Niecodziennik

 

19 maja 2013.

JAK DZIECKO WE MGLE

Poruszam się w tym mechanizmie blogowej strony prawie zupełnie po omacku. Mam tu jakieś komendy po angielsku, nie kumam, bo bardzo słabo znam ten język. Ba, polskich haseł też nie rozumiem! Co to na przykład znaczy „Atrybuty strony”? Albo „Ikona wpisu”??? Wczoraj problem miałam z zamieszczeniem wpisu „DEBIUT”, w końcu jakoś tego dokonałam, poprzez „Zaktualizuj”. Choć nie całkiem o taki wygląd strony mi chodzi. Może z czasem to jakoś poukładam. Nie wiem na przykład, czy wpisy w kolejnych dniach będą jakoś pooddzielane chronologicznie? Jakiś automat to rejestruje?… Na razie wygląda mi to jak jeden ciąg, który codziennie będzie się wydłużał… Toż przecież jeśli nawet ktoś tu trafi, przeczyta początek i dalej mu się znudzi!…

Póki co, w ramach robienia porządków, zaznaczam, że pierwszy wpis „To ja” wykonany został 11 maja i za cholerę wczoraj nie dawał się usunąć, a po co mi on, skoro był tylko na próbę? Drugi – „Debiut” (który wobec powyższego niesłusznie nazwałam pierwszym najpierwszym) uczyniłam 18 maja.  Teraz postanowiłam każdy nowy wpis rozpoczynać datą.

I na razie tyle.

20 maja 2013

BEZ TYTUŁU

Tym razem do daty dodałam jeszcze rok. Raz – i wystarczy, bo nie lubię trzynastek.

Dopisałam wczoraj i dziś kilka akapitów tej mojej nieukończonej jeszcze powieści. Więc jednak jakaś mobilizacja nastąpiła… Oby na dłużej.

Nie bardzo mam o czym dziś pisać, a właściwie – nie chce mi się. Realizuję jedynie postanowienie „codziennie przynajmniej jedno…” Dlatego wpis zatytułowałam „Bez tytułu”.

Problem z tytułami to osobna sprawa. Ale o tym potem. Może jutro.

21 maja

„TYTUŁ POTEM”

Tak nazwałam dokument tekstowy, w którym zapisuję moją powieść. Nie wiem, czy dotyczy to innych piszących (nie odważę się napisać: pisarzy), ale ja mam z tym problem. Dziś wprawdzie przyszedł mi do głowy tytuł „Przez pomyłkę”, ale nie będę się do niego specjalnie przywiązywać, bo być może jeszcze go zmienię, zwłaszcza że nie wiem dokładnie, w które jeszcze kierunki powiedzie mnie wyobraźnia…

Nie planuję całości tego, co napiszę, nie jestem po żadnych kursach pisarskich, nie znam tych wszystkich technik, piszę, jak  mi w duszy zagra, starając się jedynie, by to miało ręce i nogi. Zaczynając poprzednią powieść, pojęcia nie miałam, jak ją poprowadzę, jak zakończę, co jeszcze wymyślę po drodze. Teraz jest podobnie, choć akurat zakończenie już mi się rysuje. Sporo mam w głowie, lecz nie wszystko potem zamienia się w słowo wystukane na klawiaturze. Dziś bardzo dobrze mi się wymyślało podczas odchwaszczania ogrodu, aż szkoda, że nie ma jakiejś podręcznej maszynki  do zapisywania myśli, bo często takie ładne zdania przychodzą mi do głowy i fiuu!… wyfruwają. Może powinnam odchwaszczać z dyktafonem? (ale nie mam też dyktafonu)

Wracam do sprawy tytułów. Też długo nie wiedziałam, jak nazwę poprzednią powieść. Aż którejś nocy mnie olśniło: BALLADA! Bo trzy główne bohaterki (śmieję się, że ja piszę powieści dla kucharek) noszą imiona BAsia, ALa i DAnka. I tak jakoś mi się w „Balladę” te imiona ułożyły. Ale czy to jest dobry tytuł? Pojęcia nie mam, choć już się do niego przywiązałam.

Piszę, jak zawsze słuchając przy komputerze radia – trójki. Dziś trójka nadaje sporo Doorsów, bo wczoraj zmarł Ray Manzarek. Jim Morrison i The Doors, Janis Joplin, Jimi Hendrix i jeszcze wielu, wielu innych – idole moich późnopodstawówkowych i wczesnolicealnych czasów, cała epoka w moim życiu!.. W moich marzeniach o śpiewaniu miałam i taki obraz, że wraz z zespołem big-bitowym (tak się wtedy mówiło) wykonuję „Light my fire”.  Nie znając angielskiego, pojęcia nie miałam, o czym jest ta piosenka. Morrisona i tych jego odjechanych oczu też wtedy nie widziałam, bo i gdzie . Ale ten jego głos, no i te organy Manzarka…

22 maja

KOBIETA DOMOWA

Będąc egzaltowaną młodzieżą, nie wyobrażałam sobie swojego życia jako tuzinkowe, przyziemne. Marzyłam przecież o zostaniu artystką. Widziałam siebie w przyszłości na scenie lub na ekranie. Taka osoba nie mogła przecież stać przy garach czy desce do prasowania!

