ZMIENIŁAM ZDANIE

Tylko krowa nie zmienia poglądów, zaś kobieta zmienną jest. Zapewne istnieje jeszcze sporo wersji tych oklepanych”mądrości” – co nie zmienia faktu, że oto się pod nie podłączam.
Zmieniłam albowiem zdanie co do dodruku „Peluni”.
W sierpniu podjęłam decyzję, że nie będę robić dodruku – i poczułam ulgę.
Dziś podjęłam decyzję, że jednak ten dodruk zrobię – i oczywiście też mi ulżyło. 😉
La donna è mobile. 😀

Sprawa dodruku w dużym stopniu wiąże się z tą bombą, którą tu zapowiadam po raz drugi, a o której zamieszczę sprawozdawczość dopiero po Nowym Roku, gdy już wszystko poukładam jak w pudełeczku i będę mogła tę bombę odpalić.
A na razie niech rozbłysną dwie bombki poświąteczno-noworoczne – jak napisałam dziś na FB, podsumowując mój udany pisarski rok. Pierwsza to artykuł w biuletynie „Gubin i Okolice” nr 4 (47) z grudnia 2019, druga to artykuł o spotkaniu „Peluniowym” w „Wiadomościach Gubińskich” z 19 grudnia br. Już się tym wcześniej chwaliłam, ale dopiero teraz mam odpowiednie materiały do zaprezentowania.

1. Link do biuletynu („Kasperek i Kasprzacy” na str. 71):

Click to access biuletyn-4-47-2019-drukarnia.pdf


(a gdyby ktoś wolał szybszą drogę, ale bez zdjęć, które są w biuletynie, niech kliknie tu:
https://kobietadomowa.wordpress.com/codziennie-choc-jedno-zdanie/lo-10-czyli-kasperek-i-kasprzacy/)

2. Skan artykułu w „WG”:

Wszystkim życzę radosnego końca roku! ❤  🙂

GWOLI ŚCISŁOŚCI (I SPRAWIEDLIWOŚCI)

W uzupełnieniu do relacji sprzed dwóch dni: naszym tegorocznym świętom, ocenionym już z perspektywy czasu – niewielkiej, ale jednak – należy się jednak lepsza ocena. Dziś oceniam „całokształt”, więc minione dni wydają mi się dużo radośniejsze, niż wydawały się jeszcze przedwczoraj.
Bo przecież nasze świętowanie składało się z trzech części i tylko ta środkowa była mniej wesoła. Te dwie po bokach udały się jak malowanie.
Najpierw więc świętowaliśmy przez kilka dni z Młodymi Młodszymi. Mimo że przed „terminowym” Bożym Narodzeniem, już z barszczem, uszkami, kutią i nawet z grosikiem. A w dodatku ze śpiewaniem kolęd podczas specjalnego wieczorku rodzinno-towarzyskiego. A cóż w święta, choć przedświąteczne, może być milszego nad śpiewy (na 6 głosów) na żywo, przy płonącym kominku?
Większość głów na zdjęciach poucinałam, bo może ich właściciele mieliby mi za złe publikację całości – lecz najważniejsza jest przecież atmosfera. 🙂


Część druga świąt, ta zasadnicza, to tylko nasza dwójka, Janek i ja – patrz poprzedni wpis. Na fotkach zimny duet talerzy tuż przed śniadaniem bożonarodzeniowym (tym w szlafrokach) – ale jednak gorący kominek i dużo światła.  A grosik w pierogu znalazł Janek!
Wreszcie część trzecia, też fantastyczna jak pierwsza: nasz wczorajszy wyjazd do Zielonej Góry i tam radości rodzinne z naszą Wnuczką i Młodymi Starszymi. Zamieszczam zdjęcia tylko ze spaceru, ale dostaliśmy też (wcześniej w prezencie wigilijnym, kolejne teraz) masę innych zdjęć z Igusią, już wywołanych, przecudnych. C.d. nastąpi, więc trzeba będzie założyć specjalny album, a na razie trzy spośród tych fot, oprawione przez Janka w ramki, już wiszą na ścianie i cieszą nasze oczy.

Wypad do Zielonej Góry połączyłam przy okazji z czymś jeszcze – co było poprzedzone sporą bombą. Ale że ta sprawa nie ma nic wspólnego ze świętami, napiszę o niej później.

