2013

 

19 maja 2013.

JAK DZIECKO WE MGLE

Poruszam się w tym mechanizmie blogowej strony prawie zupełnie po omacku. Mam tu jakieś komendy po angielsku, nie kumam, bo bardzo słabo znam ten język. Ba, polskich haseł też nie rozumiem! Co to na przykład znaczy „Atrybuty strony”? Albo „Ikona wpisu”??? Wczoraj problem miałam z zamieszczeniem wpisu „DEBIUT”, w końcu jakoś tego dokonałam, poprzez „Zaktualizuj”. Choć nie całkiem o taki wygląd strony mi chodzi. Może z czasem to jakoś poukładam. Nie wiem na przykład, czy wpisy w kolejnych dniach będą jakoś pooddzielane chronologicznie? Jakiś automat to rejestruje?… Na razie wygląda mi to jak jeden ciąg, który codziennie będzie się wydłużał… Toż przecież jeśli nawet ktoś tu trafi, przeczyta początek i dalej mu się znudzi!…

Póki co, w ramach robienia porządków, zaznaczam, że pierwszy wpis „To ja” wykonany został 11 maja i za cholerę wczoraj nie dawał się usunąć, a po co mi on, skoro był tylko na próbę? Drugi – „Debiut” (który wobec powyższego niesłusznie nazwałam pierwszym najpierwszym) uczyniłam 18 maja.  Teraz postanowiłam każdy nowy wpis rozpoczynać datą.

I na razie tyle.

20 maja 2013

BEZ TYTUŁU

Tym razem do daty dodałam jeszcze rok. Raz – i wystarczy, bo nie lubię trzynastek.

Dopisałam wczoraj i dziś kilka akapitów tej mojej nieukończonej jeszcze powieści. Więc jednak jakaś mobilizacja nastąpiła… Oby na dłużej.

Nie bardzo mam o czym dziś pisać, a właściwie – nie chce mi się. Realizuję jedynie postanowienie „codziennie przynajmniej jedno…” Dlatego wpis zatytułowałam „Bez tytułu”.

Problem z tytułami to osobna sprawa. Ale o tym potem. Może jutro.

21 maja

„TYTUŁ POTEM”

Tak nazwałam dokument tekstowy, w którym zapisuję moją powieść. Nie wiem, czy dotyczy to innych piszących (nie odważę się napisać: pisarzy), ale ja mam z tym problem. Dziś wprawdzie przyszedł mi do głowy tytuł „Przez pomyłkę”, ale nie będę się do niego specjalnie przywiązywać, bo być może jeszcze go zmienię, zwłaszcza że nie wiem dokładnie, w które jeszcze kierunki powiedzie mnie wyobraźnia…

Nie planuję całości tego, co napiszę, nie jestem po żadnych kursach pisarskich, nie znam tych wszystkich technik, piszę, jak  mi w duszy zagra, starając się jedynie, by to miało ręce i nogi. Zaczynając poprzednią powieść, pojęcia nie miałam, jak ją poprowadzę, jak zakończę, co jeszcze wymyślę po drodze. Teraz jest podobnie, choć akurat zakończenie już mi się rysuje. Sporo mam w głowie, lecz nie wszystko potem zamienia się w słowo wystukane na klawiaturze. Dziś bardzo dobrze mi się wymyślało podczas odchwaszczania ogrodu, aż szkoda, że nie ma jakiejś podręcznej maszynki  do zapisywania myśli, bo często takie ładne zdania przychodzą mi do głowy i fiuu!… wyfruwają. Może powinnam odchwaszczać z dyktafonem? (ale nie mam też dyktafonu)

Wracam do sprawy tytułów. Też długo nie wiedziałam, jak nazwę poprzednią powieść. Aż którejś nocy mnie olśniło: BALLADA! Bo trzy główne bohaterki (śmieję się, że ja piszę powieści dla kucharek) noszą imiona BAsia, ALa i DAnka. I tak jakoś mi się w „Balladę” te imiona ułożyły. Ale czy to jest dobry tytuł? Pojęcia nie mam, choć już się do niego przywiązałam.

Piszę, jak zawsze słuchając przy komputerze radia – trójki. Dziś trójka nadaje sporo Doorsów, bo wczoraj zmarł Ray Manzarek. Jim Morrison i The Doors, Janis Joplin, Jimi Hendrix i jeszcze wielu, wielu innych – idole moich późnopodstawówkowych i wczesnolicealnych czasów, cała epoka w moim życiu!.. W moich marzeniach o śpiewaniu miałam i taki obraz, że wraz z zespołem big-bitowym (tak się wtedy mówiło) wykonuję „Light my fire”.  Nie znając angielskiego, pojęcia nie miałam, o czym jest ta piosenka. Morrisona i tych jego odjechanych oczu też wtedy nie widziałam, bo i gdzie . Ale ten jego głos, no i te organy Manzarka…

22 maja

KOBIETA DOMOWA

Będąc egzaltowaną młodzieżą, nie wyobrażałam sobie swojego życia jako tuzinkowe, przyziemne. Marzyłam przecież o zostaniu artystką. Widziałam siebie w przyszłości na scenie lub na ekranie. Taka osoba nie mogła przecież stać przy garach czy desce do prasowania!

