CHARLES NIE/UTLENIONY

Charles Aznavour się tlenił – czy może: już się nie tlenił (bo na stare lata głowę miał siwą) – mniej więcej coś takiego powiedział dziś w radiowej Trójce Marek Niedźwiecki, wspominając wielkiego Francuza i prezentując kilka piosenek z płyty z największymi hitami piosenkarza.
Chodzi mi o to „się tlenić”. Tak w czasach mojej (i Marka Niedźwieckiego) młodości nazywano rozjaśnianie włosów, często nie przy pomocy farby, a najzwyklejszej wody utlenionej (zaś w bardziej ekstremalnych wypadkach – perhydrolu). Nawet funkcjonowało takie określenie „tleniona blondyna”. Aznavour zatem, gdy już musiał dopomagać naturalnej czerni swej czupryny, z pewnością nie tlenił włosów, tylko je farbował.

Ja włosy tleniłam. Już w początkowych czasach liceum, a może nawet jeszcze w ósmej klasie. Od dziecka naturalna, słomianowłosa blondynka, lecz gena nie przeskoczysz! – córka ciemnego szatyna i nieco jaśniejszej szatynki. Więc gdy włosy zaczęły mi ciemnieć, pragnęłam wbrew naturze zachować ich blond barwę (co zresztą czynię do dziś). Robiłam to ukradkiem, w łazience, wacikiem wcierając we włosy wodę utlenioną. Dopiero od czasu studiów zaczęłam rozjaśniać włosy przy pomocy fryzjerskiej farby.
Rodzice się nie zorientowali w tych moich szczeniackich blond-eksperymentach, zresztą na wszelki wypadek miałam przygotowane wyjaśnienie, które zastosowała już moja koleżanka Lena. Utleniwszy sobie włosy, znacznie ciemniejsze od moich, poinformowała mamę, że butelka wody utlenionej niechcący spadła jej na głowę.

Ale zorientował się pan profesor od matematyki. Słynny pan Kłosowicz, zwany Kłosem, postrach wielu uczniów w LO, zwłaszcza osłów matematycznych, takich jak ja. Nietrudno zresztą było, bo włosy tlenione to miały do siebie, że odrastały coraz ciemniejsze i widać było gołym okiem znacznie różniący się od reszty ciemny pasek wzdłuż przedziałka na środku głowy. Tak to było, że nas w pierwszej klasie zapisał na kółko matematyczne. Ochotników z piątkami i tych bez ochoty, którzy mieli co najmniej czwórkę z matmy na świadectwie z ósmej klasy. Szybko się zreflektował, że ja i paru innych do mnie podobnych nie mamy czego na jego kółku szukać, i któregoś dnia na lekcji oznajmił drwiąco: „Nie będziemy nikogo przymuszać. Nie ma sensu robić czegoś na siłę, ciągnąć kogoś. Bo gdyby na przykład na siłę ciągnąć Bilińską do wody, to ona by nie chciała, bo jej włosy straciłyby piękną złotą barwę”.
Czyli zauważył moje się tlenienie i przy okazji wygłosił też naganę dla działań niedozwolonych młodzieży szkolnej – w przypadku włosów chodziło nie tylko o farbowanie, ale i długość fryzur chłopięcych; wciąż im kazano się strzyc na króciutko, dopiero gdy po otwarciu granicy PRL – NRD na naszych ulicach pojawili się długowłosi chłopcy z Guben, profesorowie przestali naszych kolegów wysyłać do fryzjera.
Jednak co do zmycia się mojego blond pan profesor się mylił. Woda utleniona z włosów się nie zmywa, jedynym wyjściem jest utlenić odrosty. I tak czyniłam aż do matury. Nie miał też racji co do złotej barwy, chyba że chciał zastosować ten epitet jako drwinę – moje utlenione włosy miały kolor wyblakły i kompletnie nienaturalny.

Mimo rozczarowania z tym kółkiem pan Kłosowicz nie tracił nadziei, że rozbudzi we mnie matematyczną iskierkę. Podzielił naszą klasę następująco: pod oknem dobrzy matematycy, pośrodku ci trochę słabsi, pod ścianą osły, a pod samiutką tablicą – wysunięta odrębna ławka „dla zdolnych, ale leniwych”. Tak nazwał i w tej ławce usadził Elkę Sy i mnie. Ach, jakże się mylił! Ela po drugiej klasie Kłosowego nas gnębienia przeniosła się do szkoły w Lubsku, a ja doczołgałam się jakoś do matury, wyłącznie już w charakterze osła. Matura z matematyki, zwłaszcza egzamin ustny, jeszcze czasem śni mi się po nocach w postaci snu grozy, ale nie będę teraz o tym pisać. Może kiedyś.