BN 1981, 1984, 1987, 2019

Czytanie na głos „Przygód dobrego wojaka Szwejka” (mój tegoroczny prezent podchoinkowy dla męża) trochę pomogło, ale – oj, nie są to najweselsze święta. Owszem, w zgranym duecie. Z kominkiem, klimatem, z licznymi telekonferencjami z bliskimi (nawet z guganiem wnuczki), zdjęciami, filmikami, życzeniami, rozmowami, smaczne konsumpcyjnie, bez spinki, na luzie, momentami wręcz gnuśne – ale i tak niespecjalnie radosne. Pogoda niespacerowa się nie przyczynia, więc jemy i się uwalamy po kanapach. Dobre choć to, że uwalanie się mam śpiewające, bo telewizja we wszystkich programach serwuje masę kolęd w pięknych wykonaniach, więc wtóruję…

W poranek wigilijny, gdy kroiłam warzywa na sałatkę świąteczną, Janek odczytywał mi z pamiętniczka domowego zapiski z dawnych lat. W roku 1981 – święta bez wyjazdu do rodziców, ale, mimo stanu wojennego, prawdziwie zimowe, radosne dla nas i bardzo towarzyskie. Potem, gdy nasi synowie, najpierw starszy, potem młodszy, byli klilkumiesięcznymi niemowlakami i też święta spędzaliśmy bezwyjazdowo – Wigilia w 1984 była tylko w trójkę, w 1987 tylko w czwórkę – a potem dwa dni świąt też lubniewicko-towarzyskie, z gośćmi u nas i nas w gościach.
Wychodzi na to, że dzisiaj, gdy nawet nie chce nam się tyłków ruszyć z tych kanap, gdzieś wyjść, choćby i w deszcz – jest najmniej świątecznie.

Ale byłabym niesprawiedliwa, serwując tu wyłącznie niewesołe oceny. Janeczku, jeszcze tylko wkleję kilka fotek i pójdziemy wreszcie na świętoszczepanowy deszczowy spacer… ❤

Wigilijny stół dla dwojga i dla zbłąkanego wędrowca (ale nie przyszedł).

Choinka, choinka, wesoła choinka… (dobrze, że choć ona).

Śpiewam kolędy wraz z telewizorem.  🙂

 Skoro aż tyle jest inaczej, to i poranki świąteczne też – owszem, w salonie, ale w piżamach i szlafrokach. 😉  😉 Luzik!

😀  😀  😀

A dwie godzinki później… W radiu śpiewa Mick Hucknell (niedawny akustyczny koncert w Trójce); bardzo lubię tego rudzielca i dawne nagrania Simply Red (nowe też)! Zaraz do wtóru „Sweat Child” będziemy jeść świąteczny obiad. I już jesteśmy po tym deszczowym spacerze. 🙂

26. 12. 2019. Taki pejzaż… Ale jutro jedziemy w odwiedziny do wnusi i już się grzejemy w blokach startowych! 😀

SOBOTA-ROBOTA

Kiedyś dni pracy trwały od poniedziałku do soboty włącznie. Dniem odpoczynku była tylko niedziela – a i to nie dla wszystkich. Np. moja Pelunia miała niedzielne całodniowe dyżury w hotelu, a jeśli nawet wypadało jej wolne, i tak zajmowała się pracą w domu, czyli głównie obiadem niedzielnym.
Jako uczennica, miałam lekcje też przez sześć dni tygodnia, a nawet gdy już pracowałam, też nie od razu trafiły mi się wolne soboty; najpierw w planie ujęto dla mnie wolną sobotę ekstra, „na dojazdy do męża” (który wówczas przebywał w armii w Toruniu).
Potem wolne soboty wprowadzono w Polsce na stałe – lecz gdy już miałam dzieci, dom, oznaczały one dla mnie wolność jedynie od chodzenia do pracy. W zamian nachodziłam się na maksa na zakupy, na spacery z dziecięcym wózkiem, przy garach i przy pralce, z odkurzaczem, itd. itp. (że już o sprawdzaniu prac uczniowskich nie wspomnę). Oczywiście mąż zawsze bardzo mi pomagał i tak jest do dziś, jednak gotowanie, pranie, prasowanie – to już tylko moja działka.
Jak najwięcej starałam się zrobić właśnie w sobotę, żeby niedziela faktycznie była dniem wolnym. A poza tym miałam bonus ogromnie cenny – wolne poniedziałki! I wtedy jeszcze większy luzik. W mojej szkole sporo osób miało w rozkładzie godzin dzień wolny, gdy udawało się komuś dostać wolne poniedziałki czy piątki, weekend mu się wydłużał i to naprawdę było coś!