Nie zostałam artystką, tylko kobietą pracującą zawodowo,  żoną, matką, w pewnym sensie również „działaczką społeczną”. I wszystkie te role nauczyłam się łączyć niemal perfekcyjnie. Ba, materia coraz większą przewagę zyskiwała nad duchem i rosół na niedzielny obiad stawał się ważniejszy niż artystyczne wzloty. Wspólny stół i uporządkowane życie – to przecież takie ważne w życiu rodziny. Ciekawe, co z tego przejęli moi synowie…

Prasowania nadal nie lubię. Lecz już na przykład stanie przy garach lubię bardzo. I tak mnie cieszą codzienne drobiazgi i rytuały, wspólne śniadanie z mężem, południowa kawa, nawet to, że muszę rwać te cholerne chwasty w ogrodzie, bo i  „ogrodnictwo” wreszcie polubiłam. Do wszystkiego w życiu trzeba dojrzeć…

Dlatego nazwałam ten blog „Kobieta domowa”. Te słowa  miałam zresztą w głowie już dawno, gdy zalęgła mi się myśl o napisaniu jakichś wspomnień ze swojego życia. Każdy człowiek podobno nosi w sobie materiał na przynajmniej jedną powieść – o sobie. Ja się na razie do tego nie zabrałam, na razie moje powieści są powymyślane. Ale tytuł „Kobieta domowa” przydał mi się do blogu. Aczkolwiek może źle zrobiłam, nie sprawdziwszy wcześniej w Google, ile już w necie jest różnych „kobiet domowych”, a jest ich sporo… Zatem tytuł bloga nie jest niestety oryginalny i w dodatku mało pociągający! Lecz niech już taki zostanie.

25 maja

KONKURS

Piszę opowiadanie na konkurs. Jutro chyba skończę, bo właściwie już wszystko mam w głowie. Zachęciło mnie to, że opowiadanie można wysłać drogą elektroniczną, bez konieczności wydruku (nie mam drukarki!).

Temat konkursu: „PIN i zielonym”. Organizatorzy podpowiadają hasła, które brzmią mi dość obco, a niektórych wcale nie rozumiem, np. kraj lajków, LED czy apka na iPada. Przekornie przeciwstawię iPadowi sielską prowincję… Tylko czy jurorzy w ogóle to łykną?

27 maja

18000  ZNAKÓW

Jestem półżywa z niewyspania i mam wyprany mózg. Pisanie opowiadania to pikuś w porównaniu z jego skracaniem! Organizatorzy życzą sobie maksymalnie 18 tysięcy znaków ze spacjami. Wczoraj wiele godzin w ciągu dnia wywalałam, co tylko mogłam, zacząwszy od ponad 25 tysięcy,  i to  już po wstępnych dużych obcięciach. Co za męka! Przez calutką noc udało mi się wyrzucić ok. 5 tysięcy, choć sądziłam, że już naprawdę więcej wycisnąć się nie da. Dziś tak się zawzięłam, że dokonałam niemożliwego.  Zeszłam do 17905 znaków! Przynajmniej te wymogi spełnię. Bo jeśli chodzi o kryterium tematyczne, to już pisałam… Ale co mi szkodzi spróbować?

28 maja

WYSŁAŁAM

Nie obeszło się bez perturbacji. W emocjach  najpierw wpisałam niekompletny adres, dołączyłam opowiadanie w formie załącznika – i poszło. To znaczy  nie poszło, bo natychmiast niejaki MAILER-DAEMON zawiadomił mnie, że I’m sorry, ale wysłanie się nie powiodło. A  do tego system ów dorzucił tyle  informacji i załączników, po angielsku, rzecz jasna, że spanikowałam! Na szczęście pomogła mi Kasia S., szybko zauważywszy tę pomyłkę w adresie. Kasia to bardzo sympatyczna osoba i tak jak ja – początkująca pisarka. Znamy się wirtualnie i często się komunikujemy. Ona też napisała opowiadanie na ten konkurs.

Dobrze, że już mam to z głowy. Te ostatnie „pisarskie” dni były bardzo intensywne, odczuwam przesyt. Zatęskniłam znów za ogrodem.

29 maja

PRZYJĘLI!

„Szanowna Pani, bardzo dziękujemy za zgłoszenie do konkursu. Informujemy, że tekst spełnia wymagania formalne i zostaje przyjęty. Teraz bardzo prosimy o cierpliwość, gdyż (…), w zależności od liczby nadsyłanych prac, minimum miesiąc, a pewnie i dłużej, potrwa ich czytanie. Informacje o pierwszej selekcji zamieścimy…” itd.

Taką informację otrzymałam dziś od koordynatorki konkursu. Cieszę się! Aczkolwiek przyjęcie tekstu na razie świadczy tylko o tym, że sprawdzili tę ilość znaków – jak sądzę. A czy przejdę przez tę pierwszą selekcję?

Ale co tam. Dziś był dzień dobrych wiadomości. Ta była pierwsza, a dosłownie po chwili nadeszła druga – że nasz syn wraca po długiej, pięciomiesięcznej podróży. I to jest dopiero radość! Bo teraz sobie znów przeczytałam tego mojego „Królika w szparagach” i – choć wcześniej byłam z siebie zadowolona, teraz jakoś mało mi się podoba…

3 czerwca

SZPARAGI

Przez kilka dni tu nie zaglądałam, ponieważ mieliśmy gości. Tym bardziej – nie pisałam dalszego ciągu mojej powieści. Każdy pretekst dobry? Chyba tak… Z powodu deszczu nie mogłam iść do ogrodu, więc się oddałam kulinariom. Jest sezon szparagowy. Od dziecka uwielbiam szparagi.  W sezonie jemy je prawie co dzień. Dziś – w postaci zapiekanej. Żal mi było szlachetne warzywo kalać mąką, więc choć znalazłam przepis na szparagi pod beszamelem, zrezygnowałam z sosu beszamelowego i zapiekłam je pod serową skórką. Były dobre, lecz jednak najbardziej lubię te najprostsze, z wody, z dużą ilością masła.

… A może ja powinnam prowadzić blog kulinarny? Żart! A że czasem sobie coś napiszę o jedzonku…

Niebo się przetarło, idę do ogrodu.

