IDĄ ŚWIĘTA…

Krok po kroku, krok po kroczku,
Najpiękniejsze w całym roczku
Idą święta… – Jak śpiewają w Trójce.

Bywało w naszym domu nad Arianką, że do świątecznego stołu zasiadało nas 14 osób. Czasem mniej, ale zawsze więcej niż dwoje (czyli ja i mąż).
W tym roku bodaj po raz pierwszy od wielu lat nie zapraszaliśmy nikogo z rodziny, marzyła się nam Wigilia tylko w najbliższym gronie – czyli z naszą Młodzieżą i przede wszystkim z Dzieciąteczkiem.
A tu kicha! Młodzież na Wigilię do nas z różnych przyczyn przyjechać nie może…
Przyjdzie nam więc z Jankiem świętować tylko we dwoje.  😦

Smuciłam się przez kilka dni, ale w końcu zobaczyłam w tym jakąś wartość. I sentymentalny powrót do przeszłości…

Więcej na ten temat tu: https://wp.me/P3waVI-1yt

/zdjęcia są z roku 2016/

AŻ PODSKAKUJĘ Z RADOŚCI

Było fantastycznie!
Naprawdę nie sądziłam, że aż tak się może udać to spotkanie – z „Pelunią” i mną, jej autorką, ale przede wszystkim z GUBINIANAMI, jak dziękczynnie napisałam na finał w księdze pamiątkowej biblioteki.
Tylu ludzi miało ochotę przyjść, tyle kwiatów, upominków i dobrych słów dostałam, tyle było wzruszeń, zaskoczeń, miłych rozmów – że do tej pory nie umiem się otrząsnąć z emocji, choć się już nimi dzieliłam z mężem (powiedział po spotkaniu, że jest ze mnie dumny), z bratem, z przyjaciółmi…
Oczywiście opowiedziałam i o tym, jak powstała moja książka, jak ją wydałam, usłyszałam miłe opinie o „Peluni” tych, którzy ją już czytali… Co ciekawe, więcej ludzi pamiętało mojego tatę, nie mamę, i tym sposobem akcent z peluniowego przesunął się na bilinkowy, z czego na pewno oboje się cieszą, tam gdzie są. Ale tak jak pragnęłam, nie było to spotkanie „promocyjne” (zresztą miałam już ostatki „Peluni”, jedną podarowałam gubińskiej bibliotece, pozostałe się rozeszły w trymiga – i zostałam z jedynym jedyniutkim egzemplarzem, moim własnym, to tak przy okazji).
Było to spotkanie „gubińskie”, a nie tylko „bilińskie”. Ogólnowspomnieniowe.  
Przygotowałam sporo zdjęć, nie tylko ze zbiorów rodzinnych, dużo – starych gubińskich; pokazywane na ekranie, budziły żywy odzew, ludzie wspominali, opowiadali o ulicach, co tam się znajdowało, kto gdzie mieszkał, kto miał pierwszy telewizor, kiedy hotel Nysa zaistniał na ulicy Dąbrowskiego, jak wyglądał kiedyś budynek Parkowej… i jeszcze sporo tp.
Fantastyczne były też rozmowy „ w kuluarach”, poznałam (lub rozpoznałam, choć nie tak od razu) kilka osób znanych mi dotąd tylko ze strony gubińsko/gubeńskiej lub takich, które znałam w czasach szkolnych i już nie pamiętałam; przyszło też kilkoro znajomych z dzieciństwa, słowem – czad!

Ogromnie jestem wdzięczna. Panu Stefanowi ze Stowarzyszenia, Romkowi i paniom z biblioteki, Marzennie ze strony gubińsko/gubeńskiej (wreszcie ją poznałam w realu!), Beacie, Tadkowi, Rysiowi, Jadzi, Izie, Bogusi (czyli „tej pani od dodającego mi animuszu komentarza” – okazała się być koleżanką z liceum, o dwie klasy młodszą, z którą robiłyśmy gazetki na kółku polonistycznym!) i jej przemiłej znajomej Teresie, Ewie, Andrzejom, panu Zygfrydowi, Danucie, Janowi, p. Julianowi, p. Genowefie i tym wszystkim, którzy byli obecni i bardzo mi życzliwi (przepraszam, jeśli kogoś pominęłam lub nie rozpoznałam!)…  ❤ (i oczywiście mojemu mężowi Jankowi, który mnie wspiera i wozi! ❤ ).
To naprawdę było „spotkanie trzeciego stopnia”. 😀 .

