ŁO MATKO

Gdybym wiedziała, ile to roboty z tym dobieraniem zdjęć do „Peluni” (zwłaszcza dla takiego szpotawca jak ja), to może nigdy bym się nie odważyła rzucać się w głębokie wody samowydawania.
Za późno się do tego zabrałam, idzie mi jak krew z nosa i wciąż nie jest z górki.
Ale nic to. Powiedziałam „a”, to przeczołgam się po następnych literkach alfabetu, ile ich tam będzie trzeba…
Kolega Gienek K. zapewne ma sto procent racji, mówiąc mi, żebym nie szła w kierunku tworzenia „albumu rodzinnego”, bo kogo prócz najbliższych to obchodzi? Gdybym była jakąś celebrytką albo Pelunia skandalistką, to co innego.  😉  A w ogóle to powinnam określić „krąg odbiorców” (jest z mojej półki i nie używa określeń „grupa docelowa” czy tym bardziej „target”).
Ło matko!

Matko, mamo, mamuniu Peluniu – chrzanić targety. Zęby zatnę, a doprowadzę rzecz do końca. Najwyżej zostanę z tymi książkami jak głupia. Janek mi dorobi dodatkową półkę i okej. 😀

Reklamy

ŚWIĘTA MARCOWE

„Dziś jest 11 marca. W kalendarzu już od dawna próżno szukać pod tą datą imienin Pelagii, ale mama twierdziła, że przed wojną zawsze je obchodzono tego dnia – i tylko ta data była dla nas jej świętem. Kończę więc pisać w dniu imienin Peluni. To mój ostatni prezent dla Niej.” I pod spodem: „Lubniewice, 11 marca 2013.”

Tak zakończyłam wspomnienia w roku 2013.
Teraz mamy rok 2019 i znowu jest 11 marca. Kalendarz podaje: Benedykta, Konstantego. Według Peluni obok Konstantego figurowało też jej imię. Więc co roku pod Konstantym dopisuję w kalendarzu: Pelagii.
Konstantego jest kilka razy, m.in. w styczniu, lutym, marcu, sierpniu, listopadzie. Imię pochodzi od „constans” – stały, niezmienny. No, no, no. Czy to pasuje do poety? Najsłynniejszy znany mi Konstanty to przecież Gałczyński. Zapewne stałość i niezmienność równoważył sobie walecznym indywidualistą Ildefonsem. 😉

Kalendarz imion pokazuje, że Pelagię też można znaleźć kilkakrotnie, nawet i w marcu, ale nie 11, a 23, ponadto 9 czerwca, 11 lipca i 8 października. Ba! Według strony internetowej imienniczek.pl również 19 i 21 października – choć nasze domowe kalendarze tego nie potwierdzają.
Nie wiem i pewnie nigdy się nie dowiem, gdzie podziała się Pelagia z 11 marca.

A jakie informacje o tym imieniu znajduję w necie? Otóż patronką mojej Peluni była żyjąca w II wieku święta Pelagia z Antiochii, która poniosła męczeńską śmierć za panowania cesarza Dioklecjana. Ale jeszcze ciekawsze jest to, że imię wywodzi się od greckiego słowa „pelagios”.
Czyli „marynarz”!!!
No, no, no, no, no!!! Marynarz! Był taki w życiu Peluni i to jak ważny! Ale na imię miał Florek…
„Kiedy bratu i mnie już się wyprostowały wczesnodziecięce kędziorki (szczególnie Andrzej miał sporo tych loczków), mama wzdychała czasem ni to żartobliwie, ni to z żalem: »Ach, gdybym wyszła za Florka, mielibyście kręcone włosy…« Wszyscy się oczywiście śmialiśmy z tego. Tata Bilinek również. Uważał te Pelunine sentymenty za nieszkodliwe.”

Gwoli sprawiedliwości dziejowej, marcowo – imieninowej, sprawdźmy też Józefa. O, ten to jest popularny – aż piętnaście razy w kalendarzu! W marcu dwa razy – 1 i 19. A patron Józków, wiadomo, nie byle kto – święty Józef z Nazaretu.
Mój tato obchodził imieniny 19 marca, chyba w najpopularniejszy z tych dni „ku czci”. Urodził się 17 marca, to i nic dziwnego, że mu babcia Stasia przydzieliła tak sławnego patrona.
Niedługo będzie 103 rocznica jego urodzin, a dwa dni później imieniny.

„Najczęściej jednak kupowałam Peluni kwiaty. Doniczkowe! Bilinkowi też. Marzec zapamiętam na zawsze jako miesiąc trzech świąt: imienin Pelagii, Józefa oraz Dnia Kobiet.”
Dzień Kobiet już za nami, ale dzisiejsze imieniny mamy i pozostałe święta marcowe – mojego taty – czczę tym wpisem.