4 czerwca

JEDNO ZDANIE

Znowu się leniłam pisarsko, za to działałam ogrodowo – i tyle na dziś.

6 czerwca

KILKA AKAPITÓW

Wczoraj i dziś popchnęłam tę moją powieść troszkę do przodu, o kilka akapitów zaledwie, ale to już coś. Ponadto, podczas wyrywania chwastów, wymyśliłam – choć bynajmniej nie piszę thrillera! – że jednak muszę uśmiercić jeszcze jednego z bohaterów. Zaś w jednej z bohaterek, strasznej zołzie, dokonam przełomu wewnętrznego. To zresztą wymyśliłam już dawno i właśnie z tej przyczyny owego faceta muszę uśmiercić – żeby ten jej przełom był bardziej wiarygodny.

9 czerwca

DOKOŃCZYŁAM ROZDZIAŁ

I bardzo się z tego cieszę!

10 czerwca

MOJE SUKCESY LITERACKIE

Tytuł brzmi szumnie, choć sukcesy w istocie są niewielkie. Jednak napiszę o nich, żeby nie było, że tak całkiem wypadłam sroce spod ogona.

Parę lat temu w konkursie na opowiadanie „Kobiecym okiem” (czy jakoś tak – już nawet dokładnie nie pamiętam hasła) za jedno opowiadanie dostałam nagrodę, a za drugie wyróżnienie. Był to mały, lokalny konkurs, który po pierwszej edycji już nie został wznowiony, zainteresowanie nim też było niewielkie – dość powiedzieć, że konkurowałam tylko z jedną osobą, którą również wyróżniono – więc o sukcesie nie ma co mówić.

Wcześniej, przed mniej więcej dziesięcioma laty, przypadkiem w pożyczonym numerze „Twojego Stylu” trafiłam na przypomnienie o konkursie na dzienniki kobiet pod hasłem „Miesiąc z życia kobiety”.  Numer był czerwcowy, a konkurs ogłoszono bodaj w styczniu i do końca czerwca – terminu nadsyłania prac – zostało już zaledwie kilka dni. Ale tekst miałam prawie gotowy! Postanowiłam po prostu przepisać fragmenty mojego „domowego” dziennika, pisanego od wielu lat. „Po prostu”! łatwo napisać, trudniej było wykonać.

Ale o tym w następnym wpisie.

11 czerwca

C.D.

Wybrałam najświeższe zapisy z mniej więcej miesiąca i przepisywałam je w trudzie wielkim, stukając jednym palcem w komputerową klawiaturę – a byłam w tej dziedzinie wówczas bardzo, bardzo początkująca! Jakoś jednak dokonałam dzieła, wydrukowałam, korzystając z drukarki w miejscu pracy, zapakowałam do koperty, zaznaczając jedynie, że to są fragmenty autentycznego dziennika – i wysłałam pocztą (o drodze mailowej jeszcze wówczas nie było mowy). Nawet nie opatrzyłam tekstu godłem, bo nie wiedziałam, że trzeba. Ale jakieś godło mi tam wymyślili w redakcji. Nie wiem, czy był gdzieś ogłoszony werdykt, bo „Twój Styl” czytywałam jedynie z doskoku, pożyczony od koleżanki. W nowym roku od stycznia zaczęły się ukazywać wyróżnione prace. Same takie „kobiet światowych”, nazywając rzecz w uproszczeniu, więc byłam pewna, że nie mam szans, bo gdzie mi tam, kobitce z prowincji, choć niby światłej!… Aczkolwiek trochę mnie zdziwił otrzymany od „TS” kalendarz z pięknymi zdjęciami – pomyślałam sobie, że to podziękowanie za udział w konkursie. Nikomu, nawet mężowi nie zdradziłam, że coś tam wysyłałam – tajemnica!

Aż tu nagle – w kwietniu bodaj – dzwoni do mnie ta koleżanka z gratulacjami, że jestem w „TS”! Zanim nazajutrz pożyczyłam od niej ten numer, najpierw prawie całą noc nie spałam – i to nie ze szczęścia, a z niepokoju, czy ja przypadkiem nie dotknęłam jakichś znajomych w tych zapiskach, no bo skoro jestem rozpoznawalna… Na szczęście niczego takiego tam nazajutrz nie wyczytałam i owszem, nawet zgrabnie to brzmiało. A potem to już się coraz bardziej cieszyłam, gdy mnie kto pytał, czy ten dziennik w „TS” to przypadkiem nie mój, bo taki sympatyczny…

No i dostałam kupę kasy za wierszówkę!

16 czerwca

SMUTKI

Nie zaglądałam tu od kilku dni. Mam niewesoły czas. Pogrzeb w rodzinie. Smutno mi.

18 czerwca

467!

Opowiadań na konkurs przyszło mnóstwo, i to nie tylko z Polski – po wstępnej selekcji  do czytania i oceny przyjęto aż 467, jak się właśnie  dowiedziałam ze strony organizatorów konkursu. Do końca lipca ogłoszą, które utwory zostały nominowane, a wyniki ostateczne będą w październiku. Przy takiej ilości „konkurentów” dobrze byłoby otrzymać chociaż nominację…

1 lipca

SKOŃCZYŁAM

Moja powieść, którą na roboczo nazwałam „bez tytułu”, skończona. Wczoraj, czyli 30 czerwca 2013. Jeszcze przeglądam, nanoszę jakieś kosmetyczne poprawki. Wymyśliłam tytuł „Maski”. Mało oryginalny i niezbyt mi się podoba, ale lepszy nie przychodzi mi do głowy.

Sama powieść też mnie nie powala. Wydaje mi się, że „Ballada” lepsza.

Pomysłów na dalsze pisarstwo na razie nie mam żadnych.

10 lipca

BAŁTYK

Byłam kilka dni nad Bałtykiem. W ramach „ucieczki od urodzin” (okrągłych).