Ale wracajmy do soboty. Właściwie powinnam użyć liczby mnogiej, bo teraz każdy „dzień z życia emerytki” mam wolny, czyli teoretycznie mój tydzień składa się wyłącznie z wolnych sobót. A jednak paradoksalnie – wolna sobota jako szósty dzień tygodnia jest dla mnie teraz najmniej wolna. Nazywam ją sobotą–robotą. Tego dnia robię główne zakupy spożywcze, nastawiam pralki z praniem, zmieniam pościel, wietrzę na balkonie kołdry i poduchy, gotuję rosół i przygotowuję wstępnie drugie danie na niedzielę (zwykle to jest macerowanie jakiegoś mięcha), podlewam kwiaty, ogarniam łazienki…
Taką jestem niewolnicą tych sobotnich rytuałów, że czasem ogarnia mnie złość na siebie samą. Kto mi każe robić to wszystko właśnie tego dnia? I niekiedy, owszem, przerzucam część prac na inne dni. Jednak ta nieszczęsna sobotorobotnica we mnie zapiera się rękami i nogami i nie tak łatwo daje się wypędzić… Dlatego i dzisiejszy tekst piszę dopiero w godzinach późnopoobiednich, bo najpierw miałam galop. Zwłaszcza że już w dużej mierze przed/świąteczny!

A skoro już przysiadłam wreszcie, by coś blognąć, dodam też, że:

1. Zrobiłam już korektę większości tekstów do MPK nr 5, czekam tylko na ostatnie.
2. W najnowszym (z grudnia br.) biuletynie „Gubin i Okolice” ukazał się mój tekst wspomnieniowy o kabarecie i zespole muzycznym, które działały w moich licealnych czasach ( ja się udzielałam kabaretowo).
3. Brat mi doniósł telefonicznie, że w „Wiadomościach Gubińskich” jest artykuł o spotkaniu Peluniowo – wspomnieniowym, na którym byłam na początku grudnia. Papierowe wydanie biuletynu przysłał mi pan Stefan Pilaczyński, szef SPZG, ale linku do wersji elektronicznej, żeby tu zamieścić, na razie nie mam, jak również nie wiem, co tam w „WG” napisano o spotkaniu (brat kupił dodatkowy numer dla mnie, to sobie kiedyś przeczytam).
4. Z innej zaś działki: świętowaliśmy już od wtorku! Wraz z Młodymi Młodszymi, którzy nas odwiedzili, by pobyć z nami, nim odbędą się „prawdziwe” święta, które spędzą gdzie indziej. Więc dla nas to właśnie teraz były (i jeszcze trochę są) święta najprawdziwsze; radosne, przykominkowe, z ubieraniem choinki, z kolędami i innymi śpiewami, ba, nawet już z barszczem z uszkami i kutią w repertuarze!  😀
5. Szafek nie pomyłam i mam to gdzieś. Za to kulinaria niemal zapięte na ostatni guzik. Oprócz oczywiście tych, które robi się na ostatnią chwilę, czyli znowu barszczu, kompotu ze suszu, sałatki bożonarodzeniowej i wigilijnych ryb.
A potem będziemy sobie – znowu only w duo – oglądali zdjęcia…

DOBRYCH ŚWIĄT! 🙂

KTO ZAWSZE JEST BLISKO

Kto śpiewa i życzy ten życzy dwa razy
Kto często powtarza te same dwie frazy
I ja wam zaśpiewam dwa zdania niecałe
Nie będę się dzielić zwyczajnym banałem
Dziś śpiewam te trudne słowa życzenia wam nieznane:
Żebyście mieli w głowach dobrze poukładane

Nie zdrowia nie szczęścia nie kasy nie fury
Nie szybkiej kariery to tylko są bzdury
Jak wiary to mądrej nadziei na wszystko
Miłości do kogoś kto zawsze jest blisko

Dziś śpiewam te trudne słowa życzenia wam nieznane:
Żebyście mieli w głowach dobrze poukładane
Nie wielkich sukcesów i wielkich pieniędzy
Za cenę dowolną co szybciej co prędzej
Jak wiary to mądrej nadziei na wszystko
Miłości do kogoś kto zawsze zawsze jest blisko

/Michał Zabłocki, „Trudne życzenia”/

Mężu, który zawsze jesteś blisko, dziękuję.