A największe zaskoczenie i najwspanialsza niespodzianka… Ale po kolei, jeszcze trochę postopniuję napięcie.
Wyjechaliśmy z domu z piętnastominutowym poślizgiem, ale i tak z półgodzinnym zapasem, który miał mi się przydać, gdy już dotrzemy na miejsce. Spałam tej nocy dobrze (jak na mnie, nawet bardzo), więc jechałam spokojna – aż do momentu natrafienia na zalecenie objazdu wsi Debrznica. My jednak, w ślad za innym samochodem, zalecenie zignorowaliśmy. I tu już moje samopoczucie trochę się podgrzało – nim okazało się, że postąpiliśmy słusznie, bo przez wieś jakoś dało się przejechać. Za to drogocenne minuty straciliśmy w Krośnie Odrzańskim. Co tam minuty, grube pół godziny! Bo Krosno rozkopane, ruch wahadłowy, korki na bardzo długim odcinku… Myślałam, że mnie rozerwie z nerwów. Na szczęście po przejechaniu przez miasto można już było popędzić, więc w bibliotece zjawiłam się wprawdzie „na ostatnią chwilę” i już nie zdążyłam nawet poprawić fryzury, ale za to 3 minuty przed czasem.
Ledwo zdołałam się trochę uspokoić, wejść na salę (sporo ludzi już było w środku), coś tam ustalić z panem Stefanem, patrzę… (w pierwszej sekundzie pomyślałam, że mi się to śni!) – wmaszerowuje Jola, za nią Wacek, a za nimi Ela i Darek!!! Nasi wojcieszowsko-jeleniogórscy współspływowicze i kochani przyjaciele. To dopiero był szok! Niesamowita niespodzianka. Chciało im się przyjechać z tak daleka, po to tylko, by być ze mną na tym spotkaniu, choć wiedzieli doskonale (jeszcze poprzedniego dnia rozmawiałam z Wackiem, prosząc o trzymanie kciuków), że potem my mamy w planie co prędzej popędzić do Zielonej Góry. Nawet nie zdążyłam z nimi pogadać, dopiero już w trasie, telefonicznie… Może popłyniemy w szóstkę na jakiś spływ Lubicą? 😉

Choć Gubin już za mną, choć kolejny dzień zaraz upłynie, ja do tej pory podskakuję z radości.
Ach i jeszcze raz ach – dla takich chwil warto żyć.

PS – 8 grudnia. Jeszcze parę fotek – od p. Stefana.

Sesja foto.  😉

DODAJĘ SOBIE ANIMUSZU…

… i zamieszczam jeszcze kilka fotek z zielonogórskiego spotkania sprzed bez mała miesiąca (to zdjęcia z fejsbukowej strony Filii nr 1 WiMBP w Z G).
Mam nadzieję, że jutrzejsze spotkanie w Gubinie będzie równie udane.
Animuszu dodała mi też znajoma z klasy (telefonicznie) i pani, której komentarz przed chwilą zatwierdziłam pod poprzednim wpisem.
Cieszę się więc coraz bardziej na te gubińskie sentymenty, na jutrzejszy wyjazd, na powrót „do źródeł” (chyba jakoś prześpię tę noc?). 😀
A radość moja jest tym większa, że po spotkaniu mamy w planie powrót przez Zieloną Górę i odwiedziny u naszej wnusi Igusi!

Ponadto mam jeszcze jedną radość (na razie cichutką i bardzo nieśmiałą), która w pewien sposób też wiąże się z „Pelunią” – i ze srebrnymi włosami… Ale o tym na razie pst.

A w następnym wpisie będą już fotografie z Gubina… 🙂

 

 

SPOTKANIE TRZECIEGO STOPNIA

Nastąpi za tydzień. W Gubinie. Będzie trzecim (i ostatnim) ze spotkań na mojej „spotkaniowej mapie” po wydaniu „Peluni”. Nazwałam je spotkaniem trzeciego stopnia, kradnąc tytuł ze znanego filmu s-f, acz ono s-f nie będzie. Jednak dla mnie – bardzo ważne, może najważniejsze.