Była to bardzo miła ucieczka. Dużo rozmów i dobrych, cennych chwil.

Bałtyk to bardzo piękne morze.

23 lipca

NADAL NIC

Ani pisarskich pomysłów (choć niby coś tam mi się kluje), ani potrzeby, ani chęci, by tu zaglądać. Gdyby ktoś poza mną tu zajrzał, to może… A tak to nie widzę sensu.

Wiem, że jestem naiwna, licząc na cud w tym blogowym netowym oceanie. Musiałabym najpierw sama wykazać więcej inicjatywy, gdzieś tych potencjalnych czytelników i komentatorów wyszukać, skrzyknąć… Ale nie chce mi się. 😦

1 września

NA SIŁĘ

Piszę na siłę, bo straciłam zapał, który i tak nigdy nie był specjalnie wielki. Jakieś nowe pomysły lęgną mi się w głowie, lecz wydają mi się niewiele warte. Więc jedynie coś tam przemajstrowałam w „Balladzie” (dzięki sugestiom przychylnej mi osoby) i doszlifowałam w „Maskach”. Teraz z kolei wydaje mi się, że „Maski” lepsze niż „Ballada”. Może to z powodu pozytywnej oceny M. – tej mojej życzliwej znajomej.

Na początku sierpnia jurorzy konkursu na opowiadanie podali info, że zakwalifikowano do dalszego etapu 25 osób – mnie nie było wśród nich. Wprawdzie nie liczyłam na sukces, mimo to trochę mi mina zrzedła. Na razie obydwie próby z wysłaniem moich pisanin na konkursy – nieudane. Ktoś powie: zaledwie dwie. Powinnam być bardziej waleczna i słać gdzie się tylko da. A ja się ciągle czaję…

ROK 2014

4 stycznia

Zaglądam tu po długiej przerwie. Nie zapracowaniem, a lenistwem „literackim” była spowodowana. Z kolei na przełomie roku bardzo się ożywiłam. Skutkiem różnych pomyślnych okoliczności spłodziłam aż dwa opowiadania wigilijne i wysłałam je na konkurs pewnej grupy pisarskiej na Facebooku. Czyli że za jednym zamachem zaktywizowałam się i tam, choć całe lata broniłam się przed tym. Bo podobno „jeśli nie ma cię na fejsie, to w ogóle nie istniejesz”, a ja właśnie na przekór istnieć nie chciałam tam! Jednak musiałam zaistnieć w związku z tym konkursem .

Opowiadania są tam zamieszczane anonimowo, a pod nimi czytający – też z tego „kółka pisarskiego” – zamieszczają – bądź nie – swoje komentarze. Niektóre utwory wzbudziły naprawdę bogatą dyskusję. Co do moich – komentarzy mam w sumie kilkanaście, na ogół są pozytywne, niektóre nawet bardzo. Ale to nic nie znaczy, bo tak jest pod każdym prawie opowiadaniem. Dla mnie nieistotny jest ten wyścig i moje ewentualne szanse, choć byłabym nieszczera, całkiem się wypierając swoich nadziei. Jednak najważniejsze jest to, że się wreszcie zaktywizowałam pisarsko. Zważywszy na tempo – grafomańsko wręcz. 😉

23 stycznia

PISARKA DOMOWA
Jestem pisarką domową. Przeogromna większość moich utworów to te pisane do szuflady. Szuflada miała kiedyś postać zeszytów w kratkę, a teraz jest plikami w komputerze, lecz nie zmienia to faktu, że piszę głównie „sobie a muzom”.
No, gwoli ścisłości, ukazałam się już drukiem. Kiedyś na łamach „Twojego Stylu” (o czym wspominałam już w niecodzienniku), a ostatnio nawet w książce. Wprawdzie ta książka to pojedynczy egzemplarz wspomnień przyjaciół o pewnym znajomym poecie i dziennikarzu, prezent dla niego z okazji jubileuszu – niemniej wydrukowana tam czarno na białym jestem i ja, tzn. moje wspomnienia.
Ten znajomy namawia mnie, żebym wydała „Pelunię”, w ilości choćby 50 egzemplarzy. Na własny koszt, czyli za jakieś 3 tys.zł. Nawet gdybym miała (a nie mam), to musiałabym się grubo zastanowić. Bardzo grubo. Bo rozdam, powiedzmy, ileś tych egzemplarzy krewnym i znajomym królika, a co z resztą? Kto to będzie chciał czytać?
Aż takiego parcia na zaistnienie w postaci książkowej nie mam. Chyba żeby stał się jakiś cud, zupełnie bez mojego udziału.
Dlaczego więc piszę, skoro dla każdego szanującego się pisarza celem jest mieć jak najwięcej czytelników, a to przecież możliwe jest tylko po wyjściu z szuflady?
Ten znajomy napisał o pewnej kobiecie, która debiutowała, mając 79 lat. Czyli że mam jeszcze trochę czasu, jakby co. 😉
Ja chyba piszę głównie dla samej przyjemności pisania, a także w celu higieniczno-terapeutycznym, żeby rozruszać zwoje, żeby mózg mi nie jałowiał. Zamiast łykać jakiś bilobil czy inne ginkgo, piszę sobie.
W jednym z moich wigilijnych opowiadań jest taka scena: bohaterka, na ciemno ubrana,  stoi przed lustrem, a za jej plecami ojciec mówi o niej do matki: „Ona już chyba zostanie tą starą panną”. Absolutnie nie ja jestem tą bohaterką! Ale tę scenę wzięłam z mojego prawdziwego życia. Miałam 22 lata i mój tato w analogicznej sytuacji powiedział do mnie z troską te właśnie słowa: „Ty już chyba zostaniesz tą starą panną”.
Nie zostałam nią. Jednak przytaczam te słowa, bo widzę w nich pewną analogię do tego, o czym dzisiaj piszę.
Ja już chyba zostanę tą pisarką domową. 🙂

18 lutego 2014

HANKA

   Chyba już w podstawówce, a z pewnością w liceum i na studiach – byłam Hanką. Tak się przedstawiałam, tak mnie nazywali znajomi. Głupio przecież, żeby siedemnastoletnia panienka przedstawiała się tak dziecinnie, „Hania”.