IDĄ ŚWIĘTA…

Krok po kroku, krok po kroczku,
Najpiękniejsze w całym roczku
Idą święta… – Jak śpiewają w Trójce.

Bywało w naszym domu nad Arianką, że do świątecznego stołu zasiadało nas 14 osób. Czasem mniej, ale zawsze więcej niż dwoje (czyli ja i mąż).
W tym roku bodaj po raz pierwszy od wielu lat nie zapraszaliśmy nikogo z rodziny, marzyła się nam Wigilia tylko w najbliższym gronie – czyli z naszą Młodzieżą i przede wszystkim z Dzieciąteczkiem.
A tu kicha! Młodzież na Wigilię do nas z różnych przyczyn przyjechać nie może…
Przyjdzie nam więc z Jankiem świętować tylko we dwoje.  😦

Smuciłam się przez kilka dni, ale w końcu zobaczyłam w tym jakąś wartość. I sentymentalny powrót do przeszłości…

Więcej na ten temat tu: https://wp.me/P3waVI-1yt

/zdjęcia są z roku 2016/

AŻ PODSKAKUJĘ Z RADOŚCI

Było fantastycznie!
Naprawdę nie sądziłam, że aż tak się może udać to spotkanie – z „Pelunią” i mną, jej autorką, ale przede wszystkim z GUBINIANAMI, jak dziękczynnie napisałam na finał w księdze pamiątkowej biblioteki.
Tylu ludzi miało ochotę przyjść, tyle kwiatów, upominków i dobrych słów dostałam, tyle było wzruszeń, zaskoczeń, miłych rozmów – że do tej pory nie umiem się otrząsnąć z emocji, choć się już nimi dzieliłam z mężem (powiedział po spotkaniu, że jest ze mnie dumny), z bratem, z przyjaciółmi…
Oczywiście opowiedziałam i o tym, jak powstała moja książka, jak ją wydałam, usłyszałam miłe opinie o „Peluni” tych, którzy ją już czytali… Co ciekawe, więcej ludzi pamiętało mojego tatę, nie mamę, i tym sposobem akcent z peluniowego przesunął się na bilinkowy, z czego na pewno oboje się cieszą, tam gdzie są. Ale tak jak pragnęłam, nie było to spotkanie „promocyjne” (zresztą miałam już ostatki „Peluni”, jedną podarowałam gubińskiej bibliotece, pozostałe się rozeszły w trymiga – i zostałam z jedynym jedyniutkim egzemplarzem, moim własnym, to tak przy okazji).
Było to spotkanie „gubińskie”, a nie tylko „bilińskie”. Ogólnowspomnieniowe.  
Przygotowałam sporo zdjęć, nie tylko ze zbiorów rodzinnych, dużo – starych gubińskich; pokazywane na ekranie, budziły żywy odzew, ludzie wspominali, opowiadali o ulicach, co tam się znajdowało, kto gdzie mieszkał, kto miał pierwszy telewizor, kiedy hotel Nysa zaistniał na ulicy Dąbrowskiego, jak wyglądał kiedyś budynek Parkowej… i jeszcze sporo tp.
Fantastyczne były też rozmowy „ w kuluarach”, poznałam (lub rozpoznałam, choć nie tak od razu) kilka osób znanych mi dotąd tylko ze strony gubińsko/gubeńskiej lub takich, które znałam w czasach szkolnych i już nie pamiętałam; przyszło też kilkoro znajomych z dzieciństwa, słowem – czad!