Gdy przyszłam do liceum, o profesorze Kłosowiczu krążyła też fama, że w nerwach, gdy ktoś na lekcji nie uważa albo gada, rzuca w delikwenta kredą, a kiedyś nawet rzucał kluczami. I przekazywano sobie opowieść o jednej tupeciarskiej uczennicy, która te klucze, gdy w nią trafiły, demonstracyjnie wzięła w dwa palce i wyrzuciła przez okno! Podobno od tej pory Kłos kluczorzucania zaniechał, lecz kredę stosował jeszcze czas jakiś. Ja też, jako pierwszoklasistka, raz zaliczyłam piękny lot kawałka kredy od profesorskiego stolika pod tablicą aż do mojego torsu; wręcz byłam pod wrażeniem celności profesora, bo siedziałam w ostatniej ławce.

Pan Kłosowicz, choć na to nie wyglądał i czasem na jednej lekcji potrafił postawić mi dwie pały, miał jednak dobre serce. To znaczy litościwe. Bywało, że, jako matołowi, cztery razy w ciągu roku groziła mi pała na okres. Bo kiedyś rok szkolny nie dzielił się na dwa semestry, tylko miał trzy okresy, każdy zakończony oceną, i na koniec czwarty okres, wieńczony świadectwem. Zwykle miałam takie słabe stopnie, że dwója (wówczas ocena niedostateczna) wychodziła mi niewyjęta. Szłam wówczas prosić, by Kłos dał mi jeszcze szansę, pozwolił poprawiać. Pozwalał. Ja i do mnie podobni pisaliśmy jakieś poprawkowe kartkówki, on chyba udawał, że nie widzi, jak ściągamy lub odpisujemy od kolegów, i zawsze mi się jakoś udało z tej pały wyślizgnąć. Lecz Kłos nie byłby Kłosem, gdyby do tej swojej łaskawości nie dokładał szyderstwa. Gdy przychodziłam skomleć o poprawkę, cedził z uśmiechem: „Co, żebrzę? Żebrzę?” – z takim „z francuska” na ostatniej sylabie silnie wymawianym „ę”.

No właśnie. Z francuska. Przecież miałam pisać o francuskim nieutlenionym i nieodżałowanym Aznavourze! A ja znowu ględzę.
Ormiaszka, mówiliśmy o nim z Jankiem. Z pochodzenia był przecież Ormianinem, choć urodzonym w Paryżu – nazywał się Aznawurian, jego rodzice byli emigrantami, ojciec urodził się w Gruzji, matka w Turcji (stamtąd uciekli przed masakrą Ormian do Francji). W ormiańsko- francuskiej restauracji swojego ojca jako kilkulatek stawiał pierwsze śpiewacze kroki. Śpiewał (potem także nagrywał) również po ormiańsku, lecz oczywiście w wielu innych językach świata, z francuskim i angielskim na czele. Z powodu niskiego wzrostu nazwano go (ponoć w Polsce) Napoleonem francuskiej piosenki, urodziwy też podobno nie był; Edifh Piaf nazwała go brzydalem. Aż trudno uwierzyć, bo te czarne przenikliwe oczy pod takimiż krzaczastymi brwiami i ciemne (farbowane?) loki nigdy nie wydawały mi się szpetne. Trochę się zresztą umiejętnie „podwyższał” i dopomagał niewyględnej ponoć na początku urodzie. Któż zabroni artyście?

To są oczywistości wszystkim znane, więc napiszę znów o sobie. Z połowy lat sześćdziesiątych, a więc jeszcze przed okresem „się tlenienia”, pamiętam głównie piosenkę Aznavoura „Isabelle”. Wszak polskie radio często ją nadawało, a radio w moim domu grało od rana do wieczora. Byłam dzieckiem i pojęcia jeszcze nie miałam o miłosnych porywach serca i problemach zakochanych. Lecz – nie tylko z powodu „mon amour” – mimo nieznajomości francuskiego to się po prostu wiedziało. Czuło. Dreszcze miało, gdy on tak zaklinał tę Izabelę, tak wielbił. I te skrzypce powodujące ciarki, i ta melorecytacja na ich tle, i zwłaszcza ten błagalno-wielbiący, niby szczęśliwy, lecz odbierany przeze mnie jako tragiczny śmiech umierającego z miłości…

A dziś już mówi się o nim tylko w czasie przeszłym. Odszedł. Utlenił się. Bo kiedyś (może i nadal) „stlenić się”, „utlenić się” znaczyło także „zniknąć”, „szybko odejść”. Lecz przecież nie utlenił się bez śladu. Zostały piosenki i filmy.