   Więc byłam Hanką i to imię było tak rogate jak ja wówczas. Głośna i pchająca się na afisz. Buńczuczna Hanka była i siłą, i smutnym miotaniem się. Moim orężem do walki i jednocześnie tarczą do obrony w obawie przed zranieniem.

   Hania dała mi drugie życie. Mąż nazwał mnie Hanią, a nawet Haneczką. Wyciągnął zza tarczy, wyleczył z moich zaplątań, kompleksów, odczepił rogi. Pomógł wydobyć się na światło dzienne barwom o wiele mniej krzykliwym. Delikatniejszym, stonowanym.

   I tak jest do dziś. Jestem Hanią. Od wielu lat funkcjonuje tylko ta zdrobniała forma. Może jednak w moim wieku to już nazbyt infantylne?

   Zatem – czas na Hannę? Hanna jednak wydaje mi się taka poważna. Jak imię dla matrony.

   Czyżby zatem miała wrócić Hanka?

   Ale już inna niż tamta sprzed lat.

   Hanka dowartościowanka. To całkiem dobrze brzmi.

18 maja

PRZEŚWIETLENIE

   Nie lubię dużych miast. Najchętniej w ogóle bym się nie ruszała znad swojej sielskiej Arianki, ale czasem muszę. Na przykład w celu dokonania prześwietlenia rtg. W moim miasteczku nie ma prześwietlarni, trzeba jechać do miasta wojewódzkiego G. Trudno.

   Piątek, poranek. Upewniam się telefonicznie, czy mogę przyjechać i jako osoba „z terenu” – liczyć na otrzymanie jeszcze tego samego dnia opisu zdjęcia, żeby nie musieć jeździć drugi raz. Miła pani rejestratorka zapewnia mnie, że tak.

   Jedziemy. Korzystając z okazji, planuję zakup szparagów. Jeśli nie będą drogie, nawet w dużej ilości. Już o tym pisałam wiele razy: uwielbiam szparagi.

   Po wjeździe do miasta G. na naszej trasie  znajduje się galeria handlowa „Nova Park”. Nigdy tam nie byłam, ale wiem, że znajdują się w niej delikatesy „Piotr i Paweł”, tam – lub na pobliskim targu, a może nawet i tu, i tam – zamierzam obłowić się w szparagi.

   Janek zostawia samochód na parkingu i idzie na papierosa, a ja niczym pershing przelatuję alejami galerii. Takich miejsc – miast w mieście – nie lubię jeszcze bardziej niż miast. W delikatesach najpierw rzucam okiem na sery, może coś mi się trafi. Eeee. Byle jakich nie chcę, a te dobre są drogie. Dobrze choć, że zauważam wielkopolski przysmak pt. ser smażony z kminkiem, moja mam taki kiedyś robiła. Z tych przemysłowych wypróbowałam już różne, ale smakuje mi tylko z jednej firmy, „Frąckowiak”-  i ten właśnie jest. Od dawna go nie jadłam. Hura!

   Szparagi niestety – katastrofa. Pęczek po 3,99, ale nie wzięłabym go nawet za złotówkę. Chude, zwiędłe badylki grubości ołówka, po obraniu zostałyby z nich nitki. Żenada! I to gdzie, w delikatesach wielkopolskich, a przecież Wielkopolska nie tylko pyrami, ale i szparagami słynie.

   Jeszcze szybciej, teraz już jak dwa pershingi, mknę na targ. Janek spokojnie pali następnego papierosa. Oblatuję targowisko wzdłuż i wszerz. Stragany pełne są pomidorów, rzodkiewek, sałaty, młodej kapusty, ogórków, wiejskich jajek w trzech cenach, włoszczyzny, kwiatów… Ale ja z obłędem w oczach szukam tylko tego jednego jedynego: białych pęczków lub nawet, jak to na porządnym targu powinno być: skrzynek wypełnionych szparagami sprzedawanymi na kilogramy.

   I kicha! Nie ma!!! Na calutkim targowisku w mieście wojewódzkim G. ( a raczej półwojewódzkim, wszak nasze województwo ma aż dwie stolice) ANI JEDNEGO PĘCZKA! Co za wiocha. Przecież nie będę objeżdżać miasta i latać  po jakichś Kauflandach czy innych Tescach, już chcę jak najprędzej załatwić to prześwietlenie i wrócić do domu.

   Janek czeka przy aucie, wyrzucam z siebie złość, bo jeszcze obraz rtg zakłócę swoim promieniowaniem – jedziemy. Kilka krzyżówek, świateł, już jesteśmy prawie u celu, gdy nagle poraża mnie kolejny piorun.

   – Janek, wracamy – mówię. – ZAPOMNIAŁAM SKIEROWANIA. Zostało w szufladzie.

   – Żartujesz?

   – Nie żartuję.

   Bez skierowania  mnie nie przyjmą, to jasne. Zawracamy. Chce mi się ryczeć ze złości. Dobrze, że choć ten serek z kminkiem mam. Na otarcie łez.

19 maja

ZENOBIUSZ

   Kilka lat temu nad Arianką pojawił się bóbr. Jego ślady spostrzegliśmy zaraz, dosłownie zaraz po tym, jak na spacerze dookoła jeziora Krajnik ujrzeliśmy sporo ściętych przez bobry nawet grubych drzew i ucieszyliśmy się, że te łobuzy nie grasują u nas. Radość już następnego dnia zdmuchnięta została niczym świeca.

