ZAPOMNIAŁAM!!!

Ale czegoś tam szukałam na blogu i przypadkiem natrafiłam na wpis z 11 maja ubiegłego roku, obwieszczający czwartą rocznicę mojego blogowania.

Znaczy się – kilka dni temu minęła PIĄTA!!!

Składam sobie zatem najserdeczniejsze GRATULACJE! 😀

Reklamy

JĘZYK GIĘTKI

Chodzi mi o to, aby język giętki
Powiedział wszystko, co pomyśli głowa:
A czasem był jak piorun jasny, prędki,
A czasem smutny jako pieśń stepowa,
A czasem jako skarga nimfy miętki,
A czasem piękny jak aniołów mowa…
/Juliusz Słowacki/

Wierszyki kleciłam we wczesnej młodości, a w wieku mocno dojrzałym co najwyżej jakieś limeryki czy odwódki. Nie aspiruję do aniołów mowy.
Właściwie w prozie również. Nie wymyślę żadnych skarg nimfy à la Słowacki, nie mam poskoku do słopiewni Tuwima, kudy mi do językowych sztuczek w powieściach Masłowskiej. Nie czynię usiłowań, nie mam ambicji ani nawet nie próbuję ich mieć.

Mój język giętki, a właściwie mój język prędki, co najwyżej powie coś szybciej, niż pomyśli głowa.
Tak zdarzyło się nie dalej jak wczoraj i o tym donoszę w niecodzienniku: https://kobietadomowa.wordpress.com/codziennie-choc-jedno-zdanie/uff/

JUŻ WIOSNA PODROSŁA I BZAMI TCHNIE

Jak w piosence z Kabaretu Starszych Panów…

Dom mojego dzieciństwa stał nad rzeką w otoczeniu bzów. Mam o nich tylko wspomnienie:
Gęste, liliowo kwitnące krzewy stanowiły żywopłot odgradzający od rzeki część naszego podwórza i kawałek ogrodu. Szczególnie te w ogrodzie tak obfitowały w kwiaty, że mogłam bezkarnie rwać wielkie ich naręcza – co robiłam zwykle z okazji majowych imienin babci Stanisławy (gdy akurat u nas gościła) oraz, jeśli wiosna zdarzała się późniejsza, dla Peluni, w Dniu Matki.
Najpiękniejszy bez (oczywiście nikt z nas nie używał poprawnej nazwy „lilak”) rósł przed domem od frontu, pod oknem sąsiadów. Kawałeczek dalej znajdował się jeszcze jeden bezek, dość mizerny, bo w cieniu. Za to ten główny krzak, drzewko prawie, prezentował się naprawdę okazale, przynajmniej ja go tak zapamiętałam. Miał bardzo duże, fioletowe kwiaty z lekko bordowym odcieniem. Pojedyncze. (…)
Tak czy siak – od czasów mojego dzieciństwa kocham bzy i to najbardziej właśnie te liliowe, z pojedynczymi kwiatami…

Już od dawna tam nie mieszka nikt z mojej rodziny, choć widuję ten dom w czasie pobytów w Gubinie. Zmieniła się jego elewacja, inaczej wygląda podwórze i bzów naokoło też już nie widać.
Na szczęście mam znowu, jak w piosence Starszych Panów, „domek cały w bzach”, chociaż w innym mieście i nad inną rzeczką. W tym roku krzewy – niektóre to już nieomal drzewa – obsypane są ogromną ilością kiści. A jaki zapach wokół!


Tylko czemu ta przyroda tak przyspieszyła? Cały świat taki rozpędzony, ona też? Kasztany kwitną, mimo że jeszcze nie rozpoczęły się matury, a bzy to już w ogóle szaleństwo. Dopiero koniec kwietnia przecież. Do imienin Stanisławy, czyli do 8 maja, może by jakoś dotrwały ich resztki, lecz dziś już nie mogłabym nimi obdarować mamy w Dniu Matki.