Ale, ale… Przymiarki poczynione z p. Stefanem ze Stowarzyszenia, skonsultowane następnie (miejsce, data, godzina) z gubińską biblioteką, nieomal zbiegły się w czasie z ogłoszeniem wyników konkursu pisarskiego organizowanego przez tęż bibliotekę. Na konkurs wysłałam opowiadanie – i znów, jak za pierwszym razem przed paru laty, nie dostałam nawet wyróżnienia. Zanim ogłoszono wyniki, uważałam swój tekst (będę go musiała zamieścić tu w zakładce „Opowiadania”) za całkiem zgrabny, a po przeczytaniu werdyktu jury – za beznadziejny i żenujący.
Jaki wstyd ogarnął mnie od stóp do głów, trudno nawet wyrazić słowami. Oto przybyć ma do Gubina na spotkanie „wielka” autorka, którą właśnie odwaliło gremium z tej samej biblioteki, w której spotkanie ma się odbyć. To znaczy jej tekst odwaliło, opatrzony godłem, ale co to za różnica? Matko, jaka żenada! Już gorszego zbiegu okoliczności być nie mogło.

Trułam się tak przez dwa dni (i noce) i nawet rozważałam podkulenie ogona i anulowanie przyjazdu. A potem postanowiłam się cieszyć. Umiarkowanie, bo mam tremę – ale jednak. Będzie, co będzie. Mnie cieszy to, że spotkanie w Gubinie, gdzie przecież tyle lat mieszkałam, a moja mama jeszcze dłużej, będzie najlepszym zwieńczeniem „Roku stulecia Peluni”. 🙂

Pan Stefan , jak mi powiedział, wespół z dyrektorem biblioteki mają obawę o słabą frekwencję. Bo niedawno zorganizowano tam spotkanie z dwojgiem miejscowych autorów – i chyba słuchaczy przyszło niezbyt wielu. Ale ja się tym nie zmartwię! W Zielonej Górze też nie było tłumów, a jak się udało! Niechby choć pięć osób przyszło, to już coś. 🙂 Przecież to nie jest spotkanie promocyjne (książek zostało mi tylko pięć, a zresztą kilkoro gubiniaków już „Pelunię” ma). Jeśli ktoś przypomni sobie moich Bilinków, zechce jak ja powzruszać się, wspominając dawne gubińskie dzieje, to wystarczy. ❤

PISARKI LUBUSKIE PRZEANKIETOWANE

„B. sympatyczne autorki, ciekawy wywiad prowadzony przez Eugeniusza Kurzawę i rozbrajające w swej szczerości wypowiedzi obu pań. Mile i pożytecznie spędzony czas!”

Tak napisała w komentarzu na FB (gdzie została zamieszczona fotorelacja) jedna z pań obecnych na spotkaniu. Bardzo się z tego cieszę i mam nadzieję, że opinia jest szczera, bo chętnie się do niej podłączam. Mój mąż też uważa, że spotkanie było udane. Radość odczuwam tym większą, że podchodziłam do wyjazdu jak pies do jeża, bez odrobiny entuzjazmu. A teraz powróciłam nawet do myśli o spotkaniu gubińskim, którą to przymiarkę już dawno skreśliłam z listy moich planów. No, zobaczymy, jak będzie.