   Nigdy nie udało nam się „naszego” bobra zobaczyć, lecz ślady jego działalności stawały się coraz wyraźniejsze. Szkody, tamy na Ariance, wycinanie kolejnych drzew. Bóbr, gdy już zabrał się do dzieła,  był metodyczny i niestrudzony. Janek nazwał go Zenobiuszem.

   Zaczął po drugiej stronie Arianki. Pracował zawsze nocą. Był nieuchwytny. Wytuptał i wyślizgał wśród zarośli szlaki wiodące do rzeczki. Eskalował. Zdewastował alejkę wierzbową, przed laty zasadzoną tam przez Janka. Smakowały mu coraz grubsze drzewa.

   W ubiegłym roku już mieliśmy nadzieję, że się od nas  wyniósł. Wycinki i żeremia bobrowe powstawały w wielu innych miejscach nadariańskich, u nas był spokój.

   Była to cisza przed burzą. Jesienią zaatakował znowu, już na naszym brzegu. Chyba z całą bandą innych bobrów, bo niemożliwe, żeby w pojedynkę dokonał takich spustoszeń. Kolejno, noc po nocy, wyciął calutką ścianę wierzb odgradzających nas od działki sąsiada. Został tylko, niczym gigantyczna szczęka,  smutny rząd ostro ściętych pieńków.

   Zaczął chrupać bardzo już grube drzewa. Byliśmy bezradni. Jak pozbyć się gada, który jest tak sprytny i w dodatku chroniony? Janek nawet do niego chodził w nocy, tj. nad Ariankę chodził, pohukiwał, wodą szurał, psy okoliczne szczekały jak wściekłe – Zenobiusz miał to gdzieś.

   Mamy teraz zapas drewna do ogniska. Nawet w kominku czasem palimy wierzbowym drewnem, choć ono jest bardzo mało energetyczne. Dobrze, że choć cztery główne wierzby, te przy miejscu ogniskowym, dające cień, udało się ocalić. Jedną zresztą już napoczętą – tę najpiękniejszą, płaczącą. Mamy nadzieję, że przetrwa. Janek te wierzby strategiczne poowijał siatką drucianą i Zenobiusz już nie dał rady.

   Ale co będzie dalej? Wygląda na to, że Zenobiusz absolutnie nie powiedział ostatniego słowa. Dziś, w biały dzień, o godzinie siódmej rano ujrzałam go za oknem! Siedział nad brzegiem Arianki i zastanawiał się, czy ma ze mną nawiązać dłuższy kontakt wzrokowy, czy leniwie zanurzyć się w nurcie rzeczki, w końcu wybrał to drugie. Stałam jak zamurowana, pierwszy raz widziałam bobra w naturze. Zaalarmowany Janek obserwował go przez lornetkę, lecz i gołym okiem dobrze drania było widać. Zenobiusz podpłynął powoli do kładki, potem już to z jednej, już to z drugiej strony wdzięczył się, jakby pozował do zdjęcia. Nie spłoszyło go nawet podciąganie żaluzji okiennych i trzaśnięcie drzwi balkonowych. Zrobiłam mu kilka fotek, niestety bardzo kiepskich technicznie. Gdy znudziło mu się pozowanie, leniwym ruchem prześliznął się dalej, w kierunku trzcin i zniknął nam z pola widzenia.

   Od rana zimnisko, deszcz i Zenobiusz na dokładkę. Tak mi się zaczął nowy tydzień. Buu. 😦

21 maja

JAK NIE WYGRAŁAM KOLEJNEGO KONKURSU

   Wczoraj wydawnictwo Znak ogłosiło wyniki konkursu na powieść „To się musi powieść”. Z pełną świadomością, że mi się nie powiedzie, wysłałam nań „Pelunię”, która wszak powieścią nie jest. Zaś z maleńką nadzieją wysłałam „Maski” (można było przysłać dwa teksty), które powieścią są. Za wiele jednak przeczytałam dobrych książek, by mieć złudzenia, że moja powieść zyska uznanie jurorów. A jednak, co tu kryć, złudzenia miałam, na zasadzie: a cóż mi szkodzi spróbować.

   Przyjmuję z pokorą (choć z nieco podciętymi skrzydłami), że nie dostałam nawet wyróżnienia (wyróżnień zresztą nie przyznano, tylko miejsca I, II i III). Wszystkich nadesłanych tekstów było 800! Pocieszam się, że w takim morzu, acz było z pewnością dużo powieści lepszych niż moja – były i słabsze. Jeśli to może być pociecha… 😉

   Kolejny konkurs, w grupie pisarskiej na FB, dobiega końca. 31 maja – ogłoszenie wyników. Jest 61 opowiadań, w tym co najmniej 15 bardzo dobrych. Raczej nie jestem w grupie faworytów, tak przynajmniej wynika z komentarzy. A jak zdecyduje jury – zobaczymy. Już mam wprawę w niewygrywaniu konkursów, więc jeśli mnie nie wyróżnią, przecież się nie pochlastam!