Zawsze mnie wzruszał ten fragment „Syzyfowych prac”:
Przede wsią w pustce, na wzgórzu stała drewniana kapliczka, spróchniała już zupełnie od przyciesi aż do żelaznego kogutka na szczycie dachu.
Dokoła tej staruszki rosły bujne bzy z ogromnemi kiściami pachnących kwiatów.
Marcinek szybko skoczył ku kapliczce, wspiął się na płot i ułamał ogromny pęk kwitnących gałęzi. Wózek oddalił się i zbliżał już do wioski. Chłopiec rzucił się pędem po równej już tam drodze, strząsając rosę z kwiatów i, zziajany, cały ten pęk rozkwitły rzucił matce na kolana.
Nie miała serca wymawiać mu, że obrabował biedną, starą kapliczkę.
Modre kwiateczki odrywały się, spadały wraz z kroplami rosy i lgnęły do jej palców, a duszny zapach tak dziwnie ją upajał.

Fotografując dzisiaj swoje bzy, myślałam oczywiście o Peluni…

TĘSKNOTA

Ta pani pośrodku, w ciemnym futrze i futrzanym berecie, to moja mama Pelunia. Jak widać, turnus sanatoryjny, na którym przebywała, odbywał się zimą. Tłem jest zaś to samo, co towarzyszy nam od bez mała trzech tygodni – „spacerniak” Domu Zdrojowego w Świeradowie! Który to może być rok? Pewnie lata sześćdziesiąte. W każdym razie mama była wtedy dużo młodsza niż ja teraz. Nawet nie pamiętałam, że jednym z miejsc jej sanatoryjnych pobytów był Świeradów-Zdrój, dopiero niedawno odkryłam to na dawno już zeskanowanym zdjęciu.
A obok – ciągłość pokoleń, czyli ja w tym samym miejscu.

Tęsknię za mamą…

Coraz bardziej tęsknię też za domem. Oboje z Jankiem odliczamy dni, godziny, ostatnie zabiegi. Już nie możemy się doczekać widoków nad- i zaariańskich, zieloności i kwiatów wokół tarasu, lubniewickich jezior.
I jajecznicy ze szczypiorkiem! 😀

WYPOCZYWALNIA

Po zabiegach radoczynnych pt. kąpiel, basen czy inhalacje, wskazane jest nie wylatywać od razu z zabiegowni, tylko posiedzieć 10 – 20 minut w specjalnym pomieszczeniu. Nazywa się ono wypoczywalnią i jest dość dużą salą z fotelami pokrytymi udającą skórę dermą.
Jako pacjentka pilna i subordynowana, korzystam zawsze z tego pomieszczenia, oddając się lekturze.
Wkurza mnie jedynie, gdy jacyś odpoczywający gadają z sobą niczym u cioci na imieninach, niestety poza przesyłaniem im karcących spojrzeń, które mają wiadomo gdzie, nie mam odwagi prosić, by stosowali się do nakazu zachowywania w wypoczywalni ciszy. Staram się zresztą mieć miłosierdzie i wyrozumiałość dla ludzkich słabości, wszak pogoda ducha to też warunek udanej kuracji.
A jedna pani dziś (w innej zabiegowni, gdzie serwują nam, jak mówi Janek, elektrowstrząsy) drugiej, mocno rozgadanej pani powiedziała: „Proszę tyle nie mówić, potrzebujemy tu relaksu” i tamta się natychmiast zamknęła. Nie wiem, co za pani była tą proszącą, bo leżałam za zasłonką i w okolice kręgosłupa szyjnego walił mi prąd, ale miałabym ochotę jej podziękować. Bardzo sobie cenię te chwile milczącego relaksu w wannie czy na kozetce (w ogóle z wiekiem funkcja milczenia zamiast gadania po próżnicy sprawia mi coraz większą frajdę). W zbiorowisku sanatoryjnym zaś najlepiej w tym względzie jest na inhalacjach, bo tam wszyscy mają w dziobach ustniki i z konieczności nic nie mówią. Z powodu zasłonki nie wiem też, która to pani umilkła dopiero po interwencji. Może ta sama, która jednego razu szczyciła się głośno, że jajka na kolację bez sinych obwódek przy żółtkach to jej zasługa, ponieważ gdy kiedyś podano takie, poleciła kelnerce w jadalni przekazać kucharce, „żeby sobie te jajka sama zjadła”. I w ogóle „jedzenie jest tu beznadziejne” – podczas gdy nie jest. Cóż poradzić – i takich ludzi święta ziemia nosi.

