2014

ROK 2014

4 stycznia

Zaglądam tu po długiej przerwie. Nie zapracowaniem, a lenistwem „literackim” była spowodowana. Z kolei na przełomie roku bardzo się ożywiłam. Skutkiem różnych pomyślnych okoliczności spłodziłam aż dwa opowiadania wigilijne i wysłałam je na konkurs pewnej grupy pisarskiej na Facebooku. Czyli że za jednym zamachem zaktywizowałam się i tam, choć całe lata broniłam się przed tym. Bo podobno „jeśli nie ma cię na fejsie, to w ogóle nie istniejesz”, a ja właśnie na przekór istnieć nie chciałam tam! Jednak musiałam zaistnieć w związku z tym konkursem .

Opowiadania są tam zamieszczane anonimowo, a pod nimi czytający – też z tego „kółka pisarskiego” – zamieszczają – bądź nie – swoje komentarze. Niektóre utwory wzbudziły naprawdę bogatą dyskusję. Co do moich – komentarzy mam w sumie kilkanaście, na ogół są pozytywne, niektóre nawet bardzo. Ale to nic nie znaczy, bo tak jest pod każdym prawie opowiadaniem. Dla mnie nieistotny jest ten wyścig i moje ewentualne szanse, choć byłabym nieszczera, całkiem się wypierając swoich nadziei. Jednak najważniejsze jest to, że się wreszcie zaktywizowałam pisarsko. Zważywszy na tempo – grafomańsko wręcz. 😉

23 stycznia

PISARKA DOMOWA
Jestem pisarką domową. Przeogromna większość moich utworów to te pisane do szuflady. Szuflada miała kiedyś postać zeszytów w kratkę, a teraz jest plikami w komputerze, lecz nie zmienia to faktu, że piszę głównie „sobie a muzom”.
No, gwoli ścisłości, ukazałam się już drukiem. Kiedyś na łamach „Twojego Stylu” (o czym wspominałam już w niecodzienniku), a ostatnio nawet w książce. Wprawdzie ta książka to pojedynczy egzemplarz wspomnień przyjaciół o pewnym znajomym poecie i dziennikarzu, prezent dla niego z okazji jubileuszu – niemniej wydrukowana tam czarno na białym jestem i ja, tzn. moje wspomnienia.
Ten znajomy namawia mnie, żebym wydała „Pelunię”, w ilości choćby 50 egzemplarzy. Na własny koszt, czyli za jakieś 3 tys.zł. Nawet gdybym miała (a nie mam), to musiałabym się grubo zastanowić. Bardzo grubo. Bo rozdam, powiedzmy, ileś tych egzemplarzy krewnym i znajomym królika, a co z resztą? Kto to będzie chciał czytać?
Aż takiego parcia na zaistnienie w postaci książkowej nie mam. Chyba żeby stał się jakiś cud, zupełnie bez mojego udziału.
Dlaczego więc piszę, skoro dla każdego szanującego się pisarza celem jest mieć jak najwięcej czytelników, a to przecież możliwe jest tylko po wyjściu z szuflady?
Ten znajomy napisał o pewnej kobiecie, która debiutowała, mając 79 lat. Czyli że mam jeszcze trochę czasu, jakby co. 😉
Ja chyba piszę głównie dla samej przyjemności pisania, a także w celu higieniczno-terapeutycznym, żeby rozruszać zwoje, żeby mózg mi nie jałowiał. Zamiast łykać jakiś bilobil czy inne ginkgo, piszę sobie.
W jednym z moich wigilijnych opowiadań jest taka scena: bohaterka, na ciemno ubrana,  stoi przed lustrem, a za jej plecami ojciec mówi o niej do matki: „Ona już chyba zostanie tą starą panną”. Absolutnie nie ja jestem tą bohaterką! Ale tę scenę wzięłam z mojego prawdziwego życia. Miałam 22 lata i mój tato w analogicznej sytuacji powiedział do mnie z troską te właśnie słowa: „Ty już chyba zostaniesz tą starą panną”.
Nie zostałam nią. Jednak przytaczam te słowa, bo widzę w nich pewną analogię do tego, o czym dzisiaj piszę.
Ja już chyba zostanę tą pisarką domową. 🙂

18 lutego 2014

HANKA

Chyba już w podstawówce, a z pewnością w liceum i na studiach – byłam Hanką. Tak się przedstawiałam, tak mnie nazywali znajomi. Głupio przecież, żeby siedemnastoletnia panienka przedstawiała się tak dziecinnie, „Hania”.

Więc byłam Hanką i to imię było tak rogate jak ja wówczas. Głośna i pchająca się na afisz. Buńczuczna Hanka była i siłą, i smutnym miotaniem się. Moim orężem do walki i jednocześnie tarczą do obrony w obawie przed zranieniem.

