarki domowej z doskoku. Ale wszystko poszło płynnie i myślę, że słuchacze nie mieli powodu się nudzić.
Jeśli chodzi o „warsztaty”, wszak w ten sposób zapowiadano spotkanie, Zosia miała do przekazania słuchaczom sporo informacji na tematy wydawnicze i dystrybucyjne oraz finansowe. Z tym bywa różnie, ale jeśli chciałoby się naprawdę zarobić, trzeba tłuc co najmniej cztery książki rocznie w dużym nakładzie, a są i takie pisarki, które piszą dużo więcej. Była też mowa o „komercyjnych” okładkach książek, bo pytano Zosię, czy i jaki wpływ miała na swoje. Jeśli chodzi o koncepcję, niestety prawie żadnego, wymusiła jedynie zamianę walizki niesionej przez dziewczynę na okładce „Winnego miasta”, na starszą, i usunięcie tej dziewczynie z twarzy nadmiernego makijażu…

Było lekko i bez zadęcia. Na pytanie, co jest moim ulubionym zajęciem, odpowiedziałam: gotowanie. Oczywiście bez rozwodzenia się, że to obecny etap, bo kiedyś wcale nie… A jaka jest moja główna wada? Odkładanie wszystkiego na zaś. Jak piszemy? Obie na klawiaturze laptopa. A gdzie mamy stanowisko pisarskie? Ja w kuchni, bo jedną ręką coś tam stukam, a drugą mieszam w garach. Zosia w pokoju, ale ze swoim laptopem wędruje po domu i też zagląda do kuchni, bo przecież i ona musi ugotować obiad.
Nie pamiętam wszystkich pytań (były i z sali – publiczność nie dopisała zbyt tłumnie, lecz znała nasze książki, to miłe). Zresztą nie chodzi o dokładne sprawozdanie, ale o moje wrażenia, a te, powtarzam, są pozytywne. Zosia ma podobne, bo napisała potem do mnie, że też uważa spotkanie za udane i zażartowała, że mogłybyśmy zrobić tournée po województwie, a wcześniej sprzedawać bilety. Gienek, któremu to przekazałam, w razie organizowania biletowanego tournée pragnie być wziętym do spółki.
Przesympatyczne żarty. Przemiła pani Magda, kierownik biblioteki. Takaż przemiła rozmowa z jedną panią, która podeszła do mnie po spotkaniu i powiedziała, że kiedyś mieszkała w Gubinie i może nawet pamięta moją mamę… Ja na to, że faktycznie jej twarz wydaje mi się znajoma, a ona – że pracowała w jedynej wówczas gubińskiej aptece. No tak! Apteka owa – chyba istnieje do dziś – była przecież sąsiadką mojej ulicy Słowackiego…

Wydawało mi się, że jestem spokojna, wyluzowana. Po spotkaniu popędziliśmy do naszej wnusi, więc też nie miałam chwili na myślenie, jak było. Dopiero w samochodzie, gdy już jechaliśmy do Lubniewic, dopadły mnie emocje. Ale głównie dobre, choć wiadomo, że poniewczasie człowiek zawsze myśli, że to czy śmo mógł powiedzieć tak a nie śmak.

Jednego tylko bardzo żałuję. Bardzo, bardzo, niestety stała się rzecz nienaprawialna. Nie podziękowałam publicznie redaktorowi Kurzawie za przeprowadzenie mnie przez proces wydawniczy. Dlaczego, ach, dlaczego, guła jedna, pomyślałam o tym dopiero po fakcie?! Przecież gdyby nie on, „Peluni” książkowej pewnie nigdy by nie było (i nigdy nie miałabym szansy zostać nobilitowana do rangi „pisarki lubuskiej”).

Już napisałam do Gienka i się biłam w piersi, ale co mu to da? Chyba że wyruszymy na to tournée, wtedy naprawię błąd…

O KWIATACH I WARSZTATACH

Przeczytałam powieść „Kwiaty dla Algernona” – dopiero niedwano dowiedziałam się o jej istnieniu, dotąd myślałam, że Daniel Keyes napisał jedynie opowiadanie o tym tytule – które kiedyś, wiele lat temu, wprowadziło mnie w stan rozszlochania się w miejscu publicznym.
O tej i innych łzawych historiach (oraz o niepokojącym zasychaniu łez) piszę tu:https://kobietadomowa.wordpress.com/codziennie-choc-jedno-zdanie/nisko-coraz-nizej/
/Zdjęcie to ilustracja z okładki powieści, wykonał je Piotr Łukaszewski/

Ponadto donoszę dla porządku, że 13 listopada br. w jednej z filii Biblioteki Wojewódzkiej w ZG odbędą się z moim i Zofii Mąkosy udziałem… warsztaty pisarskie. Dodam, że cieszę się umiarkowanie, raczej jestem w strachu, co ten redaktor-moderator znowu wymyślił! Namawiał mnie na spotkanie, ale warsztaty? Ja, która sama nigdy w takich warsztatach nie brałam udziału, ja, pisarka domowa z cieniutkim kontem wydawniczym, specjalistka głównie od blogowego „rozciągania mózgu”, mam teraz kogoś uczyć? –  słowo honoru, że nie kokietuję, że nie przemawia przeze mnie fałszywa skromność.

Ogrzeję się w cieple prawdziwej pisarki oraz, Gienku K., liczę na Twą pomocną dłoń – i może jakoś dam radę. 😉