W wypoczywalni przeczytałam już dwie książki, teraz czytam trzecią.
Kolejno to:
„Jak zawsze” Zygmunta Miłoszewskiego. Wizja roku 1963 w Warszawie, w sojuszu (ale bardziej poddańczym niż równopartnerskim) z Francją, po pogonieniu w 1947 dominacji sowieckiej – czyli coś a’la światy równoległe. Nie ma Pałacu Kultury, za to nad miastem góruje jakiś grzmot w barwach flagi francuskiej. To jeden ze znaków tego innego, równoległego. Wszystkie one pewnie stanowiłyby gratkę dla warszawiaków znających doskonale topografię stolicy. Ja się do nich nie zaliczam, za to byłam w restauracji „Złoty Lin” w Serocku (kto czytał książkę, ten wie, o co chodzi).
Bohaterowie powieści dostają szansę zrobienia tego, na co przed laty się nie zdecydowali, w ogóle poprowadzenia swojego życia inaczej.
Czy mając taką szansę, zdecydowałabym się na „jak nigdy”, czy jednak wolałabym „jak zawsze”?

„Nieznane więzi natury” Petera Wohllebena.
W Szwecji rośnie drzewo,które ma ponad 9 tysięcy lat. A ludziom jak ja mającym jasną skórę i niebieskie oczy „każdego ranka wymarły gatunek przesyła z lustra ostatnie pozdrowienia”.

Zanim jednak wymrę, powypoczywam jeszcze trochę w wypoczywalni.
W ogóle cały Świeradów się zrobił jedną wielką wypoczywalnią i spacerowalnią. Pogoda nam dopisuje, w ostatnich dniach wręcz letnia, więc na ławkach kilku panów rozebranych do gaci wystawia do słońca swoje brzuszyska. Niby ich brzuchy, ich sprawa, ale dlaczego na oczach ludzkich, na deptaku spacerowym pod Domem Zdrojowym, w jednym z najbardziej uczęszczanych miejsc?
Na szczęście fontanny już działają, akordeoniści wygrywają swoje melodie, pod parasolem w kawiarni na świeżym powietrzu można znaleźć miły cień i schłodzić się zimnym piwem.
Więc niech sobie tacy nieestetyczni brzuchaci panowie zażywają relaksu na swój sposób, skoro tak lubią. Trzeba być dobrym dla ludzkości. Tak jak w opowiadaniach ze zbioru „Moja kochana dumna prowincja” Kornela Filipowicza. To ta trzecia książka; jeszcze jej nie skończyłam, ale zrobię to niebawem – przede mną ostatnie dni wypoczynku w wypoczywalni.

Niby czas kuracji przeleciał galopem, jednak trzy tygodnie to trochę przydługo. Już tęsknimy za domem…