Hania dała mi drugie życie. Mąż nazwał mnie Hanią, a nawet Haneczką. Wyciągnął zza tarczy, wyleczył z moich zaplątań, kompleksów, odczepił rogi. Pomógł wydobyć się na światło dzienne barwom o wiele mniej krzykliwym. Delikatniejszym, stonowanym.

I tak jest do dziś. Jestem Hanią. Od wielu lat funkcjonuje tylko ta zdrobniała forma. Może jednak w moim wieku to już nazbyt infantylne?

Zatem – czas na Hannę? Hanna jednak wydaje mi się taka poważna. Jak imię dla matrony.

Czyżby zatem miała wrócić Hanka?

Ale już inna niż tamta sprzed lat.

Hanka dowartościowanka. To całkiem dobrze brzmi.

18 maja

PRZEŚWIETLENIE

Nie lubię dużych miast. Najchętniej w ogóle bym się nie ruszała znad swojej sielskiej Arianki, ale czasem muszę. Na przykład w celu dokonania prześwietlenia rtg. W moim miasteczku nie ma prześwietlarni, trzeba jechać do miasta wojewódzkiego G. Trudno.

Piątek, poranek. Upewniam się telefonicznie, czy mogę przyjechać i jako osoba „z terenu” – liczyć na otrzymanie jeszcze tego samego dnia opisu zdjęcia, żeby nie musieć jeździć drugi raz. Miła pani rejestratorka zapewnia mnie, że tak.

Jedziemy. Korzystając z okazji, planuję zakup szparagów. Jeśli nie będą drogie, nawet w dużej ilości. Już o tym pisałam wiele razy: uwielbiam szparagi.

Po wjeździe do miasta G. na naszej trasie  znajduje się galeria handlowa „Nova Park”. Nigdy tam nie byłam, ale wiem, że znajdują się w niej delikatesy „Piotr i Paweł”, tam – lub na pobliskim targu, a może nawet i tu, i tam – zamierzam obłowić się w szparagi.

Janek zostawia samochód na parkingu i idzie na papierosa, a ja niczym pershing przelatuję alejami galerii. Takich miejsc – miast w mieście – nie lubię jeszcze bardziej niż miast. W delikatesach najpierw rzucam okiem na sery, może coś mi się trafi. Eeee. Byle jakich nie chcę, a te dobre są drogie. Dobrze choć, że zauważam wielkopolski przysmak pt. ser smażony z kminkiem, moja mam taki kiedyś robiła. Z tych przemysłowych wypróbowałam już różne, ale smakuje mi tylko z jednej firmy, „Frąckowiak”-  i ten właśnie jest. Od dawna go nie jadłam. Hura!

Szparagi niestety – katastrofa. Pęczek po 3,99, ale nie wzięłabym go nawet za złotówkę. Chude, zwiędłe badylki grubości ołówka, po obraniu zostałyby z nich nitki. Żenada! I to gdzie, w delikatesach wielkopolskich, a przecież Wielkopolska nie tylko pyrami, ale i szparagami słynie.

Jeszcze szybciej, teraz już jak dwa pershingi, mknę na targ. Janek spokojnie pali następnego papierosa. Oblatuję targowisko wzdłuż i wszerz. Stragany pełne są pomidorów, rzodkiewek, sałaty, młodej kapusty, ogórków, wiejskich jajek w trzech cenach, włoszczyzny, kwiatów… Ale ja z obłędem w oczach szukam tylko tego jednego jedynego: białych pęczków lub nawet, jak to na porządnym targu powinno być: skrzynek wypełnionych szparagami sprzedawanymi na kilogramy.

I kicha! Nie ma!!! Na calutkim targowisku w mieście wojewódzkim G. ( a raczej półwojewódzkim, wszak nasze województwo ma aż dwie stolice) ANI JEDNEGO PĘCZKA! Co za wiocha. Przecież nie będę objeżdżać miasta i latać  po jakichś Kauflandach czy innych Tescach, już chcę jak najprędzej załatwić to prześwietlenie i wrócić do domu.

Janek czeka przy aucie, wyrzucam z siebie złość, bo jeszcze obraz rtg zakłócę swoim promieniowaniem – jedziemy. Kilka krzyżówek, świateł, już jesteśmy prawie u celu, gdy nagle poraża mnie kolejny piorun.

– Janek, wracamy – mówię. – ZAPOMNIAŁAM SKIEROWANIA. Zostało w szufladzie.

– Żartujesz?

– Nie żartuję.

Bez skierowania  mnie nie przyjmą, to jasne. Zawracamy. Chce mi się ryczeć ze złości. Dobrze, że choć ten serek z kminkiem mam. Na otarcie łez.