   Nigdy nie uważałam siebie za autorkę na miarę podniebnych wzlotów, a z podciętymi skrzydłami chyba też można dalej tworzyć. Zwłaszcza gdy się jest pisarką domową. 😉

30 maja

TEATR UMYŚLNIE STRACONEJ WOLNOŚCI

   Dorotka parę lat temu skończyła polonistykę. Kiedyś była moją uczennicą. Jedną z najlepszych i najmilszych, jakie miałam. Przygotowywałam ją do konkursów recytatorskich, osiągała w tej dziedzinie spore sukcesy. Złapany w szkole bakcyl recytacji i teatru skutkował późniejszą chęcią kontynuacji przedsięwzięć aktorskich – Dorota w czasie studiów należała do studenckiego teatru. Być może zaproszenie na ślub, jakie niedawno od niej otrzymałam, jest wynikiem tych teatralnych doświadczeń i sentymentów. Kartonik z tytułem zdobią zabawne rysuneczki, a tekst w środku jest nawiązaniem do teatralnego afisza. Tak mi się podoba w ten sposób sformułowane zaproszenie, że postanowiłam zamieścić tu jego treść:

Teatr Umyślnie Straconej Wolności

zaprasza

Sz.P. (tu moje i męża nazwisko)

na przedstawienie pod tytułem

„A potem żyli długo i szczęśliwie”

Adaptacja sztuki przez życie napisanej w 2 aktach

Premiera (tu data)

W rolach głównych występują:

Panna Młoda (tu dane)

Pan Młody (j.w.)

W pozostałych rolach udział biorą:

Ksiądz, Świadkowie, Rodzice, Goście i Gapie

Akt I „Dla Duszy”

(tu data i miejsce ślubu)

Akt II „Noc Poślubna”

Bez udziału widowni.

2 czerwca

SZAFIROWO, RUBINOWO

   Konkurs na opowiadanie romansowe skończony, z 61 opowiadań wyróżniono „Piórami” coś około pięćdziesięciu – za dobre, bardzo dobre, doskonałe i rewelacyjne opowiadanie. Tym razem nie zdobyłam najwyższych laurów, co przyjmuję z pokorą, bo naprawdę było sporo lepszych niż moje opowiadań, ciesząc się wszakże, że żadne z moich trzech  nie przepadło. „Opowieść znad Żejmiany” dostała Szafirowe Pióro, a  „Królik w szparagach” i „50 plus” – Pióra Rubinowe. Tytuł tego ostatniego opowiadania w zapisie wygląda trochę inaczej, ale ponieważ się automatycznie „linkuje”, muszę zrobić to tak: „Www.piecdziesiatplus.pl”.

żejmianakrolik50+

   Taki był werdykt jury. Oceny czytających z tej grupy też dostały mi się nie najgorsze, w skali 1-10 w dziesięciu kategoriach byłam mniej więcej pośrodku, a zdarzało się też sporo dziesiątek.

   Dodatkowym rozstrzygnięciem była zaproponowana pod koniec konkursu „Opkowizja” . Propozycja, by wyłonić 10 najlepszych opowiadań wg sposobu punktowania na festiwalu Eurowizji, czyli 12-10-8-7-6-5-4-3-2-1 (a opko – to opowiadanie – nie lubię tego infantylnego skrótu, ale mniejsza). W Opkowizji nie zdecydowałam się wziąć udziału, bo miałabym problem z wyłonieniem tylko dziesięciu opowiadań wśród tylu dobrych. Znalazło się jednak trochę chętnych i wczoraj, po ogłoszeniu tych wyników, z radością zauważyłam, że i moje opowiadania aż pięć osób umiejscowiło w dziesiątce najlepszych. 🙂

   Tak więc kolejny konkurs zaliczony, rezultaty nie najgorsze, a najważniejsze – że się zaktywizowałam. I to nie tylko opowiadaniowo, blogowo również.

   Opowiadania będę teraz zamieszczać na stronie dla nich przeznaczonej. Gdyby ktoś tu zajrzał – życzę miłej lektury.

12 thoughts on “Niecodziennik

  1. Witaj Kobieto Domowa! Nareszcie udało mi się wejść na Twój blog i winowajcą mojego tu niebywania nie był brak Worda, ale komunikat, który czytałam wdrapując się tu do Ciebie, ale o tym potem. Teraz przesyłam Ci fragment, który znalazłam w necie i jak sądzę powinien Cię zmobilizować do szukania wydawcy. „Czy wiesz, że J.K. Rowling, zanim jej pierwsza część przygód o Harrym Potterze została przyjęta do druku, tułała się od wydawcy do wydawcy, bo nikt nie chciał opublikować tak dziwnej i raczej mało interesującej książki? Dopiero angielskie wydawnictwo Scholastic zdecydowało się puścić do druku pierwszy tom przygód o czarnowłosym czarodzieju, a sama autorka za prawa do publikacji „Harry’ego Pottera i kamienia filozoficznego” otrzymała 100 tys. dolarów zaliczki. Dziś saga o Potterze to najlepiej sprzedające się książki na świecie, a majątek J.K. Rowling szacuje się na około 1,5 mld dolarów – jest najbogatszą pisarką na świecie! Z kolei my cykl książek o Harrym zaliczyliśmy do kultowych pozycji, których nie wypada nie znać.

    Ta historia pokazuje, że każdy może wydać własną książkę i nigdy nie wiadomo, czy to, co napisaliśmy, przypadkiem nie stanie się światowym bestesellerem. Dlatego jeśli jesteś początkującą pisarką i udało ci się zakończyć powieść, kilka opowiadań (jednego raczej nikt nie wyda) albo kilkanaście bądź kilkadziesiąt wierszy, przestań pisań do szuflady. W dzisiejszych czasach jest bardzo wiele możliwości, żeby ujrzeć własną książkę na półce w księgarni.”
    Pozdrawiam i życzę wytrwałości
    M.