Bilinki kochane, gdziekolwiek jesteście, Wasze zdrowie! ❤  ❤

PS – Hura, hura, hura! Wacek właśnie mi podesłał zdjęcie „Kalendarza Warszawskiego na rok 1773”.
„Ten kalendarz mam w domu. Zauważ, że to jedyne imię tego dnia” – napisał.
I co? BYŁO PELAGII 11 MARCA? Było! Tylko potem gdzieś ją wcięło.

Wacuszko, dziękuję, jesteś kochany!


CIENKO

Tak cienko, jak ma to drzewo na zdjęciu, przystrugane przez bobry. Zaraz runie. Coraz mniej komentarzy pod moimi wpisami – a i wcześniej nie było ich za wiele, jak na liczbę zaglądających (i czytających? – mam nadzieję).
Wejść: 48175
Komentarzy: 1264.
Najwięcej od Zuzanny kochannej, inni, jeśli już, czasem coś klikną na fejsie (o ile tam udostępnię).
W dodatku od pewnego czasu system dorzucił ewentualnym komentatorom nową kłodę pod nogi: już nie mogą się tu zalogować poprzez maila, tylko poprzez fejsbuka albo inne twittery. Wygląda na to, że cały świat jest teraz fejsbukowo-twitterowy. I jeśli cię nie ma na fejsbuku – nie istniejesz (np. mój mąż nie istnieje). „O, hańbo! świecie, gdzieś ty się zapadł?”, jakby zapytał K.I.G.

Nie piszę tego, żeby się uskarżać na brak popularności. Nie, nie, nie! Jeśli już – to na brak kumatości.
Bo sama jestem tak cienka w te klocki, że własnego systemu nie rozumiem (w dodatku on często zagaduje do mnie po angielsku).
Ot, starość i boczny tor. Jeszcze może nie odstrzał sanitarny, ale już blisko. 😦

ZAMIAST

„Koleżanka zdawała do szkoły teatralnej i poprosiła mnie, żebym poszła z nią na egzamin. W rezultacie ja się dostałam, ona nie.” Ileż ja już przeczytałam takich historii! – ostatnio w książce „Aktorki. Portrety” Łukasza Maciejewskiego.
Ciekawostka, prawda? Późniejsza gwiazda/gwiazdor miał/a zupełnie inne plany, wcale nie miał/a ochoty zdawać do szkoły teatralnej/muzycznej/plastycznej (albo też startować w konkursie na Miss/Mistera czy tp.). Tylko poszła (bo to częściej ona niż on) w charakterze osoby towarzyszącej.

Czyli co? Weszła wraz z koleżanką przed oblicze komisji egzaminacyjnej, nawet wcześniej nie złożywszy żadnych dokumentów i nie będąc na liście zdających, i komisja natychmiast poprosiła, by to ona powiedziała wierszyk? Czy może w korytarzu uczelni, gdy czekała, wypatrzył ją ten ważny Ktoś i od razu wiedział, że to Ona? Co tam papiery! Podanie i świadectwo przyniesie pani przy okazji, a teraz proszę bardzo, indeks jest dla pani! Tak?

Cholera, że też mnie nikt nie wypatrzył na jakimś korytarzu! A najlepiej na korytarzu wydawnictwa. Niekoniecznie jako towarzyszkę innej koleżanki pisarki. Tylko żeby to wydawnictwo samo z siebie w jednej sekundzie z oczu mi wyczytało, że chcę wydać książkę. A jeszcze lepiej, żebym nawet nie musiała się ruszać znad Arianki, a tego wydawcę natchnąłby duch święty. I proszę uprzejmie, wszystko zrobimy za panią, korekta, redakcja, setki odczytań tych samych stron, wybór zdjęć, skany, spis treści, przypisy – i czort wie, co tam jeszcze będzie potrzebne. Aż się boję myśleć.

Za to myślę, że się wyrwałam jak filip z konopi z tym samowydawaniem i iskierka, która miała rozniecić wielki ogień, za szybko mi zgasła.
Może przez ten wiatr, który duje od kilku dni (i nocy), tak nic mi się nie chce.
Bu.

STULECIE PELUNI

Panna Framówna – Jeszcze nie Pelunia, a Ela.