Przywitała nas pani kierownik biblioteki, mówiąc sporo o naszych książkach. Następnie obie, Zosia i ja, zaprezentowane zostałyśmy przez Eugeniusza Kurzawę jako pisarki lubuskie, absolwentki tej samej uczelni i te, które debiutowały dopiero jako emerytki. A potem nas przeankietował, z nakazem, by odpowiadać w krótkich żołnierskich słowach. Jak oznajmił na wstępie, ankieta jest na wzór tej, jaką swojemu ojcu, Karolowi Marksowi (!) wymyśliła jego córka Jenny.
Trochę się mitygowałam, gdy pytania dotyczyły „warsztatu pisarza” i przekierowywałam je na Zofię, bo to przecież bardziej jej działka niż moja, pisarki domowej z doskoku. Ale wszystko poszło płynnie i myślę, że słuchacze nie mieli powodu się nudzić.
Jeśli chodzi o „warsztaty”, wszak w ten sposób zapowiadano spotkanie, Zosia miała do przekazania słuchaczom sporo informacji na tematy wydawnicze i dystrybucyjne oraz finansowe. Z tym bywa różnie, ale jeśli chciałoby się naprawdę zarobić, trzeba tłuc co najmniej cztery książki rocznie w dużym nakładzie, a są i takie pisarki, które piszą dużo więcej. Była też mowa o „komercyjnych” okładkach książek, bo pytano Zosię, czy i jaki wpływ miała na swoje. Jeśli chodzi o koncepcję, niestety prawie żadnego, wymusiła jedynie zamianę walizki niesionej przez dziewczynę na okładce „Winnego miasta”, na starszą, i usunięcie tej dziewczynie z twarzy nadmiernego makijażu…

Było lekko i bez zadęcia. Na pytanie, co jest moim ulubionym zajęciem, odpowiedziałam: gotowanie. Oczywiście bez rozwodzenia się, że to obecny etap, bo kiedyś wcale nie… A jaka jest moja główna wada? Odkładanie wszystkiego na zaś. Jak piszemy? Obie na klawiaturze laptopa. A gdzie mamy stanowisko pisarskie? Ja w kuchni, bo jedną ręką coś tam stukam, a drugą mieszam w garach. Zosia w pokoju, ale ze swoim laptopem wędruje po domu i też zagląda do kuchni, bo przecież i ona musi ugotować obiad.
Nie pamiętam wszystkich pytań (były i z sali – publiczność nie dopisała zbyt tłumnie, lecz znała nasze książki, to miłe). Zresztą nie chodzi o dokładne sprawozdanie, ale o moje wrażenia, a te, powtarzam, są pozytywne. Zosia ma podobne, bo napisała potem do mnie, że też uważa spotkanie za udane i zażartowała, że mogłybyśmy zrobić tournée po województwie, a wcześniej sprzedawać bilety. Gienek, któremu to przekazałam, w razie organizowania biletowanego tournée pragnie być wziętym do spółki.
Przesympatyczne żarty. Przemiła pani Magda, kierownik biblioteki. Takaż przemiła rozmowa z jedną panią, która podeszła do mnie po spotkaniu i powiedziała, że kiedyś mieszkała w Gubinie i może nawet pamięta moją mamę… Ja na to, że faktycznie jej twarz wydaje mi się znajoma, a ona – że pracowała w jedynej wówczas gubińskiej aptece. No tak! Apteka owa – chyba istnieje do dziś – była przecież sąsiadką mojej ulicy Słowackiego…

Wydawało mi się, że jestem spokojna, wyluzowana. Po spotkaniu popędziliśmy do naszej wnusi, więc też nie miałam chwili na myślenie, jak było. Dopiero w samochodzie, gdy już jechaliśmy do Lubniewic, dopadły mnie emocje. Ale głównie dobre, choć wiadomo, że poniewczasie człowiek zawsze myśli, że to czy śmo mógł powiedzieć tak a nie śmak.

Jednego tylko bardzo żałuję. Bardzo, bardzo, niestety stała się rzecz nienaprawialna. Nie podziękowałam publicznie redaktorowi Kurzawie za przeprowadzenie mnie przez proces wydawniczy. Dlaczego, ach, dlaczego, guła jedna, pomyślałam o tym dopiero po fakcie?! Przecież gdyby nie on, „Peluni” książkowej pewnie nigdy by nie było (i nigdy nie miałabym szansy zostać nobilitowana do rangi „pisarki lubuskiej”).