KRYŠTOFOVO PRZYSŁUPOWO

Dom przysłupowy to drewniany lub murowano-drewniany dom łużycki z podziałem na część warsztatową i mieszkalną oraz stajnię. Pierwsze powstały w średniowieczu na terenie Górnych Łużyc, potem rozprzestrzeniły się. Rzemieślnicy zamieszkujący te budynki wraz z rodzinami zwykle zajmowali się tkactwem.
„Tatka tka i matka tka a praczka czka i czkając tka”, jak w Kabarecie Starszych Panów śpiewał Wiesław Michnikowski. Czy tkali tak w domu przysłupowym? Sądząc z tekstu piosenki, jednak nie, bo warsztat nieszczęsnemu dziecięciu tkał nad głową, na poddaszu, a nie na parterze.
Bliscy nieszczęśnika tkali tak lata całe, aż…
…Z biegiem losu zrządzeniem losu pracowity tata zgasł.
Potem mama w ten sam sposób z praczką opuściły nas.
Potem, żona po kryjomu znikła z panem z vis a vis.
Może teraz spokój w domu? Gdzie tam! W nocy straszą i…
Tatka tka i matka tka, a praczka czka i czkając tka.

Nieźle się musiał taki dom tkaczy natrząść i nadrżeć! Żeby pracujący na okrągło warsztat wprawiający w drgania cały budynek nadmiernie mu nie zagrażał, wzmacniano konstrukcję drewnianymi słupami. Spoczywa na nich główny ciężar górnej kondygnacji, stanowią jednocześnie niewątpliwą ozdobę domu.
Najwięcej takich budynków znajduje się na pograniczu Czech, Polski i Niemiec. W Polsce najliczniejsze są w Bogatyni (200 obiektów).

My naszą „przysłupową” trasę rozpoczęliśmy od Wolimierza. Są tam jeszcze pozostałości domów przysłupowych, lecz tkactwa, z którego jeszcze w latach powojennych utrzymywały się całe rodziny, już w nich nie uświadczysz.

Głównym celem naszej wycieczki była jednak inna miejscowość: Kryštofovo Údolí w Czechach, w powiecie Liberec.
W całej Republice Czeskiej znajduje się ok. 3600 domów przysłupowych. Wieś Kryštofovo Údolí z pewnością znajduje się w czołówce ich listy. Malowniczo położona w dolinie rzeki Rokytki, w dawnych wiekach była osadą węglarzy i przemytników. Czy oni przy okazji tkali, tego nie wiem, lecz miejscowość słynie z dużej ilości domów przysłupowych. Ma też sporo innych obiektów wartych zobaczenia, m.in. dwa piękne wiadukty, XVII-wieczny drewniany kościół św. Krzysztofa (jak nazwa wskazuje, patrona miejscowości – w jego imieniny odbywają się we wsi słynne jarmarki), muzeum jasełek i… wodopój w postaci sikającego psa (jego pomysłodawca Martin Chaloupka stwierdził, że skoro europejska Bruksela ma sikającego chłopca, to może europejska Kryštofovo Údolí mieć takiego psa) .

Przetuptaliśmy wczoraj sporo kilometrów, ale warto było! Napstrykaliśmy masę zdjęć, zamieszczam tylko kilka z nich. A na finał oczywiście było české jidlo a pivo. 😀

/Zdjęcie z Wolimierza – znalezione w necie, fot. Morgan2005, pozostałe – moje/

LIEBESFROSCH (NA DRZEWOMARMELADASKRZYNCE)

… czyli zapiski wesołej kuracjuszki.

Kiedy jako licealistka zakochałam się w Gałczyńskim i czytałam jak leci wszystko, co napisał, zaśmiewając się przy „Zielonych Gęsiach”, natrafiłam też i na to:

Hitler:
(chodzi szybko po schronie; czasem przystaje ni w pięć, ni w dziewięć i zamyśla się)
Ewa Braun:
(siedzi na skrzynce od marmolady; patrzy w Publiczność):
Rosenberg miał rację. Hat recht gehabt. My jesteśmy mitem XX wieku. My, to znaczy ja i (gest oczami w stronę Hitlera)
on. Miłość! Die Liebe. Adolf, czy chcesz, żebym ci się oddala na tej drzewomarmeladaskrzynce? Po raz ostatni? A może cyjankali chcesz? To przecież koniec.
Detonacje. (…)
Adolf, proszę cię, usiądź się na tę drzewomarmeladaskrzynkę. Jeżeli skrzynka będzie kaputt iść, to co my możemy na to? Wszystko jest los. Alles ist Schicksal. Nie? Masz glowaból? Nie masz żadnego? Ty jesteś bohater. Słodki świniopies ty. Czy masz mnie zawsze jeszcze chętnie?
(śpiewa)
Du bist so stolz und fern
und hast mich doch so gem,
wenn ich in deine Augen schaue
ganz insgeheime,
ganz insgeheime.
(patrzy na zegarek)
Pięć zegar. Podwieczorek robić. Adi, chcesz kawę i kuchen? Powiedz, że chcesz. Ja chcę. Ale gdzie jest nasz kawadzbanek? Nie widzę żaden. Goebbels?
(złodziejski ruch ręki)
Nie, to nie przychodzi w pytanie. Mały doktor hat sich już sam wykończył. Der schlane Fuchs. Ale kawa mu przez to ostygła.
A my po kawie…
(gest oznaczający samobójstwo)
Ciemność, detonacje.

Koniec
„Ewy Braun i Hitlera”

To fragmenty „Zielonej Gęsi” pt. „Ewa Braun i Hitler” (całość można przeczytać tu: http://www.kigalczynski.pl/inne/ewabraun.html).
Niewątpliwie tekst jest wyrazem dość czarnego humoru, a mnie szczególnie śmieszyły te niemieckie kalki w postaci marmeladaskrzynki, kawadzbanka czy kaputt iść.

Dlaczego przypomniała mi się ta właśnie sceniczna miniaturka? Ponieważ jej bohaterka podobno bywała tu, gdzie właśnie ja przebywam. Tak w każdym razie głosi legenda. Że panna Braun przyjeżdżała do Świeradowa (który oczywiście nie był wówczas Świeradowem, tylko Bad Flinsbergiem).
Do dyspozycji miała okazałą willę o nazwie Rezydencja Marzenie.
Jak informuje tablica na ogrodzeniu, jest to „wspaniała willa krajobrazowa łącząca stylową architekturę modernizmu z dzikim parkiem pejzażowym”. Niezły zameczek, prawda? Powstała w 1901 roku, fundatorem był berliński przemysłowiec Juliusz Pintsch, wykonawcami – firma budowlano-architektoniczna Cremera i Wolffensteina z Berlina (ta sama, której dziełem jest Dom Zdrojowy).
Obiekt został zbudowany w modnym pod koniec XIX w., charakterystycznym dla uzdrowisk stylu „szwajcarskim”, a na terenie otaczającego go parku umiejscowiono też fontannę.
Poszliśmy oczywiście na spacer „tropem willi”, wszak podczas pobytu w uzdrowisku spacery stanowią element nieodzowny. Niestety, zza ogrodzenia, wśród otaczających rezydencję mocno już rozrośniętych zdziczałych drzew i krzaczorów, niewiele widać, a wstępu na teren rezydencji obecny właściciel zabrania; zresztą w chwili obecnej w willi nie widać śladów życia.


Nie wiem, kto tę rezydencję posiada i jakie ma plany, oby tylko nie czekał jej taki los jak naszego lubniewickiego „Zamku”, obecnie będącego własnością Lubomirskich (ale to już osobna historia).
Czy zresztą Ewa Braun naprawdę w niej zażywała życia kuracjuszki? Stuprocentowej pewności nie ma. Wiele miejscowości uzdrowiskowych lubi się szczycić sławnymi ludźmi. Na przykład Krynica – Janem Kiepurą. Zaś w Karpaczu (to jest niemieckim Krummhübel) rezydował Hermann Göring – jednak już to, czy jego rezydencją był Zameczek, czy jakieś inne domiszcze, też nie jest takie pewne.