Nie zostałam artystką, tylko kobietą pracującą zawodowo,  żoną, matką, w pewnym sensie również „działaczką społeczną”. I wszystkie te role nauczyłam się łączyć niemal perfekcyjnie. Ba, materia coraz większą przewagę zyskiwała nad duchem i rosół na niedzielny obiad stawał się ważniejszy niż artystyczne wzloty. Wspólny stół i uporządkowane życie – to przecież takie ważne w życiu rodziny. Ciekawe, co z tego przejęli moi synowie…

Prasowania nadal nie lubię. Lecz już na przykład stanie przy garach lubię bardzo. I tak mnie cieszą codzienne drobiazgi i rytuały, wspólne śniadanie z mężem, południowa kawa, nawet to, że muszę rwać te cholerne chwasty w ogrodzie, bo i  „ogrodnictwo” wreszcie polubiłam. Do wszystkiego w życiu trzeba dojrzeć…

Dlatego nazwałam ten blog „Kobieta domowa”. Te słowa  miałam zresztą w głowie już dawno, gdy zalęgła mi się myśl o napisaniu jakichś wspomnień ze swojego życia. Każdy człowiek podobno nosi w sobie materiał na przynajmniej jedną powieść – o sobie. Ja się na razie do tego nie zabrałam, na razie moje powieści są powymyślane. Ale tytuł „Kobieta domowa” przydał mi się do blogu. Aczkolwiek może źle zrobiłam, nie sprawdziwszy wcześniej w Google, ile już w necie jest różnych „kobiet domowych”, a jest ich sporo… Zatem tytuł bloga nie jest niestety oryginalny i w dodatku mało pociągający! Lecz niech już taki zostanie.

25 maja

KONKURS

Piszę opowiadanie na konkurs. Jutro chyba skończę, bo właściwie już wszystko mam w głowie. Zachęciło mnie to, że opowiadanie można wysłać drogą elektroniczną, bez konieczności wydruku (nie mam drukarki!).

Temat konkursu: „PIN i zielonym”. Organizatorzy podpowiadają hasła, które brzmią mi dość obco, a niektórych wcale nie rozumiem, np. kraj lajków, LED czy apka na iPada. Przekornie przeciwstawię iPadowi sielską prowincję… Tylko czy jurorzy w ogóle to łykną?

27 maja

18000  ZNAKÓW

Jestem półżywa z niewyspania i mam wyprany mózg. Pisanie opowiadania to pikuś w porównaniu z jego skracaniem! Organizatorzy życzą sobie maksymalnie 18 tysięcy znaków ze spacjami. Wczoraj wiele godzin w ciągu dnia wywalałam, co tylko mogłam, zacząwszy od ponad 25 tysięcy,  i to  już po wstępnych dużych obcięciach. Co za męka! Przez calutką noc udało mi się wyrzucić ok. 5 tysięcy, choć sądziłam, że już naprawdę więcej wycisnąć się nie da. Dziś tak się zawzięłam, że dokonałam niemożliwego.  Zeszłam do 17905 znaków! Przynajmniej te wymogi spełnię. Bo jeśli chodzi o kryterium tematyczne, to już pisałam… Ale co mi szkodzi spróbować?

28 maja

WYSŁAŁAM

Nie obeszło się bez perturbacji. W emocjach  najpierw wpisałam niekompletny adres, dołączyłam opowiadanie w formie załącznika – i poszło. To znaczy  nie poszło, bo natychmiast niejaki MAILER-DAEMON zawiadomił mnie, że I’m sorry, ale wysłanie się nie powiodło. A  do tego system ów dorzucił tyle  informacji i załączników, po angielsku, rzecz jasna, że spanikowałam! Na szczęście pomogła mi Kasia S., szybko zauważywszy tę pomyłkę w adresie. Kasia to bardzo sympatyczna osoba i tak jak ja – początkująca pisarka. Znamy się wirtualnie i często się komunikujemy. Ona też napisała opowiadanie na ten konkurs.

Dobrze, że już mam to z głowy. Te ostatnie „pisarskie” dni były bardzo intensywne, odczuwam przesyt. Zatęskniłam znów za ogrodem.

29 maja

PRZYJĘLI!