Już napisałam do Gienka i się biłam w piersi, ale co mu to da? Chyba że wyruszymy na to tournée, wtedy naprawię błąd…

O KWIATACH I WARSZTATACH

Przeczytałam powieść „Kwiaty dla Algernona” – dopiero niedwano dowiedziałam się o jej istnieniu, dotąd myślałam, że Daniel Keyes napisał jedynie opowiadanie o tym tytule – które kiedyś, wiele lat temu, wprowadziło mnie w stan rozszlochania się w miejscu publicznym.
O tej i innych łzawych historiach (oraz o niepokojącym zasychaniu łez) piszę tu:https://kobietadomowa.wordpress.com/codziennie-choc-jedno-zdanie/nisko-coraz-nizej/
/Zdjęcie to ilustracja z okładki powieści, wykonał je Piotr Łukaszewski/

Ponadto donoszę dla porządku, że 13 listopada br. w jednej z filii Biblioteki Wojewódzkiej w ZG odbędą się z moim i Zofii Mąkosy udziałem… warsztaty pisarskie. Dodam, że cieszę się umiarkowanie, raczej jestem w strachu, co ten redaktor-moderator znowu wymyślił! Namawiał mnie na spotkanie, ale warsztaty? Ja, która sama nigdy w takich warsztatach nie brałam udziału, ja, pisarka domowa z cieniutkim kontem wydawniczym, specjalistka głównie od blogowego „rozciągania mózgu”, mam teraz kogoś uczyć? –  słowo honoru, że nie kokietuję, że nie przemawia przeze mnie fałszywa skromność.

Ogrzeję się w cieple prawdziwej pisarki oraz, Gienku K., liczę na Twą pomocną dłoń – i może jakoś dam radę. 😉

WYPOMINKI ZA ZIBLIAUSKAITĖS

Liūlinė. Pole biwakowe tuż przy wpływie Łokai do Żejmiany. Miejsce, gdzie kilkakrotnie kończyliśmy spływ lub – jeśli płynęliśmy dalej, np. aż do Podbrodzia – biwakowaliśmy tam. Lecz wpis nie będzie jedynie wspomnieniem spływowym, a bardziej – zaduszkowym.

Pierwszy raz znaleźliśmy się w tym urokliwym zakątku w r. 2008, gdy debiutowaliśmy jako spływowicze „Pliszki” (a i klub, choć na Litwie po raz trzeci, też pierwszy raz płynął tą trasą).
Pole w Liūlinė nie było jeszcze wtedy tak urządzone jak dziś, choć i wówczas było to miejsce biwakowe – aczkolwiek dość zgrzebne. Dzisiaj (chyba za środki unijne?) to bardzo dobra meta dla kajakarzy, zarówno długotrasowych, jak i tych weekendowych; jedyny zresztą taki punkt na naszych litewskich wodnych szlakach. Solidny pomost, wiaty, miejsca ogniskowe, zapas drewna do palenia, kontenery na śmieci, drewniane toalety. Pełen wypas.
W tamtym 2008 roku teren, na którym dziś mieszczą się siedziska i wiaty, pokrywały poletka borówek. Pierwszy raz widziałam wtedy te leśne owocki; już się czerwieniły, dziewczyny z naszej ekipy zbierały je, by zawieźć do Polski na przetwory. A tuż obok tych borówkowych łączek, dosłownie o rzut beretem, po drugiej stronie piaszczystej drogi, odkryliśmy mały cmentarzyk. Skąd się tam wziął, skoro w pobliżu nie ma żadnej wsi? Może kiedyś istniała? Jaka jest historia tego miejsca? Nie mam pojęcia. A może odbywały się na nim „dziady”? Wszak to była uroczystość obchodzona na Litwie… (pisałam o tej uroczystości – również o „Dziadach” Mickiewiczowskich – tu:https://kobietadomowa.wordpress.com/codziennie-choc-jedno-zdanie/oto-obchodzimy-dziady/).

Niewielki, lekko stromy prostokąt, obramowany rzędem polnych kamieni, bardzo stary, bardzo omszały i chyba rzadko odwiedzany, chociaż z kilkoma w miarę świeżymi nagrobkami, mocno wyróżniającymi się na tle całości.