„Pelunia przyszła na świat 24 lutego 1919 roku, jako pierworodne dziecko Julianny i Jana Framów. Na chrzcie otrzymała imię Pelagia. Kto i dlaczego jej takie wymyślił? Rodzice? Dziadkowie? Nie mam pojęcia. Wiem tylko, że swojego imienia bardzo nie lubiła. Często wspominała nam o tym. W domu nazywano ją Pelą lub Pelasią. Gdy dorosła, o ileż chętniej była Elą. Tak nazywali ją znajomi i tego – tylko tego – imienia używał później jej mąż, Bilinek.
Ojciec Peluni, Jan Fram, do Poznania przybył „za chlebem”. (…) do Gaju chodził w konkury do przyszłej żony, Julianny z domu Jeżyk. Po ślubie, gdy znalazł pracę i mieszkanie, ściągnął Juliannę do miasta. A gdy ich rodzina miała się powiększyć, choć byli już „miastowi”, Julianna pojechała do Gaju, by swoje pierwsze dziecko, Pelunię właśnie, urodzić pod opieką matki.(…)
„Gaj Wielki, powiat Szamotuły”, mawiała, jakby chcąc tą wzmianką o powiecie dodać wartości miejscu swoich narodzin – tato niejednokrotnie żartował z niej, że „jest z Gaju”, chcąc w ten sposób podkreślić swoją wyższość warszawiaka z Powiśla (znalazł się w Poznaniu po wyprowadzce ze spalonej stolicy). Pewnie ani on, ani nawet mama nie wiedzieli, że z owego Gaju wywodzili się przedstawiciele znamienitych wielkopolskich rodów (…).We wspomnieniach Peluni występowały jednak biedne domy, w których podłogi, pewnie tylko marne polepy, posypywano piaskiem. Jako dziecko, nawet jeszcze będąc nastolatką, często spędzała tam wakacje.
Pelunia w piątej klasie – pierwsza z lewej w pierwszym rzędzie, „w szkolnym mundurku z dużym zaokrąglonym białym kołnierzem, drobniutka, śniada, lekko uśmiechnięta, z równo obciętą ciemną grzywką.”
Hania i Pelunia – imprezowiczki.
Rok 2009 – Jubilatka w dniu 90 rocznicy urodzin.

Mojej napisanej po bożemu „Peluni” nie chciał dotąd nikt, choć podesłałam tekst co najmniej kilkunastu wydawcom. (…) Ale jak pomyślę, że może jedyny kierunek to „selfpublishing”, czuję taką blokadę, jakby mnie osznurowano niczym baleron, unieruchomiając wszystkie członki – pisałam pod koniec stycznia.
Zaś już w lutym: Po przymiarkach wstępnych jestem u progu podjęcia decyzji, żeby ruszyło z kopyta.

BOWIEM OLŚNIŁO MNIE! – że gdy zostanę osobistą sponsorką osobistej książki, nie będę musiała tańczyć, jak mi wydawnictwo zagra (jakieś hipotetyczne, którego łaski może wreszcie bym się dożebrała).
Sama sobie będę wydawcą i zrobię z książką, co mi się spodoba!  😀

Tak tedy nadeszła wiekopomna chwila, by ogłosić:

UCZCZĘ STULECIE PELUNI! ❤ 

WŁAŚCIWIE JUŻ CZCZĘ.

– Zuzanna, fanka „Peluni” (tak samą siebie nazywa od czasu przeczytania pierwszej wersji wspomnień zakończonej w r. 2013, potem aż do wczoraj uzupełnianej i szlifowanej), dopingująca mnie od dawna, zrobiła korektę tekstu. Wyłapała zaimkozę i inne kuchy, dała mi wiele cennych uwag i rad.

– Redaktor Kurzawa zaoferował pomoc w wydaniu książki, wskazał rozwiązania techniczne (skład, druk, ilość egzemplarzy, przybliżony koszt itp.), i świadomość jego „patronatu” pomogła mi wszcząć kroki, by słowo wreszcie stało się ciałem.

– Wackowi i Joli wysłałam wczoraj tekst do „naczytania”, bo wyłapywania literówek i ewentualnych zgrzytów nigdy nie dość.

I Bilinek ożenił się z Pelunią, dzięki czemu przyszłam na świat”…

A po latach napisałam, co z dawnych czasów zapamiętałam. I niczego nie nazmyślałam! 😀

Ciąg dalszy (meldunku z frontu wydawniczego) nastąpi…

PS – Setną rocznicę urodzin Peluni uczcimy dziś kolacją krewetkową. Nie wiem, czy moja mama kiedykolwiek jadła krewetki (może gdy była na Majorce?), ale myślę, że by jej smakowały.

OPRÓCZ PISANIA NAJBARDZIEJ LUBIĘ GOTOWANIE

Pisać lubię, bo jestem grafomanką, a gotować – bo lubię i już.
Zawsze kiedy mam do wykonania czynności upierdliwe, np. sprzątanie czy rycie w ziemi, zaczynam od stanięcia przy garach – nawet gdy garkuchnia nie pili. A tę resztę, za którą nie przepadam, traktuję potem z doskoku, a bywa, że i wcale.

Dziś przyczyny naturalne wyzwoliły mnie od tych kombinacji. Od rana padało, uznałam się zatem za całodniowo zwolnioną z czynności ogrodowych. Najpierw pisałam (takie tam), potem uwarzyłam obiad dwudaniowy pt. botwinka (zamrażam na zimę i jest prawie jak świeża) z jajkiem plus pulpety w pysznym sosiku z surówką z kiszonej kapusty i brokułami.