 Od legendarnych willi przechodzę więc do legendy o żabie.
Żaba, uwieczniona tu w wielu miejscach – w postaci np. wybrukowanego obrazka będącego fragmentem chodnika czy metalowych figurek zdobiących fontannę na pograniczu parku zdrojowego i deptaka – jest rozpoznawalnym znakiem Świeradowa. Podobno na początku XVI wieku berliński lekarz Leonard Thurneyssen, po obserwacji spoczywających w jednym ze źródeł doskonale zakonserwowanych zwłok żaby, odkrył wspaniałe, lecznicze właściwości tutejszych wód. Stąd upamiętnienie żabki jako efektu cudownego działania świeradowskich zdrojów. 

Ba! Dziś wiadomo, że nawet agawy licznie zdobiące taras spacerowy przed Domem Zdrojowym (właśnie po zimie je wyniesiono na zewnątrz), podlewane tą wodą – kwitną! Zdarzyło się już kilka takich przypadków.
Ani chybi, po radoczynnych kąpielach, basenach i inhalacjach, zakwitniemy i my! 

Choć śladów Ewy Braun w Świeradowie już się nie uświadczy, zbitki typu drzewomarmeladeskrzynka nadal mają się tu dobrze. A to za sprawą kuracjuszy niemieckich, których pełno w uzdrowisku. I bardzo dobrze, bo dzięki temu kwitną nastawione na niemieckich klientów sklepiki, miasto się bogaci i pięknieje (żeby nie robić nadużyć czy przekłamań – ponoć rozkwit Świeradowa to głównie zasługa operatywności obecnego burmistrza, a także, to widać – pozyskiwania funduszy unijnych).
Na deptaku i w Domu Zdrojowym słychać zatem często język niemiecki. Ceny w tutejszych lokalach gastronomicznych i sklepikach też są „niemieckie” (chyba mi rozum odebrało, gdy płaciłam 7 zł za szmatkę do rąk wielkości kartki papieru!).
Prócz niemieckiego słychać też rosyjski (rosyjskojęzyczny kuracjusz zagadnięty w windzie „Atkuda wy?”, powiedział, że z… Niemiec – i faktycznie, mówią po niemiecku z rosyjskim akcentem, czort ich znajet, skąd są).


A bywa, że koło świeradowskiej fontanny (jak widać na fotce, jeszcze przedsezonowej, bez wody) przechadzają się również emeryci mówiący po czesku. Też nie wiem, czy świeradowscy kuracjusze, czy raczej wycieczkowicze, wszak granica z Czechami znajduje się o krok.
W każdym razie cztery żabki na tej fontannie, takie do głaskania, na miłość, zdrowie, szczęście i bogactwo, mają tabliczki z napisami w kilku językach. Po niemiecku oczywiście informacje mają postać jednowyrazowych zrostów, tak jak ta marmeladeskrzynka czy głowaból.
Żeby nie być gołosłownym (przepisuję z fontanny):
лягушка к  любви  – Liebesfrosch
żabka na zdrowie – Gesundheitsfrosch
The Frog for Happiness  – Glückfrosch
Žabička pro bohatstvi – Geldfrosch

Ale ja to mam doch so gern! 😀
Zaś w sanatoryjnej szafie mam aż dwie sukienki wisieć. Zabrałam je tutaj, wszak tańczenie na wieczorkach tanecznych, prócz zabiegów, klimatu, spacerów i wód, jest też elementem uzdrowiskowej kuracji, co pamiętam z mojego poprzedniego pobytu sanatoryjnego w Cieplicach. Lecz Janek nie tancor i się nie kwapi, a i we mnie już coraz mniej z dawnej tanecznicy, która w czasach szkolnych czy studenckich nie była w stanie opuścić choćby jednego tanzabendu.
Więc zrobiłam pochop z tymi sukienkami. Co najwyżej w niedzielę w którejś z nich się udam do jadalni sanatoryjnej na obiad. Bo zapędy tańcujące chyba będą kaputt iść. 😉