Od tamtego czasu zawsze gdy cumowaliśmy w Liūlinė, odwiedzałam tę maleńką nekropolię, prawie za każdym razem robiąc zdjęcia. Ostatni pochówek, jak zaświadcza napis na czarnym marmurze, Veroniki Zibliauskaitė, miał tu miejsce w r. 2003. Inne miejsca wiecznego spoczynku mają napisy już mało czytelne, w dodatku widocznych pozostałości po nich jest zaledwie kilka. Nagrobek w centralnym miejscu informuje (jak przetłumaczył mi internetowy translator), że w wiecznym pokoju spoczywa pod nim rodzina o nazwisku – też w tłumaczeniu na polski: Śledź. Reszta cmentarza, ulokowana u stóp zmurszałego drewnianego krzyża, wyglądająca bardziej jak zaczarowana leśna polanka niż miejsce, gdzie grzebie się zmarłych, pokryta jest mchem i trawą.

Któregoś razu – w r. 2014 – przydarzyła się nam w Liūlinė dosyć zabawna historia (wspomniałam o niej w relacji ze spływu w niecodzienniku). Wiedzieliśmy od dawna, że ta nekropolia jest już tylko zabytkiem przeszłości, a jednak przez moment zmylił nas niespodziewany widok nasuwający na myśl kondukt żałobny… Tuż po tym jak zdążyliśmy się zagospodarować, „nadjechała kawalkada aut – myśleliśmy, że to na pogrzeb (obok jest stary cmentarzyk) – a to na balangę przedspływową. Naród litewski w ilości dobrze ponad 20 szt. rozbił namioty, a potem w nocy było trochę (czasem bardzo) głośno, a nawet zrobili disco ze światłami – zaprosili Agnieszkę i Bogdana (bo starszyzna przezornie już spała). Ale co tam, takiego zakończenia spływu jeszcze nie mieliśmy, więc fajnie było.” Rano zaś nasi biwakowi sąsiedzi, „jak na taką noc całkiem świeżutcy, pozamykali namioty, pożegnali się z nami i ruszyli na swój sobotni spływ”.

Zdjęcia, którymi ilustruję ten wpis, są aktualne, bo również w tym roku, żegnając się z Żejmianą, ze spływami, odwiedziłam i obfotografowałam cmentarzyk…
Widać na nim, jak plotła się polsko-litewska historia. Liūlinė to miejsce (trudno tych kilka domów w pobliżu mostu, w pewnym oddaleniu od pola biwakowego, nazwać miejscowością) w okręgu wileńskim, w którym nadal słyszy się język polski. Na jednym z nielicznych nagrobków można zobaczyć, że spoczywa pod nim Bronisław Strakszys (litera ł nie występuje w litewskim alfabecie, zatem imię jest polskie, nazwisko zaś, choć zapisane polskim alfabetem, bardziej przypomina litewskie). W innym miejscu blisko siebie pochowani leżą dawni Ziblawscy (także Bronisław, ponadto Julian, Kazimir i Anna) i obok nich Zibliauskaitės i Zibliauskienė. Stoją przed ich grobami wypalone znicze, lecz chyba dawno już nikt nie odwiedzał tej rodziny, bo ogrodzona metalowym płotkiem kwatera zarosła bujnym zielskiem. Jednak o resztę cmentarza ktoś dba (może te same służby, co o miejsce biwakowe?). Gdy go widzieliśmy po raz pierwszy, znajdował się w dużo gorszym stanie. Teraz widać, że jest grabiony, niezachwaszczony, uprzątnięty.

Jutro Wszystkich Świętych, pojutrze Zaduszki. Wspominając bliskich zmarłych i odwiedzając cmentarze, jedną lampkę zapalę symbolicznie – Ziblawskim-Zibliauskaitės i wszystkim – już w większości bezimiennym – spoczywającym na cmentarzu w Liūlinė.

PS – Gdy wpisałam do wyszukiwarki Google nazwisko Zibliauskaitė, wyświetliło mi się Sabaliauskaitė – dzięki czemu dowiedziałam się, że Kristina Sabaliauskaitė to wzięta, urodzona w r. 1974 litewska pisarka, autorka sagi historycznej „Silva rerum”, którą zachwycają się czytelnicy i krytycy. Z łatwością przetransponowałam jej litewskie nazwisko na polskie: Sabaliauskaitė – Sobolewska. I faktycznie – rodzina pisarki ma polskie korzenie. Jak Ziblawscy.