„Szanowna Pani, bardzo dziękujemy za zgłoszenie do konkursu. Informujemy, że tekst spełnia wymagania formalne i zostaje przyjęty. Teraz bardzo prosimy o cierpliwość, gdyż (…), w zależności od liczby nadsyłanych prac, minimum miesiąc, a pewnie i dłużej, potrwa ich czytanie. Informacje o pierwszej selekcji zamieścimy…” itd.

Taką informację otrzymałam dziś od koordynatorki konkursu. Cieszę się! Aczkolwiek przyjęcie tekstu na razie świadczy tylko o tym, że sprawdzili tę ilość znaków – jak sądzę. A czy przejdę przez tę pierwszą selekcję?

Ale co tam. Dziś był dzień dobrych wiadomości. Ta była pierwsza, a dosłownie po chwili nadeszła druga – że nasz syn wraca po długiej, pięciomiesięcznej podróży. I to jest dopiero radość! Bo teraz sobie znów przeczytałam tego mojego „Królika w szparagach” i – choć wcześniej byłam z siebie zadowolona, teraz jakoś mało mi się podoba…

3 czerwca

SZPARAGI

Przez kilka dni tu nie zaglądałam, ponieważ mieliśmy gości. Tym bardziej – nie pisałam dalszego ciągu mojej powieści. Każdy pretekst dobry? Chyba tak… Z powodu deszczu nie mogłam iść do ogrodu, więc się oddałam kulinariom. Jest sezon szparagowy. Od dziecka uwielbiam szparagi.  W sezonie jemy je prawie co dzień. Dziś – w postaci zapiekanej. Żal mi było szlachetne warzywo kalać mąką, więc choć znalazłam przepis na szparagi pod beszamelem, zrezygnowałam z sosu beszamelowego i zapiekłam je pod serową skórką. Były dobre, lecz jednak najbardziej lubię te najprostsze, z wody, z dużą ilością masła.

… A może ja powinnam prowadzić blog kulinarny? Żart! A że czasem sobie coś napiszę o jedzonku…

Niebo się przetarło, idę do ogrodu.

4 czerwca

JEDNO ZDANIE

Znowu się leniłam pisarsko, za to działałam ogrodowo – i tyle na dziś.

6 czerwca

KILKA AKAPITÓW

Wczoraj i dziś popchnęłam tę moją powieść troszkę do przodu, o kilka akapitów zaledwie, ale to już coś. Ponadto, podczas wyrywania chwastów, wymyśliłam – choć bynajmniej nie piszę thrillera! – że jednak muszę uśmiercić jeszcze jednego z bohaterów. Zaś w jednej z bohaterek, strasznej zołzie, dokonam przełomu wewnętrznego. To zresztą wymyśliłam już dawno i właśnie z tej przyczyny owego faceta muszę uśmiercić – żeby ten jej przełom był bardziej wiarygodny.

9 czerwca

DOKOŃCZYŁAM ROZDZIAŁ

I bardzo się z tego cieszę!

10 czerwca

MOJE SUKCESY LITERACKIE

Tytuł brzmi szumnie, choć sukcesy w istocie są niewielkie. Jednak napiszę o nich, żeby nie było, że tak całkiem wypadłam sroce spod ogona.

Parę lat temu w konkursie na opowiadanie „Kobiecym okiem” (czy jakoś tak – już nawet dokładnie nie pamiętam hasła) za jedno opowiadanie dostałam nagrodę, a za drugie wyróżnienie. Był to mały, lokalny konkurs, który po pierwszej edycji już nie został wznowiony, zainteresowanie nim też było niewielkie – dość powiedzieć, że konkurowałam tylko z jedną osobą, którą również wyróżniono – więc o sukcesie nie ma co mówić.

Wcześniej, przed mniej więcej dziesięcioma laty, przypadkiem w pożyczonym numerze „Twojego Stylu” trafiłam na przypomnienie o konkursie na dzienniki kobiet pod hasłem „Miesiąc z życia kobiety”.  Numer był czerwcowy, a konkurs ogłoszono bodaj w styczniu i do końca czerwca – terminu nadsyłania prac – zostało już zaledwie kilka dni. Ale tekst miałam prawie gotowy! Postanowiłam po prostu przepisać fragmenty mojego „domowego” dziennika, pisanego od wielu lat. „Po prostu”! łatwo napisać, trudniej było wykonać.

Ale o tym w następnym wpisie.

11 czerwca

C.D.