19 maja

ZENOBIUSZ

Kilka lat temu nad Arianką pojawił się bóbr. Jego ślady spostrzegliśmy zaraz, dosłownie zaraz po tym, jak na spacerze dookoła jeziora Krajnik ujrzeliśmy sporo ściętych przez bobry nawet grubych drzew i ucieszyliśmy się, że te łobuzy nie grasują u nas. Radość już następnego dnia zdmuchnięta została niczym świeca.

Nigdy nie udało nam się „naszego” bobra zobaczyć, lecz ślady jego działalności stawały się coraz wyraźniejsze. Szkody, tamy na Ariance, wycinanie kolejnych drzew. Bóbr, gdy już zabrał się do dzieła,  był metodyczny i niestrudzony. Janek nazwał go Zenobiuszem.

Zaczął po drugiej stronie Arianki. Pracował zawsze nocą. Był nieuchwytny. Wytuptał i wyślizgał wśród zarośli szlaki wiodące do rzeczki. Eskalował. Zdewastował alejkę wierzbową, przed laty zasadzoną tam przez Janka. Smakowały mu coraz grubsze drzewa.

W ubiegłym roku już mieliśmy nadzieję, że się od nas  wyniósł. Wycinki i żeremia bobrowe powstawały w wielu innych miejscach nadariańskich, u nas był spokój.

Była to cisza przed burzą. Jesienią zaatakował znowu, już na naszym brzegu. Chyba z całą bandą innych bobrów, bo niemożliwe, żeby w pojedynkę dokonał takich spustoszeń. Kolejno, noc po nocy, wyciął calutką ścianę wierzb odgradzających nas od działki sąsiada. Został tylko, niczym gigantyczna szczęka,  smutny rząd ostro ściętych pieńków.

Zaczął chrupać bardzo już grube drzewa. Byliśmy bezradni. Jak pozbyć się gada, który jest tak sprytny i w dodatku chroniony? Janek nawet do niego chodził w nocy, tj. nad Ariankę chodził, pohukiwał, wodą szurał, psy okoliczne szczekały jak wściekłe – Zenobiusz miał to gdzieś.

Mamy teraz zapas drewna do ogniska. Nawet w kominku czasem palimy wierzbowym drewnem, choć ono jest bardzo mało energetyczne. Dobrze, że choć cztery główne wierzby, te przy miejscu ogniskowym, dające cień, udało się ocalić. Jedną zresztą już napoczętą – tę najpiękniejszą, płaczącą. Mamy nadzieję, że przetrwa. Janek te wierzby strategiczne poowijał siatką drucianą i Zenobiusz już nie dał rady.

Ale co będzie dalej? Wygląda na to, że Zenobiusz absolutnie nie powiedział ostatniego słowa. Dziś, w biały dzień, o godzinie siódmej rano ujrzałam go za oknem! Siedział nad brzegiem Arianki i zastanawiał się, czy ma ze mną nawiązać dłuższy kontakt wzrokowy, czy leniwie zanurzyć się w nurcie rzeczki, w końcu wybrał to drugie. Stałam jak zamurowana, pierwszy raz widziałam bobra w naturze. Zaalarmowany Janek obserwował go przez lornetkę, lecz i gołym okiem dobrze drania było widać. Zenobiusz podpłynął powoli do kładki, potem już to z jednej, już to z drugiej strony wdzięczył się, jakby pozował do zdjęcia. Nie spłoszyło go nawet podciąganie żaluzji okiennych i trzaśnięcie drzwi balkonowych. Zrobiłam mu kilka fotek, niestety bardzo kiepskich technicznie. Gdy znudziło mu się pozowanie, leniwym ruchem prześliznął się dalej, w kierunku trzcin i zniknął nam z pola widzenia.

Od rana zimnisko, deszcz i Zenobiusz na dokładkę. Tak mi się zaczął nowy tydzień. Buu. 😦

21 maja

JAK NIE WYGRAŁAM KOLEJNEGO KONKURSU

Wczoraj wydawnictwo Znak ogłosiło wyniki konkursu na powieść „To się musi powieść”. Z pełną świadomością, że mi się nie powiedzie, wysłałam nań „Pelunię”, która wszak powieścią nie jest. Zaś z maleńką nadzieją wysłałam „Maski” (można było przysłać dwa teksty), które powieścią są. Za wiele jednak przeczytałam dobrych książek, by mieć złudzenia, że moja powieść zyska uznanie jurorów. A jednak, co tu kryć, złudzenia miałam, na zasadzie: a cóż mi szkodzi spróbować.