Wielkim pieśniarzem ten mały Ormiaszka był.

 I na szczęście są głosy, „które poniosą sztandary”. Na zdjęciu Aznavour z Zaz.

 

/4 października 2018/

Reklamy

4 komentarze do “CHARLES NIE/UTLENIONY

  1. Miałam w Toruniu wujka Janusza i ciocię Jadzię, ukochanych bliskich mojej mamy. Tak naprawdę Jadzia była jej ciocią, siostrą mamy, dla mnie ciocią-babcią, a Janusz wujkiem-dziadkiem.

    Jadzię kochałam całym sercem, bo była jak mama – okrągła, serdeczna i zawsze w dobrym humorze. Janusza się bałam, bo… farbował włosy! Na czarno! Miał chyba ze sto lat i kruczoczarne włosy, starannie przylizane, dość gęste jak na matuzalemowy wiek… Do tego mówił takim głosem, jakby połknał gwizdek.

    Ich mieszkanie było niewydarzone, mieściło się w starej kamienicy przy wylotówce na Bydgoszcz. Jak tam pachniało… Starością. Żywność trzymali w łazience, w wannie… Bo zimniej, nie grzali, oszczędzali. Trzeba się było myć w starej miednicy. Lodówki chyba nie mieli. Deski w podłodze trzeszczały złowrogo, kiedy wujek dreptał do kredensu po fifkę, popalał przy oknie i potem rzęził. Jadzia dyszała cichutko, przemieszczając przez stołowy swoje sto kilogramów słodkiej wagi… Kochani byli jako para. Ale z samym wujkiem bałabym się zostać, byłam gapą, jeśli nocowałam u nich, to przez dwa, góra trzy dni pod rząd. Przez ten zapach…

    Wujek Janusz wyglądał jak toruński Aznavour. Dzięki mamie i jej radyjku też znałam Ormiaszkę, i lubiłam. Teraz, pisząc, słuchałam w tle „She”, a po chwili youtube zaserwował „L’ete indien” Joe Dassin’a, i jeszcze „Et si tu n’existais pas”. Wszystko stare kawałki kojarzące się z dzieciństwem… Babunia uśmiecha się w niebie, do Ciebie i do mnie. Dzięki, Haniu, za kolejną inspirację.

    P.S.
    Ja też się oczywiście tleniłam! Samą lwią grzywę, bez całego tego cyrku z przedziałkiem. Wacikiem, prosto z butelki, a jakże. W latach osiemdziesiątych! I czegóż ja jeszcze nie wyprawiałam. Haniu, przez Ciebie się rumienię, ale piszę dalej… 😉 Kiedy przechodziłam przez „duży pokój” na Błoniu (a przejść niestety musiałam w drodze z łazienki do mojej „wnęki”), ubrana w zwiewną, bladożółtą koszulkę nocną, z biustem ciasno owiniętym bandażem, odprowadzały mnie zdumione spojrzenia rodziców. Tata, stary hipochondryk, pociągał nosem i rzucał w eter:
    – Co tu tak pachnie octem?
    😀

    O pani Yeterian z NYC, która uczyła 5-letnią Ninkę malarstwa, kościstej Ormiance, na której obrazach było dużo postaci z wielkimi, przerażonymi oczami, już kiedyś pisałam…

    • Zuzanno Tlenionogrzywa, dziękuję za kolejną ciekawą i świetnie napisaną opowieść. I tak się ciesz, że odwiedzałaś mieszkanie bydgoskie z prywatną łazienką. U mojej babci w łazience poznańskiej też był dziwny zapach i zimnisko, choć nikt nie robił z niej lodówki – była wspólna dla trzech rodzin. A u cioci Marylki (czyli wcześniej w mieszkaniu rodzinnym Framów) łazienki nie było wcale!

      Biust bandażowałaś????????????

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s