Wybrałam najświeższe zapisy z mniej więcej miesiąca i przepisywałam je w trudzie wielkim, stukając jednym palcem w komputerową klawiaturę – a byłam w tej dziedzinie wówczas bardzo, bardzo początkująca! Jakoś jednak dokonałam dzieła, wydrukowałam, korzystając z drukarki w miejscu pracy, zapakowałam do koperty, zaznaczając jedynie, że to są fragmenty autentycznego dziennika – i wysłałam pocztą (o drodze mailowej jeszcze wówczas nie było mowy). Nawet nie opatrzyłam tekstu godłem, bo nie wiedziałam, że trzeba. Ale jakieś godło mi tam wymyślili w redakcji. Nie wiem, czy był gdzieś ogłoszony werdykt, bo „Twój Styl” czytywałam jedynie z doskoku, pożyczony od koleżanki. W nowym roku od stycznia zaczęły się ukazywać wyróżnione prace. Same takie „kobiet światowych”, nazywając rzecz w uproszczeniu, więc byłam pewna, że nie mam szans, bo gdzie mi tam, kobitce z prowincji, choć niby światłej!… Aczkolwiek trochę mnie zdziwił otrzymany od „TS” kalendarz z pięknymi zdjęciami – pomyślałam sobie, że to podziękowanie za udział w konkursie. Nikomu, nawet mężowi nie zdradziłam, że coś tam wysyłałam – tajemnica!

Aż tu nagle – w kwietniu bodaj – dzwoni do mnie ta koleżanka z gratulacjami, że jestem w „TS”! Zanim nazajutrz pożyczyłam od niej ten numer, najpierw prawie całą noc nie spałam – i to nie ze szczęścia, a z niepokoju, czy ja przypadkiem nie dotknęłam jakichś znajomych w tych zapiskach, no bo skoro jestem rozpoznawalna… Na szczęście niczego takiego tam nazajutrz nie wyczytałam i owszem, nawet zgrabnie to brzmiało. A potem to już się coraz bardziej cieszyłam, gdy mnie kto pytał, czy ten dziennik w „TS” to przypadkiem nie mój, bo taki sympatyczny…

No i dostałam kupę kasy za wierszówkę!

16 czerwca

SMUTKI

Nie zaglądałam tu od kilku dni. Mam niewesoły czas. Pogrzeb w rodzinie. Smutno mi.

18 czerwca

467!

Opowiadań na konkurs przyszło mnóstwo, i to nie tylko z Polski – po wstępnej selekcji  do czytania i oceny przyjęto aż 467, jak się właśnie  dowiedziałam ze strony organizatorów konkursu. Do końca lipca ogłoszą, które utwory zostały nominowane, a wyniki ostateczne będą w październiku. Przy takiej ilości „konkurentów” dobrze byłoby otrzymać chociaż nominację…

1 lipca

SKOŃCZYŁAM

Moja powieść, którą na roboczo nazwałam „bez tytułu”, skończona. Wczoraj, czyli 30 czerwca 2013. Jeszcze przeglądam, nanoszę jakieś kosmetyczne poprawki. Wymyśliłam tytuł „Maski”. Mało oryginalny i niezbyt mi się podoba, ale lepszy nie przychodzi mi do głowy.

Sama powieść też mnie nie powala. Wydaje mi się, że „Ballada” lepsza.

Pomysłów na dalsze pisarstwo na razie nie mam żadnych.

10 lipca

BAŁTYK

Byłam kilka dni nad Bałtykiem. W ramach „ucieczki od urodzin” (okrągłych).

Była to bardzo miła ucieczka. Dużo rozmów i dobrych, cennych chwil.

Bałtyk to bardzo piękne morze.

23 lipca

NADAL NIC

Ani pisarskich pomysłów (choć niby coś tam mi się kluje), ani potrzeby, ani chęci, by tu zaglądać. Gdyby ktoś poza mną tu zajrzał, to może… A tak to nie widzę sensu.

Wiem, że jestem naiwna, licząc na cud w tym blogowym netowym oceanie. Musiałabym najpierw sama wykazać więcej inicjatywy, gdzieś tych potencjalnych czytelników i komentatorów wyszukać, skrzyknąć… Ale nie chce mi się. 😦

1 września

NA SIŁĘ

Piszę na siłę, bo straciłam zapał, który i tak nigdy nie był specjalnie wielki. Jakieś nowe pomysły lęgną mi się w głowie, lecz wydają mi się niewiele warte. Więc jedynie coś tam przemajstrowałam w „Balladzie” (dzięki sugestiom przychylnej mi osoby) i doszlifowałam w „Maskach”. Teraz z kolei wydaje mi się, że „Maski” lepsze niż „Ballada”. Może to z powodu pozytywnej oceny M. – tej mojej życzliwej znajomej.

Na początku sierpnia jurorzy konkursu na opowiadanie podali info, że zakwalifikowano do dalszego etapu 25 osób – mnie nie było wśród nich. Wprawdzie nie liczyłam na sukces, mimo to trochę mi mina zrzedła. Na razie obydwie próby z wysłaniem moich pisanin na konkursy – nieudane. Ktoś powie: zaledwie dwie. Powinnam być bardziej waleczna i słać gdzie się tylko da. A ja się ciągle czaję…

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s