Przyjmuję z pokorą (choć z nieco podciętymi skrzydłami), że nie dostałam nawet wyróżnienia (wyróżnień zresztą nie przyznano, tylko miejsca I, II i III). Wszystkich nadesłanych tekstów było 800! Pocieszam się, że w takim morzu, acz było z pewnością dużo powieści lepszych niż moja – były i słabsze. Jeśli to może być pociecha… 😉

Kolejny konkurs, w grupie pisarskiej na FB, dobiega końca. 31 maja – ogłoszenie wyników. Jest 61 opowiadań, w tym co najmniej 15 bardzo dobrych. Raczej nie jestem w grupie faworytów, tak przynajmniej wynika z komentarzy. A jak zdecyduje jury – zobaczymy. Już mam wprawę w niewygrywaniu konkursów, więc jeśli mnie nie wyróżnią, przecież się nie pochlastam!

Nigdy nie uważałam siebie za autorkę na miarę podniebnych wzlotów, a z podciętymi skrzydłami chyba też można dalej tworzyć. Zwłaszcza gdy się jest pisarką domową. 😉

30 maja

TEATR UMYŚLNIE STRACONEJ WOLNOŚCI

Dorotka parę lat temu skończyła polonistykę. Kiedyś była moją uczennicą. Jedną z najlepszych i najmilszych, jakie miałam. Przygotowywałam ją do konkursów recytatorskich, osiągała w tej dziedzinie spore sukcesy. Złapany w szkole bakcyl recytacji i teatru skutkował późniejszą chęcią kontynuacji przedsięwzięć aktorskich – Dorota w czasie studiów należała do studenckiego teatru. Być może zaproszenie na ślub, jakie niedawno od niej otrzymałam, jest wynikiem tych teatralnych doświadczeń i sentymentów. Kartonik z tytułem zdobią zabawne rysuneczki, a tekst w środku jest nawiązaniem do teatralnego afisza. Tak mi się podoba w ten sposób sformułowane zaproszenie, że postanowiłam zamieścić tu jego treść:

Teatr Umyślnie Straconej Wolności

zaprasza

Sz.P. (tu moje i męża nazwisko)

na przedstawienie pod tytułem

„A potem żyli długo i szczęśliwie”

Adaptacja sztuki przez życie napisanej w 2 aktach

Premiera (tu data)

W rolach głównych występują:

Panna Młoda (tu dane)

Pan Młody (j.w.)

W pozostałych rolach udział biorą:

Ksiądz, Świadkowie, Rodzice, Goście i Gapie

Akt I „Dla Duszy”

(tu data i miejsce ślubu)

Akt II „Noc Poślubna”

Bez udziału widowni.

2 czerwca

SZAFIROWO, RUBINOWO

Konkurs na opowiadanie romansowe skończony, z 61 opowiadań wyróżniono „Piórami” coś około pięćdziesięciu – za dobre, bardzo dobre, doskonałe i rewelacyjne opowiadanie. Tym razem nie zdobyłam najwyższych laurów, co przyjmuję z pokorą, bo naprawdę było sporo lepszych niż moje opowiadań, ciesząc się wszakże, że żadne z moich trzech  nie przepadło. „Opowieść znad Żejmiany” dostała Szafirowe Pióro, a  „Królik w szparagach” i „50 plus” – Pióra Rubinowe. Tytuł tego ostatniego opowiadania w zapisie wygląda trochę inaczej, ale ponieważ się automatycznie „linkuje”, muszę zrobić to tak: „Www.piecdziesiatplus.pl”.

Taki był werdykt jury. Oceny czytających z tej grupy też dostały mi się nie najgorsze, w skali 1-10 w dziesięciu kategoriach byłam mniej więcej pośrodku, a zdarzało się też sporo dziesiątek.

Dodatkowym rozstrzygnięciem była zaproponowana pod koniec konkursu „Opkowizja” . Propozycja, by wyłonić 10 najlepszych opowiadań wg sposobu punktowania na festiwalu Eurowizji, czyli 12-10-8-7-6-5-4-3-2-1 (a opko – to opowiadanie – nie lubię tego infantylnego skrótu, ale mniejsza). W Opkowizji nie zdecydowałam się wziąć udziału, bo miałabym problem z wyłonieniem tylko dziesięciu opowiadań wśród tylu dobrych. Znalazło się jednak trochę chętnych i wczoraj, po ogłoszeniu tych wyników, z radością zauważyłam, że i moje opowiadania aż pięć osób umiejscowiło w dziesiątce najlepszych. 🙂

Tak więc kolejny konkurs zaliczony, rezultaty nie najgorsze, a najważniejsze – że się zaktywizowałam. I to nie tylko opowiadaniowo, blogowo również.

Opowiadania będę teraz zamieszczać na stronie dla nich przeznaczonej. Gdyby ktoś tu zajrzał – życzę miłej lektury.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s