    • Witam Cię, M.
      Nareszcie tu trafiłaś. 🙂
      Dziękuję za słowa wsparcia.
      Rzeczywiście powinnam zacząć działać. Bom ciągle taka gnuśna, jakbym czekała na cud, że nagle KTOŚ z nieba za mnie załatwi całą robotę, a najlepiej: odkryje mnie w odmętach netu i zasypie wydawniczymi ofertami. 😉
      Pozdrawiam Cię, zaglądaj tu częściej, proszę, to mnie zmobilizuje do częstszego robienia zapisków, bo jak widzisz, ostatnio rzadko siebie samą odwiedzam… 😉

  2. Tak, widzę, ze rzadko piszesz, a szkoda, bo ciekawa jestem bardzo Twojego pisania, także wierszy.
    A teraz powiem dlaczego tak trudno wskrabać się na Twój blog. Otwiera się on komunikatem „Niczego nie znaleziono” – to mnie spłoszyło. Może powinnaś jakoś wypełnić stronę główną, bo jak się później okazało, ten komunikat już sie nie odnosi do następnych zakładek.
    Buźka

  3. Tak, wiem, że powinnam coś zrobić na tej nieszczęsnej pierwszej stronie. Spróbuję. Choć ciemnam w te klocki, oj, oj…
    Póki co, cieszę się, że udało Ci się mimo wszystko tu dotrzeć.
    Postaram się pisać systematyczniej – mam na myśli „niecodziennik”, bo na razie wciąż mi brak nowych pomysłów powieściowych.
    Buźka!

  4. A ja codziennie przeszukuję Twój blog w nadziei, że zamieścisz tu wreszcie swoje wigilijne opowiadania. Tymczasem należy się przenieść na facebook <:( Byłam tam kiedyś dawno temu, ale już zapomniałam jak się wchodzi, nie potrafię się chyba na nim poruszać. Pozdrawiam. M.

    • Na razie konkurs jest nierozstrzygnięty, więc chyba nie wolno mi nigdzie więcej tego zamieszczać. Wprawdzie na triumfy żadne nie liczę, ale takie, wydaje mi się, są zasady. dziękuję, że znów tu zaglądasz! Coś innego zamierzam tu niebawem zamieścić, tylko muszę najpierw poprawić tę stronę, bo sama widzisz, jak „Niczego nie znaleziono” odstrasza, zamiast zachęcać. ;))

  5. Do rozstrzygnięcia konkursu zostało 14 dni. Dwa okrągłe tygodnie. Jak znosisz czekanie?:D Ja mam motyle w brzuchu. Teraz wolałabym nie wygrać poprawiłam jedno z opowiadań w oparciu o wnikliwą analizę naszego nadwornego analityka i doczekać się nie mogę końca stycznia. W lutym będę mogła ten poprawiony tekst pokazać publicznie. Ciekawa jestem Twoich odczuć. Napisz o tym wpis, proszę. Chciałabym poczytać o Twoich emocjach:D
    Mocno ściskam i trzymam kciuki, za wygraną w konkursie i żeby ten blog Ci się pisało z taką lekkością jak opowieści.
    Pozdrawiam.
    Kasia

    • Kasiu, ja czekanie znoszę spokojnie. Jest tyle wspaniałych opowiadań, lepszych niż moje, że wcale się nie napinam. Oczywiście przyjemnie byłoby zostać zauważonym, jak każdemu…
      Ja również poprawiłabym teraz to i owo, szczególnie w jednym z opowiadań, tym z cukierkowym, serialowym końcem. Miałam tego pełną świadomość, wysyłając je, ale działałam w pośpiechu i już nie chciało mi się kombinować, co z tym zrobić. Zaś co do tego z „zakończeniem otwartym”, to twardo obstaję przy tym, że tak właśnie ma być. Dziękuję, Kasiu, za miły komentarz i za trzymanie kciuków, oczywiście i ja je trzymam za Ciebie.
      Bez względu na wynik – bardzo się cieszę, że wzięłam udział w tym konkursie, że się zaktywizowałam. Już się grzeję na następny! Buziaki.

  6. Oj! Szparagami, jak sądzę, ocierałoby się łzy dużo lepiej niż serkiem 🙂 Tylko… czy poświęciłabyś choć pół szparaga, skoro je aż tak kochasz? Pewnie nie! Toć Ty poznańska pyra jesteś, oszczędna, gospodarna 🙂
    Biedna Haniu… A daleko jest to miasto G. od Waszego miasteczka L.? Da się obrócić dwa razy? Janek pewnie też trochę serka sobie skubnął na otarcie łez, przy takiej zapominalskiej Żonie 🙂 Albo papieroskiem zaleczył rany:-) Oj, oj, oj…
    No i teraz już wiem, dlaczego do Londynu Ci nie spieszno – bo nie lubisz dużych miast! Szkoooodaaaaa. Ale może raz, tak na wariata, jednak się skusicie? Pod Londynem jest tyle pięknych, sielskich okolic, wioseczek, zameczków. I wybrzeże ładne…
    Pierwszy raz przeczytałam coś z Twojego Niecodziennika. Pisz, a ja czytać będę. Nie ma to jak fajny, zgrabny tekścik na poprawę humoru. Dzięki za miłą lekturę, Haniu.

    • Hej, Zuziu, jak miło z samego rana przeczytać życzliwe słowa. 🙂
      Powtórkę z rozrywki pt. szparagowe prześwietlenie zrobimy jutro. A serka smażonego Janek nie bierze do ust, tak samo jak szpinaku. 😉
      Sielskie okolice mam u siebie. Nawet zamek. Ba, nawet dwa. Jeden z nich „za Niemca” był von Waldowa, a obecnie jest własnością księcia Lubomirskiego-Lanckorońskiego, a właściwie jego fundacji, bo książę chyba też indywidualnych funduszy ma nie za wiele. Więc jeśli już zdecyduję się opuścić moją sielskość i ruszyć w kierunku Londynu, to od razu rzucę się w głębinę wielkiego miasta i niech się dzieje co chce.:D Jeszcze raz dzięki za zaproszenie. Maybe… Kiedyś…
      W niecodzienniku zamierzam dziś pisać o Zenobiuszu. Zapraszam. 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s