Ogromnie jestem wdzięczna. Panu Stefanowi ze Stowarzyszenia, Romkowi i paniom z biblioteki, Marzennie ze strony gubińsko/gubeńskiej (wreszcie ją poznałam w realu!), Beacie, Tadkowi, Rysiowi, Jadzi, Izie, Bogusi (czyli „tej pani od dodającego mi animuszu komentarza” – okazała się być koleżanką z liceum, o dwie klasy młodszą, z którą robiłyśmy gazetki na kółku polonistycznym!) i jej przemiłej znajomej Teresie, Ewie, Andrzejom, panu Zygfrydowi, Danucie, Janowi, p. Julianowi, p. Genowefie i tym wszystkim, którzy byli obecni i bardzo mi życzliwi (przepraszam, jeśli kogoś pominęłam lub nie rozpoznałam!)…  ❤ (i oczywiście mojemu mężowi Jankowi, który mnie wspiera i wozi! ❤ ).
To naprawdę było „spotkanie trzeciego stopnia”. 😀 .

A największe zaskoczenie i najwspanialsza niespodzianka… Ale po kolei, jeszcze trochę postopniuję napięcie.
Wyjechaliśmy z domu z piętnastominutowym poślizgiem, ale i tak z półgodzinnym zapasem, który miał mi się przydać, gdy już dotrzemy na miejsce. Spałam tej nocy dobrze (jak na mnie, nawet bardzo), więc jechałam spokojna – aż do momentu natrafienia na zalecenie objazdu wsi Debrznica. My jednak, w ślad za innym samochodem, zalecenie zignorowaliśmy. I tu już moje samopoczucie trochę się podgrzało – nim okazało się, że postąpiliśmy słusznie, bo przez wieś jakoś dało się przejechać. Za to drogocenne minuty straciliśmy w Krośnie Odrzańskim. Co tam minuty, grube pół godziny! Bo Krosno rozkopane, ruch wahadłowy, korki na bardzo długim odcinku… Myślałam, że mnie rozerwie z nerwów. Na szczęście po przejechaniu przez miasto można już było popędzić, więc w bibliotece zjawiłam się wprawdzie „na ostatnią chwilę” i już nie zdążyłam nawet poprawić fryzury, ale za to 3 minuty przed czasem.
Ledwo zdołałam się trochę uspokoić, wejść na salę (sporo ludzi już było w środku), coś tam ustalić z panem Stefanem, patrzę… (w pierwszej sekundzie pomyślałam, że mi się to śni!) – wmaszerowuje Jola, za nią Wacek, a za nimi Ela i Darek!!! Nasi wojcieszowsko-jeleniogórscy współspływowicze i kochani przyjaciele. To dopiero był szok! Niesamowita niespodzianka. Chciało im się przyjechać z tak daleka, po to tylko, by być ze mną na tym spotkaniu, choć wiedzieli doskonale (jeszcze poprzedniego dnia rozmawiałam z Wackiem, prosząc o trzymanie kciuków), że potem my mamy w planie co prędzej popędzić do Zielonej Góry. Nawet nie zdążyłam z nimi pogadać, dopiero już w trasie, telefonicznie… Może popłyniemy w szóstkę na jakiś spływ Lubicą? 😉

Choć Gubin już za mną, choć kolejny dzień zaraz upłynie, ja do tej pory podskakuję z radości.
Ach i jeszcze raz ach – dla takich chwil warto żyć.

PS – 8 grudnia. Jeszcze parę fotek – od p. Stefana.

Sesja foto.  😉

DODAJĘ SOBIE ANIMUSZU…

… i zamieszczam jeszcze kilka fotek z zielonogórskiego spotkania sprzed bez mała miesiąca (to zdjęcia z fejsbukowej strony Filii nr 1 WiMBP w Z G).
Mam nadzieję, że jutrzejsze spotkanie w Gubinie będzie równie udane.
Animuszu dodała mi też znajoma z klasy (telefonicznie) i pani, której komentarz przed chwilą zatwierdziłam pod poprzednim wpisem.
Cieszę się więc coraz bardziej na te gubińskie sentymenty, na jutrzejszy wyjazd, na powrót „do źródeł” (chyba jakoś prześpię tę noc?). 😀
A radość moja jest tym większa, że po spotkaniu mamy w planie powrót przez Zieloną Górę i odwiedziny u naszej wnusi Igusi!

Ponadto mam jeszcze jedną radość (na razie cichutką i bardzo nieśmiałą), która w pewien sposób też wiąże się z „Pelunią” – i ze srebrnymi włosami… Ale o tym na razie pst.

A w następnym wpisie będą już fotografie z Gubina… 🙂