Pisarką jestem domową, kucharką też. Nigdy nie stworzę epokowych dzieł literackich ani nie przyrządzę dania na miarę Gessler, Makłowicza czy innego Okrasy. Ale ważne, że mężowi smakuje. A ma porównanie, bo jego mama Janinka gotowała smacznie, że hej. Gołąbków nigdy w życiu nie zrobię takich, jakie wychodziły spod jej ręki (za to pierogi ruskie robię lepsze).

Co ciekawe, na kucharkę absolutnie się nie zapowiadałam:
Rodzice zresztą uważali, że jeszcze się zdążymy w życiu napracować, i nie obciążali nas za bardzo obowiązkami (poza, rzecz jasna, najważniejszym: „masz się uczyć!”). Gdy Peluni wypadał dzienny dyżur w hotelu, do nas należało obrać ziemniaki czy odgrzać zupę. O gotowaniu czegoś więcej niż ziemniaki długo nie miałam pojęcia i wcale mnie nie ciągnęło, by się w te tajniki zagłębiać. Mama trochę załamywała ręce, a trochę chyba przyznawała mi rację, że na razie nie ma takiej potrzeby, a gdy będzie, to się nauczę.(…)
A po latach…
Tato, gdy Janek poprosił o moją rękę, ostrzegł go: „Jak chcesz. Ale pamiętaj, że ona gotować nie umie, sprzątać nie lubi, a pysk ma od ucha do ucha”. Sympatyczna anegdota – tym bardziej, że pyskowanie już dawno za mną i wyrosłam na dobrą gospodynię, za sprzątaniem wprawdzie nadal nie przepadam, ale gotować naprawdę lubię. Rodzice bardzo się cieszyli, że się proroctwa taty nie spełniły, a Pelunia zwłaszcza z tego, że odziedziczyłam po niej miłość do garów. No, miłość to może za duże słowo – lecz wiele rzeczy w kuchni robię tak, jak ona robiła. I obiady w moim domu, tak jak u niej bywało, też zwykle są dwudaniowe. Tylko w desery, gdy dzieci urosły, już się nie bawię.

To fragmenty moich wspomnień. Rodzice może gdzieś tam z góry przyglądają się z uśmiechem, jak stoję przy garach. Peluniu i Bilinku, Wam ten wpis dedykuję.

PS – Na osi lubienia pomiędzy „wysokim” pisaniem a przyziemnym gotowaniem mam sporo innych punktów, ale nie będę już przynudzać. 😉

WIOSNA W LUTYM – FOTOREPORTAŻ ZNAD ARIANKI


Tylko patrzeć, jak się wszystko zazieleni.

Plus piętnaście w głębokim cieniu! Gdzie te „lute zimy”? Nie, żebym tęskniła. Nie lubię mrozów. Ale zima całkiem niezimowa to dziwactwo i byle nie przypomniała o sobie w maju!
A oto nasz wczorajszy dzień lutowo-wiosenny, słoneczny, ciepły i pracowity:

Drwal rąbał – właściwie: właśnie zakończył tygodniowe rąbanie.

Potem pomógł ogrodniczce, która odchwaściła co nieco, bo się już kwiatki rwą do kwitnienia i trzeba było je wydobyć spod suchych farfocli.

Poza tym – jak to na przedwiośniu. Krety szaleją, dziki ryją.
Codziennie przynajmniej jedno nowe kretowisko, tak tu mamy. 😦 A w środku calutkiej naszej górki takie podziemne państwo krecie, że niedługo się zapadniemy!
Ledwo zaczęłam, a już mam zakwasy. Jeszcze tyle roboty, bu. Ale po kawałeczku, po malutku chyba jakoś te suchary ogrodowe ogarnę?

A, co tam! Ławeczka i łączka nadariańska już czekają na rozpoczęcie sezonu ogniskowego.

A gdy zegar ogrodowy pokazał, że niedługo obiad, grabki zamieniwszy na chochlę, wróciłam do garów.
Na kolejne dni też się zapowiada ładna pogoda, więc ciąg dalszy ogrodnictwa nastąpi. Nawet dziś, gdy mamy 42 rocznicę!!!  😀

Nigdy nie przepadałam za pracą w ogrodzie i jeśli nawet na początku za mocno się rozpędziłam z tymi kwiatkami i krzaczkami wokół domu, teraz czynię sporo, by miejsc do obróbki mieć jak najmniej. Ale przecież nie zaorzę wszystkiego! Poza tym – miło spojrzeć na to, co człowiek właśnie „obrobił”.
Więc po kawałeczku, po troszeczku – i tak aż do jesieni… 😉